Czy Maciej Wilk dopnie swego i Rafał Trzaskowski pożegna się ze stanowiskiem?
Rafał Trzaskowski i jego ekipa (ona przede wszystkim) uwierzyli w memy, w myśl których nawet sarna z krzesłem na głowie wygra wybory w mieście stołecznym, jeśli z logiem KO wystartuje naprzeciw PiS-owi. To przekonanie sprawia, że układ rządzący Warszawą czuje się bezkarnie. Problem z referendum odwoławczym Macieja Wilka polega jednak na tym, że to zadanie niezwykle trudne, a okoliczności nie są sprzyjające.
Warszawa to jedno z tych miejsc w Polsce, w których bodaj najtrudniej doprowadzić do politycznej rewolucji. Miasto stołeczne jest przecież od ponad dwóch dekad rządzone przez różne wcielenia obozu liberalnego i nie jest to przypadek, a wynik politycznych preferencji (czy raczej – antypatii) pochodzących z całej Polski, aspirujących do wielkomiejskości mieszkańców Warszawy.
Pomysł, by w takim otoczeniu zorganizować referendum odwoławcze, w dodatku dotyczące człowieka jak nikt ucieleśniającego liberalny, wielkomiejski ideał polityka, jest więc co najmniej odważny. Kimś takim jest przecież Rafał Trzaskowski, co zresztą wielokrotnie sam zainteresowany próbował podkreślać między innymi na kartach wywiadu rzeki Rafał.
Prezydent odpowie za błędy kolegów
Mimo tego wszystkiego, nad Trzaskowskim zebrały się ostatnio czarne chmury, których wielkość można porównać chyba tylko do tych, które pojawiły się po zeszłorocznej porażce w wyborach prezydenckich.
Portal Zero.pl ujawnił, że w podległym miastu (i będącej, umyślnie, wizytówką samego włodarza stolicy) szpitalu młody lekarz bez specjalizacji, ale za to z legitymacją Koalicji Obywatelskiej został koordynatorem SOR-u, inkasując bagatela 1,6 miliona rocznie, w dodatku wykazując pracę w czasie, gdy wykonywał inne, partyjne aktywności.
Ta afera, której żywot trwał zdecydowanie dłużej niż standardowy medialny cykl, w połączeniu z sukcesem krakowskiego referendum odwoławczego z końca maja, rozochociło Macieja Wilka, szefa stowarzyszenia „Tak dla CPK” i inicjatora akcji „Tak dla Obywateli”, który 31 lipca wraz z grupą wolontariuszy rozpoczął zbiórkę podpisów pod referendum ws. odwołania Rafała Trzaskowskiego.
Warszawa – tu Wilk ma rację – na tyle długo była (i jest) rządzona przez polityków opcji liberalnej, niemających w mieście żadnej realnej zagrażającej jej konkurencji, że nabrali oni przekonania, że są bezkarni.
Trzaskowski i jego ekipa (ona przede wszystkim) uwierzyli w memy, w myśl których nawet sarna z krzesłem na głowie wygra wybory w mieście stołecznym, jeśli z logiem KO wystartuje naprzeciw PiS-owi.
Takie otoczenie sprzyja patologiom, nawet jeśli Warszawa pozostaje w ponadprzeciętnym zainteresowaniu ogólnopolskiej opinii publicznej, czego zresztą w ostatnim czasie mieliśmy dowód. W takiej sytuacji zdrowe dla demokracji jest pokazanie degenerującej się władzy żółtej (organizacja referendum) czy czerwonej (odwołanie Trzaskowskiego?) kartki.
Paradoksalnie włodarz stolicy jest akurat tą postacią, która jest najmniej winna całego zamieszania. Obiegowa opinia chyba nieprzypadkowo głosi, że to nie on, a Marcin Kierwiński faktycznie rządzi Warszawą (dowodem były choćby upokarzające sceny podczas głosowania w Radzie Warszawy nad nocnym zakazem sprzedaży alkoholu). Co rzecz jasna nie zwalnia go z odpowiedzialności za stan miasta i podległych mu jednostek.
Trzaskowski – najbardziej przyzwoity w KO?
Przy aferze Dawida Kacprzyka Trzaskowski jako jedyny jednak wydawał się być człowiekiem, którzy przynajmniej cokolwiek chciał w tej sprawie wyjaśnić. Kilka dni temu zaprezentował wyniki audytu w Warszawskim Szpitalu Południowym (mimo że to dokument wewnętrzny placówki), a wcześniej relatywnie szybko podejmował decyzje personalne.
Oczywiście części z nich łatwo zarzucić fasadowość. Przykładowo, prezydent postawił przed zarządami i radami nadzorczymi miejskich spółek ultimatum: albo partyjna legitymacja, albo rezygnacja ze stanowiska. Czy ten, kto wystąpił z KO i zachował posadę, jest dziś niezależnym profesjonalistą, czy w dalszym ciągu politycznym nominatem, ale już bez formalnego przymiotu?
Mimo tych wątpliwości, postawa Trzaskowskiego w tej sprawie diametralnie różni się od zachowania platformianych zagończyków w rodzaju Bartosza Arłukowicza, który w czasie, gdy nazwisko młodego lekarza nie schodziło z jedynek, z uporem godnym lepszej sprawy bronił oblężonej twierdzy.
W tym sensie odwołanie włodarza stolicy byłoby raczej symbolem niezgody na zgniliznę wieloletnich rządów tego samego ugrupowania, a nie wyrazem szczególnej antypatii wobec akurat jednego, konkretnego polityka.
Trudna misja
Tyle tylko, że skuteczne przeprowadzenie referendum wobec Trzaskowskiego będzie nie lada wyzwaniem. By głosowanie zorganizować, potrzeba 132 tys. ważnych podpisów, na co organizatorzy mają czas do 28 września. Frekwencja w dniu referendum musi zaś wynieść 35 proc. uprawnionych do głosowania.
O tym, jak trudne będzie odwołanie prezydenta stolicy, niech zaświadczy porównanie do krakowskiego referendum. Wówczas dolny limit ważnych podpisów wynosił 58 tys. (organizatorzy złożyli w KBW 134 tys., choć nie wszystkie zweryfikowano), zaś frekwencja – niecałe 27 proc. do odwołania prezydenta i lekko ponad 30 proc. w przypadku rady miasta.
W stolicy Małopolski, mimo ogromnych nakładów finansowych i zaangażowanych zasobów organizacyjnych, mobilizacja nie pozwoliła na odwołanie organu stanowiącego. Podpisy, owszem, zebrano z pokaźnym naddatkiem, stało się to jednak dzięki finansowym możliwościom organizatorów (np. płacenia osobom zbierającym podpisy), a także dlatego, że w Krakowie zebrał się prawdziwy amalgamat środowisk, które chciały odwołać Aleksandra Miszalskiego. W Warszawie sytuacja wygląda dziś zgoła inaczej.
W stolicy Małopolski prezydenta z KO nie chciał zarówno lokalny, niepartyjny lider Łukasz Gibała (wraz z ludźmi ze swojego stowarzyszenia), jak i ogólnopolska opozycja wobec rządzących w postaci PiS-u i Konfederacji (szczególnie Ruchu Narodowego). Dodajmy do tego jeszcze całkiem silne media lokalne.
Czy w Warszawie mamy podobną anty-KO-owską koalicję? Śmiem wątpić. Prawo i Sprawiedliwość działa tam rachitycznie, a Maciej Wilk nie ma finansów i konsekwentnie budowanej popularności w samej stolicy, daleko mu do rozpoznawalności i możliwości organizacyjnych Gibały w Krakowie. W dodatku ze względu na jego inne aktywności zdecydowanie łatwiej będzie go skleić z prawicą, niż miało to miejsce w przypadku krakowskiego aktywisty.
Trudno też zakładać, że Koalicja Obywatelska drugi raz popełni ten sam błąd, co w Krakowie, i bezpardonowymi atakami na Wilka ze strony swoich trolli w internecie napędzi popularność jego inicjatywy. A przecież demobilizacja to skuteczna broń przeciwko referendom, skoro obowiązuje próg frekwencji. Już dziś widzimy, że ratusz i politycy KO zasadniczo milczy na temat referendum.
Wreszcie, Warszawa – przy wszystkich swoich problemach – nie jest chyba w tak złym miejscu jak Kraków. Zadłużenie nie jest tak wysokie, problemy z turystyfikacją tak palące, a przyszłość (szczególnie w korporacjach) – tak niepewna.
Paulina Szlencka pisała na tych łamach, że jedną z podstawowych emocji, jaka przyczyniła się do odwołania Miszalskiego (oprócz Strefy Czystego Transportu, która w stolicy jest zdecydowanie mniejsza), była frustracja klasy średniej, która widzi, że nie spełnia się obietnica ciągłej poprawy jakości życia. Czy jest ona w równym stopniu udziałem Warszawy?
Maciej Wilk deklaruje, że nawet jeśli nie uda się odwołać Rafała Trzaskowskiego, to przynajmniej rozpocznie się dyskusja na temat stanu Warszawy i jej zdolności rozwojowych. Sądzę, że ta wiara dobrze oddaje idealizm – złośliwi nazwaliby to naiwnością – organizatora Stołecznej Operacji Referendalnej.
Ani ogólnopolskie media, ani politycy nie są zainteresowani taką dyskusją. Jeśli będzie się ona odbywać, to pomiędzy paroma zapaleńcami na X, ale nie w poważnej skali. Podobnie zresztą było w Krakowie. Jedyne, o czym może się dyskutować, to personalia i doraźne przepychanki, gdy akurat któremuś politykowi czy aktywiście puszczą nerwy.
Niewykluczone jednak, że popularność nabyta w SOR i „Tak dla Obywateli” będzie dla Wilka kartą przetargową przy okazji jakichś rozmów o starcie do parlamentu np. z potencjalnych list Rozwoju Plus. W końcu organizatorowi warszawskiej zbiórki blisko do byłego premiera, a ten potrzebuje bezpartyjnych „rozwojowców” na pokładzie, by pokazać, że za secesją z PiS faktycznie idzie poszerzenie formuły jego działalności.
Jeśli jednak Maciejowi Wilkowi nie uda się zebrać nawet wymaganych podpisów, które uruchomią procedurę referendalną, będzie to pierwszy oblany test ze sprawczości tego rozwojowego aktywisty i fatalny prognostyk na temat potencjału politycznego jego środowiska.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
