Chrześcijanie w południowym Libanie. Pomiędzy izraelskim młotem a kowadłem Hezbollahu
The Guardian: "Why Lebanon is divided over the war with Israel | On The Ground" Źródło: https://www.youtube.com/watch?v=6BrCgcjtzks
Izraelscy politycy i wojskowi starają się przekonać zarówno chrześcijan w Libanie, jak i środowiska chrześcijańskie w USA, że są – jak mówi Beniamin Netanjahu – „protektorem chrześcijan w regionie”. Prawda o wojnie w Libanie jest zupełnie inna. Izraelska armia w 2026 roku rozjechała buldożerami klasztor w Yarun oraz kościoły w Debbel i Zwitar, niszczy symbole religijne i doprowadza do śmierci wielu chrześcijan.
Liban – prawdziwa religijna mozaika
Chociaż główne obszary zdominowane przez chrześcijan w Libanie rozciągają się od wschodniego Bejrutu na północ, to i południe tego państwa zamieszkuje wielu wyznawców Chrystusa. Nie powinno to zresztą nikogo dziwić, gdyż są to tereny opisywane i wspominane na kartach Starego oraz Nowego Testament.
Do momentu islamskiego podboju w VII wieku oraz po serii dewastujących trzęsień ziemi libańskie południe z takim miastem jak Tyr było jednym z najważniejszych centrów pierwszego i starożytnego Kościoła.
Mimo że główne centra miejskie jak Sydon (przeważają sunnici), Tyr (w większości szyici) czy Bint Jbeil (prawie wyłącznie szyici) są zdominowane przez muzułmanów, to w tych miastach lub wokół nich znajdują się autochtoniczne ośrodki chrześcijańskie, które pamięcią „mitologiczną” sięgają dziedzictwa kananejskiego, greckiego czy wczesnochrześcijańskiego.
Razem tworzą one niespotykaną na Bliskim Wschodzie mozaikę nie tylko różnych kościołów, ale też różnych konfiguracji sąsiedzkich, w których widać jeszcze niekiedy wciąż praktykowane feudalne relacje gospodarcze i polityczne.
W praktyce pejzaż libańskiego południa wygląda w ten sposób, że dominują tam szyici, stanowiący 70-80% populacji, następnie są sunnici – 10-15%, chrześcijan jest 10-12%, a druzów – 5%. Ta struktura wyznaniowa tej części kraju miała i wciąż ma swoje polityczne konsekwencje.
Dominujący na tym terenie szyici – wedle systemu demokracji konfesyjnej funkcjonującej w Republice Libanu od uzyskania niepodległości od Francji 22 listopada 1943 r. – mają najmniejszą reprezentacje polityczną.
Z kolei chrześcijańskie klany z południa miały mniejszą możliwość „przebicia” się w zdominowanym przez chrześcijan z północy systemie politycznym, który uległ rozpadowi wraz z wybuchem wojny pomiędzy chrześcijańskimi milicjami w Bejrucie a palestyńską OWP w 1975 roku i który odtworzył się po 1990 roku.
Tak więc poczucie peryferyjności wobec centrum, jakim jest Bejrut, towarzyszy mieszkańcom południa niezależnie od wyznania i jest też stałym elementem przepychanek politycznych, w których mieszkańcy skarżą się na to, że libański rząd jest obojętny na ich los. Sytuację tę zresztą skrzętnie wykorzystywał Hezbollah, a owe rozgoryczenie względem zaniedbania ze strony centrum niekiedy jest uzasadnione i mocno zakorzenione w historii.
Krwawy Bliski Wschód
Historycznie głównymi ośrodkami chrześcijan na libańskim południu są Sydon, Tyr i Kana Galilejska, lecz obecnie największe skupiska to: miasto Jezzine, położone tuż przy płocie granicznym z Izraelem Marjaoun, miejscowość Rmeish – usytuowana pomiędzy granicą a szyickim miastem i bastionem Hezbollahu Bint Jbeil – oraz leżące nieopodal pasa szyickich miejscowości Debbine.
Dla porównania spójrzmy na terytoria Hezbollahu. Organizacja ta ma trzy główne centra swojej aktywności, zlokalizowane w największych skupiskach ludności szyickiej: Dolinę Bekaa, południowy Bejrut (zwany też Chiyahem lub Dahyją) oraz południe Libanu.
Ta część kraju obejmuje mniej więcej pas wybrzeża i gór rozciągający się na południe od sławetnego fenickiego Sydonu aż do granicy z Izraelem. Już około 50 km od płotu granicznego pojawiają się pierwsze szyickie wioski, okraszone żółtymi flagami i portretami liderów Hezbollahu.
Z analizy terenów walk w latach 2023-24 oraz w 2026 r. wynika, że starcia, ostrzały i bombardowania odbywają się w obrębie wspomnianych chrześcijańskich miejscowości, a niekiedy konwoje humanitarne muszą dostarczać żywność i leki odciętym przez wiele tygodni ludziom, wokół których toczy się nie ich wojna.
Izrael oficjalnie toczy bowiem konflikt z Hezbollahem, okazjonalnie atakując też poszczególne ugrupowania palestyńskie czy kalifackie. Jednocześnie izraelscy politycy i wojskowi starają się przekonać zarówno chrześcijan w Libanie, jak i też środowiska chrześcijańskie w USA, że są – jak to Beniamin Netanjahu określa – „protektorem chrześcijan w regionie”.
Wojna bliskowschodnia dotarła do Libanu ponad 24 godziny po jej rozpoczęciu przez Hamas, który 7 października 2023 r. zaatakował Izrael. Dzień później Hezbollah otworzył „front asystujący” i przez pierwsze 8-9 miesięcy starcia toczyły się głównie wzdłuż płotu granicznego, który w niektórych przypadkach dosłownie rozdziela okna i podwórka domostw.
Ten etap wojny jeszcze nie paraliżował dotkliwie życia mieszkańców południa, niemniej wraz z nabierającą eskalacją uszkodzeń materialnych doznały min. kościoły melkickie (grekokatolickie) w Yarun i Derdyghaya. W owym izraelskim nalocie zginęło 8 osób, w tym proboszcz ze swoją rodziną.
Uwaga mediów skupiła się zwłaszcza na obiekcie w Al-Shama, w którym jesienią 2024 roku izraelskie bombardowanie poważnie uszkodziło warownię z czasów krzyżowców. Znajdowały się w niej kaplica oraz nagrobek, który wedle miejscowej szyickiej tradycji należał do islamskiego odpowiednika św. Piotra.
We wrześniu i październiku 2024 roku wojna rozgorzała z brutalną furią. Wówczas miały miejsce m.in. eksplozje pejdżerów i śmierć charyzmatycznego lidera Hezbollahu Hassana Nasrallaha. W konsekwencji z pasa przygranicznego musiało uciekać ok. milion ludzi, co z jednej strony miału służyć oczyszczeniu linii frontu, a z drugiej strony – poprzez migracje ludności z południa na północ – Izrael chciał już po raz kolejny wywołać napięcia religijne wewnątrz libańskiej mozaiki.
Izraelska armia bezwzględnie bombardowała szyickie obszary, przez co biedniejsi uchodźcy musieli koczować min. na bejruckiej plaży, natomiast ci zamożniejsi wynajmowali mieszkania lub pokoje hotelowe głównie w chrześcijańskich obszarach, co spowodowane było tradycyjnymi animozjami szyitów z sunnitami i druzami.
Jednak to, co pojawiło się wraz z obecną wojną, a nie występowało w poprzednich konfliktach, to fakt, że wynajmujący bardzo życzliwie patrzyli na dolary najemców, ale wśród libańskich hotelarzy i rentierów pojawiły się wątpliwości, czy przypadkiem ich klienci nie są na izraelskiej liście członków Hezbollahu przeznaczonych do likwidacji.
Problem ten był bardzo dotkliwy i zdarzały się relacjonowane przez media konflikty, w których rentierzy – czy to w wyniku intuicji, czy donosu od izraelskich służb – w obawie przed bombardowaniem swojej nieruchomości odmawiali wynajmu lub dokonywali siłowej eksmisji.
Uniknąć bratobójczej wojny
Konflikty sąsiedzkie czy animozje pomiędzy grupami wyznaniowymi zawsze są krytyczne w libańskiej rzeczywistości, gdyż świętym imperatywem kraju cedru jest to, że nie może dojść do wojny domowej.
Jak tłumaczył były minister spraw zagranicznych Abdala Abou Habib dla jednej z arabskiej stacji jesienią 2023 r. – wojna z Izraelem potrwa kilka tygodni lub miesięcy, wojna regionalna potrwa kilka lat, a wojna domowa będzie trwać dekady i kamień na kamieniu z Libanu nie zostanie.
Dlatego też wypychanie jednej grupy wyznaniowej na tereny innej może dla Libanu być długofalowo groźniejsze od zniszczeń dokonanych przez Izrael, albowiem za straty w sektorze szyickim i tak zapłaci Hezbollah za irańskie pieniądze, a do odbudowy reszty krajowej infrastruktury dołożą się kraje Zatoki Perskiej. Dzięki temu nawet na chrześcijańskich terenach będą mogły pojawić się portrety władców petrodolarowych, co ma też przełożenie na politykę oraz optykę religijną.
Problemy związane z bezpieczeństwem wewnętrznym doskonale rozumie też Hezbollah, który 27 października 2024 r. i po kwietniowych rozejmach w 2026 roku organizował spektakularne powroty szyitów na południe. W miarę możliwości także dotował finansowo rodziny swoich członków, pokrywając koszty wynajmu w czasie wojennej wewnętrznej emigracji, aby rozładować pewne napięcie wewnętrzne, które sam spowodował, ale do którego szerszej eskalacji też nie mógł dopuścić.
27 października 2024 roku zostało ogłoszone zawieszenie broni, którego Izrael i tak nie przestrzegał, likwidując prawie 400 bojowników Hezbollahu w czasie jego trwania do marca 2026 r. Niemniej, na tym pierwszym etapie wojny (2023-24) zniszczenia w obszarach chrześcijańskich południowego Libanu miały wedle oficjalnej wersji charakter „przypadkowy”, a nie masowy, w przeciwieństwie do sąsiednich wiosek szyickich.
Pośród chrześcijańskich ofiar izraelskich ostrzałów czy nalotów byli m.in. dziennikarz, elektryk, rolnik oraz proboszcz z żoną i dziećmi. W sumie w Libanie zginęło wtedy 4047 ludzi, w tym 200 paramedyków i 41 libańskich żołnierzy. Wśród nich mogli być chrześcijanie, ale władze libańskie nie publikują przynależności konfesyjnych poległych.
Kolejna wojna, kolejny koszmar chrześcijan
Hezbollah nie wziął udziału w wojnie 12-dniowej pomiędzy Iranem i Izraelem w czerwcu 2025 r. Wraz ze wzrostem napięcia w Zatoce Perskiej, kilka dni przed amerykańsko-izraelskim atakiem na Iran 28 lutego 2026 roku, sekretarz generalny ugrupowania Naim Qassem powiedział, że nie włączą się do wojny, póki będzie żyć ajatollah Ali Chamenei.
Słowa sekretarza generalnego niejako potwierdzały inne medialne aktywa partyjne, m.in. Mohammed Raad, który stwierdził, że Iran umie się obronić bez niczyjej pomocy. Jednak śmierć ajatollaha Chameneiego i najprawdopodobniej przejęcie całkowitej kontroli nad strukturami zbrojnymi Hezbollahu przez Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej niejako wymusiło na ugrupowaniu zerwanie rozejmu i przystąpienie do wojny 2 marca.
Podobnie jak przed 2024 r. oddziały Hezbollahu znowu znalazły się pod płotem granicznym, co ponownie wykorzystał izraelski establishment, wydając nakaz ewakuacji wszystkich mieszkańców południa.
Oprócz przerażających zapowiedzi o totalnym zniszczeniu Libanu i aneksji 20-25% jego terytorium wygłaszanych przez członków izraelskiego rządu, pojawiały się sygnały wysyłane do libańskich chrześcijan i druzów, aby nie uciekali i wręcz współpracowali z armią izraelską i nie przyjmowali u siebie szyickich sąsiadów. Było to perfidne złamanie zasady panującej w Libanie, zgodnie z którą czynnik ludzki i relacje sąsiedzkie, nawet z wyznawcami innych religii, są priorytetem i sprawą honoru.
W izraelskiej telewizji pojawiały się wywiady z Libańczykami mieszkającymi w Izraelu, głównie żołnierzami lub synami i córkami żołnierzy kolaboracyjnej Armii Południowego Libanu. Była to milicja istniejąca w latach 1976-2000 złożona z chrześcijan, szyitów i druzów z okupowanego przez Izrael południa. Izraelscy influenserzy przypominali o „polityce otwartej granicy”, na mocy której w czasie izraelskiej okupacji południa Libańczycy mogli pracować i leczyć się w Izraelu, a także robić interesy przez port w Hajfie.
Zachęty te nie miały jednak przełożenia na rzeczywistość, albowiem w wyniku izraelskiego nalotu 8 marca zginał ks. Pierre Al-Rahi, który sam zachęcał swoich parafian do pozostania w swoich domach. Śmierć proboszcza w trakcie udzielania pomocy innym rannym miała też wartość polityczną. Okolica miasteczka Debbel miała dobre relacje z Izraelem w czasie jej okupacji w latach 1978-2000, co też nie uwiarygadniało izraelskich sygnałów „dobrej woli”.
Te same okolice libańskiego południa znowu znalazły się na pierwszych stronach światowych gazet po tym, jak izraelscy żołnierze z wielką radością zniszczyli krzyż, demolowali domy oraz szabrowali mienie. Same izraelskie media uznały, że skala procederu jest ponad wszelką kontrolą.
Wedle danych watykańskich, w 2026 roku Izraelczycy rozjechali buldożerami klasztor w Yarun oraz kościoły w Debbel i Zwitar znajdujące się w pasie przygranicznym. Nie były to bombardowania, przy których można było tłumaczyć się błędami ludzkiej lub sztucznej inteligencji.
Tak jak w przypadku wojny z lat 2023-24 władze libańskie nie publikują danych konfesyjnych ofiar, ale wiadomo, że wśród zabitych chrześcijan są pracownicy służby zdrowia, polityk, księża, rolnicy, przedsiębiorcy i studenci. Przez wiele tygodni prawie 10 tys. chrześcijan z libańskiego południa żyło odciętych od świata, otrzymując pomoc humanitarną dzięki paszportowi dyplomatycznemu nuncjusza abp. Paolo Borgia.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
