Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Fandomowe ciało Ghula

Fandomowe ciało Ghula Autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Dobra opowieść nie sprawia, że świat pierwszy staje się mniej realny. Przeciwnie, obmywa go z kurzu przyzwyczajenia. Po spotkaniu z hobbitami zwyczajny posiłek, zielone wzgórze, fajka, dom i powrót zyskują nowy blask. Po wyjściu z Narnii lepiej rozumiemy, że odwaga dziecka może być większa od potęgi czarownicy, a Lew może być kimś nieskończenie więcej niż tylko lwem. Fantastyka działa właściwie wtedy, gdy kończy się zdaniem: „Teraz wracaj i żyj”. Ghul czyta jednak inne zdanie: „Zostań tutaj, bo tam na zewnątrz nic i Nikt na ciebie nie czeka”.

Strzeżcie się mrowiska!

Tekst ten nie traktuje o problemie społecznym tak wielkim, że z jego powodu należałoby zwoływać nadzwyczajne posiedzenie Sejmu, bić w dzwony kościelne czy wyprowadzać na ulice konną policję. A może jednak?

Z pewnością jest przypisem do zjawisk takich jak: kryzys dorosłości, zanik inicjacji, samotności, przemiana relacji między ciałem a obrazem oraz osobliwej niezdolności współczesnego człowieka do powrotu ze świata wyobraźni.

Będzie zatem o kanonie, fantastyce, konwentach, awatarach, sztucznych językach i zdziczałych stworach. O wszystkim po trochu, choć – mam nadzieję – nie o wszystkim naraz. Istnieje ponadto możliwość, że ktoś poczuje się tym tekstem urażony.

Jeśli więc jesteś „fandomowym ghulem”, rozważ roztropnie, czy chcesz wystawić się na ryzyko doznania krzywdy. Natomiast jeżeli nie jesteś, też nie ciesz się zbyt prędko. „Ghulizacja”, jak każda porządna choroba duszy, ma wiele stadiów i długi okres inkubacji.

Definicje scholastyczne

Scholastycznie rzecz ujmując, należy rozpocząć od definicji. Fandom to wspólnota zbudowana wokół wspólnego zainteresowania i zachwytu nad określonym dziełem, postacią, twórcą albo światem przedstawionym. Sam w sobie nie jest ani dobry, ani zły.

Może być miejscem tworzenia się przyjaźni, rozwijania twórczości, erudycji i miejscem bezinteresownej zabawy. Człowiek, który raz do roku wkłada zbroję szturmowca imperium, jedzie na konwent, rozmawia z przyjaciółmi, a później wraca do domu, pracy i dzieci, nie wymaga jeszcze interwencji socjologa ani egzorcysty.

„Ghul” jest kimś innym. W mitologiach i grach to istota odrażająca, ścierwojad zamieszkujący grobowce, katakumby i miejsca, w których życie dawno ustało, ale materia nie zdążyła jeszcze całkiem obrócić się w proch.

Nie tworzy własnego świata. Żywi się tym, co pozostało po cudzym życiu. Ma niewielką autonomię i zazwyczaj powstał po to, aby zginąć z ręki bohatera na wczesnym etapie przygody. W skrócie: typ nieciekawy, choć dla naszych rozważań nadzwyczaj użyteczny.

„Fandomowy Ghul” to nie człowiek, który za bardzo kocha fantastyczne opowieści, ale ten który nie pozwolił opowieściom wydać owocu w świecie realnym. Nie potraktował fandomu jako intelektualnego agoge, szkoły wyobraźni i ćwiczenia cnót, lecz jako świat docelowy i prawdziwy. Przeszedł przez bramę, lecz odmówił wyjścia. Po przekroczeniu drzwi zaczarowanej szafy Narni urządził tam stałe mieszkanie.

Po co nam książki?

Jako pracownik Biblioteki Narodowej dość często zadaję sobie pytanie, po co nam w ogóle są książki. Poważnie. To dość istotny problem, bez którego nie można przejść dalej.

Przyszło nam żyć w realiach, w których od kilkunastu pokoleń raczej nie zadajemy sobie często tego pytania, przyjąwszy wygodne status quo: „książka to zawsze wartość dodana, lepiej, gdy jest, niż gdy jej nie ma”.

Książki się pisze, redaguje, wydaje, kupuje, posiada, ustawia na półkach, fotografuje, poleca, recenzuje. O książkach się mówi, o książkach się pisze, a czasem nawet książki się czyta.

Książka nie jest wyłącznie zapisaną i utrwaloną myślą. Jest zaproszeniem do dalszej rozmowy w portyku Respublica litterarum – Rzeczypospolitej Słów.

W tym miejscu swoją rolę odgrywa kanon: zweryfikowany przez pokolenia zasób opowieści, obrazów i sporów, które nie tylko gromadzą rozmówców, lecz także niosą sens w życiu pozaliterackim – rodzinnym, religijnym i politycznym.

Świat słów otwiera odrzwia do krain wtórnych i pomniejszych albo – mówiąc mniej poetycznie – do laboratorium eksperymentów myślowych. Można tam zatrzymać to, co umyka w doświadczeniu naocznego świata, rozdzielić splątane namiętności, obejrzeć konsekwencje wyborów, zanim jeszcze przyjdzie nam dokonywać ich we własnym życiu.

Z tych krain wykuwa się materia jutra i krystalizuje pamięć wieków. Opowieść pozwala umrzeć przed śmiercią, zdradzić bez zdrady, przegrać bez katastrofy i powrócić z wyprawy, której nasze nogi nigdy nie mogłyby odbyć. I właśnie w tym miejscu otwiera się pułapka…

Ucieczka więźnia i dezercja

Światy wtórne pozostają z natury światami pomocniczymi. Choćby były najpiękniejsze, najczarowniejsze i najstaranniej wyposażone w geografię, heraldykę oraz pełną odmianę czasowników nieregularnych, ich wartość rozstrzyga się dopiero w tym, dokąd prowadzą człowieka.

Czy ich przybrzeżne drzewa pochylają gałęzie nad bohaterem odpływającym ku dalszej drodze, jakby udzielały mu błogosławieństwa na powrót do rzeczywistości, czy też przeciwnie – niczym syreny zatrzymują go przy sobie i wabią do rozkosznego grobowca.

Dobra opowieść nie sprawia, że świat pierwszy, rzeczywisty staje się mniej realny. Przeciwnie, obmywa go z kurzu przyzwyczajenia. Po spotkaniu z hobbitami zwyczajny posiłek, zielone wzgórze, fajka, dom i powrót zyskują nowy blask.

Po wyjściu z Narni lepiej rozumiemy, że odwaga dziecka może być większa od potęgi czarownicy, a Lew może być kimś nieskończenie więcej niż tylko lwem. Fantastyka działa właściwie wtedy, gdy kończy się zdaniem: „Teraz wracaj i żyj”. Ghul czyta jednak inne zdanie: „Zostań tutaj, bo tam na zewnątrz nic i Nikt na ciebie nie czeka”.

Trzy wyjścia z Narnii

Opowieści z Narnii są pod tym względem niemal podręcznikiem właściwego i niewłaściwego powrotu. Dzieci nie trafiają do Narnii, aby ukryć się przed światem. Przychodzą tam, aby nabyć sił do wypełnienia celu, którego kształtu początkowo nawet nie rozumieją. Uczą się rządzić, walczyć, przebaczać i rozpoznawać dobro pod postacią, która budzi równocześnie zachwyt i bojaźń.

Aslan nie zatrzymuje ich jednak przy sobie w nieskończoność. Piotr i Zuzanna, a później Edmund i Łucja słyszą, że nie powrócą już do Narnii. Nie jest to wygnanie ani kara. Nauka w pewnej postaci dobiegła końca.

Mają rozpoznać Aslana w swoim świecie, gdzie nosi inne imię. Zostają odesłani nie dlatego, że Narnia była kłamstwem, lecz dlatego, że była prawdą przygotowującą ich do Prawdy największej.

Można więc wskazać trzy sposoby opuszczenia Narnii. Pierwszy to powrót dojrzały – człowiek wychodzi, lecz zachowuje wierność temu, czego się nauczył. Drugi to powrót Zuzanny – uznanie Narnii za dziecięcą zabawę, wstyd na myśl o dawnym zachwycie i zdrada otrzymanego sensu. Trzeci należy do Ghula – pozostanie w Narnii.

Zbudować sobie domek pośród rekwizytów, spierać się do śmierci o prawidłowy odcień grzywy Aslana i nigdy nie zapytać, pod jakim imieniem należałoby Go rozpoznać tutaj. Myślę, że dorosłość nie polega ani na zamieszkaniu w szafie, ani na zabiciu w sobie pamięci o Narnii. Polega na powrocie.

Gdzie zaczyna się Ghul?

Granica między fanem a Ghulem nie przebiega pomiędzy tym, kto ma w domu figurkę a tym, kto jej nie ma. Nie wyznacza jej liczba przeczytanych tomów, znajomość języka klingońskiego ani gotowość spędzenia trzech dni w stroju rycerza Jedi.

Wszystkie te rzeczy mogą być niewinną zabawą, rzemiosłem, ćwiczeniem pamięci albo pretekstem do zawiązywania przyjaźni. Ghulizacja rozpoczyna się wówczas, gdy świat wtórny przestaje służyć osobowości, a zaczyna ją zastępować.

Fandom oferuje bowiem człowiekowi niemal gotowy pakiet antropologiczny. Daje imię, emblemat, historię, język, nieprzyjaciół, bohaterów, kalendarz świąt, relikwie, stroje, rytuały inicjacyjne i grono współwyznawców.

Dostarcza także małych herezji, soborów, schizm i inkwizycji. Można być obrońcą prawdziwego kanonu, tropicielem odstępstw, znawcą apokryfów, kapłanem fan wiki i pisarzem  fanfików. To zadziwiająco kompletna imitacja kultury.

Rzecz jasna kultura od zawsze posługuje się maską, teatrem, wspólną pieśnią i naśladowaniem bohaterów. Problem pojawia się wtedy, gdy maska nie zostaje zdjęta, teatr nie ma końca, wspólna pieśń zagłusza własny głos, a persona bohatera służy nie do naśladowania, lecz do zwolnienia nas z obowiązku stania się kimkolwiek.

Ghul nie tyle posiada zainteresowanie, ile jest przez nie posiadany. Nie mówi już: „Lubię Gwiezdne Wojny”. Mówi: „Jestem człowiekiem Gwiezdnych Wojen”.

Krytyka marki staje się zamachem na jego osobę, zmiana kanonu – naruszeniem pamięci przodków, a słaby film – doświadczeniem porównywalnym ze szturmem obcego wojska na granicę ojczyzny. Właśnie dlatego wojny fandomowe bywają tak zajadłe. Ich uczestnicy nie bronią dzieła. Bronią rusztowania, na którym zawiesili własne „ja”.

Fandomowe ciało

Dochodzimy wreszcie do tytułowego ciała. Fandom nie jest wyłącznie sprawą wyobraźni. Ma swoje mięśnie, płyny, tłuszcz, blizny, fryzury, tatuaże i hormony. Konwent jest przecież wydarzeniem nadzwyczaj cielesnym.

Trzeba dojechać, stać w kolejce, spać na podłodze, jeść drogie zapiekanki, pocić się pod warstwami pianki EVA i fotografować z ludźmi, których dotychczas znało się jako awatary. W tym sensie fandom może paradoksalnie nawet przywracać ciało mieszkańcom internetu. Ale nie o tym.

Ciało jest dla Ghula szczególnie nieznośne, ponieważ przypomina o czasie. Bohater fikcyjny może pozostawać wiecznie młody, a każdą sagę można uruchomić od początku. Człowiek nie ma takiego przywileju.

Dzieciństwo mija, rodzice się starzeją, płodność ma swój rytm, przyjaciele zakładają rodziny, a poranek po trzydziestce bezlitośnie informuje, że nocna kampania trwała o trzy godziny za długo. Ciało nie zna retconu.

Fandomowe ciało Ghula jest więc ciałem nieprzyjętym. Nie zostało ofiarowane pracy, miłości, rodzicielstwu, wspólnocie ani nawet porządnej ascezie. Nie zostało nawet przyjęte jako własne w swojej prozaicznej oczywistości.

Zostało obudowane symbolami, które mają zasłonić jego samotność. Ghulizacja nie jest jednak defektem estetycznym, ale odmową uznania cielesności i czasowości ziemskiego życia.

Bohater na zawsze na pierwszym poziomie

W dawnych opowieściach inicjacja prowadziła ku zmianie stanu. Chłopiec zostawał mężczyzną, uczeń mistrzem, narzeczony mężem, giermek rycerzem, pielgrzym wracał do domu, a żołnierz – jeśli  przeżył – musiał nauczyć się zażywać pokoju.

Współczesna kultura dostarcza natomiast nieskończonych symulacji inicjacji, które nie wymagają zmiany życia. Można codziennie ratować galaktykę, nigdy nie wstając o szóstej, aby zawieźć dziecko do przedszkola.

To nie jest argument przeciw grze. Gra bywa wspaniałym laboratorium decyzji, współpracy i wyobraźni. Problem polega na tym, że jest jedynie laboratorium. Ghul doświadcza heroizmu w ekstremalnych dawkach przy minimalnym poczuciu ryzyka.

Otrzymuje rangę, ekwipunek, towarzyszy i wdzięczność ocalonego świata, lecz po wyłączeniu komputera pozostaje dokładnie w tym samym miejscu. Jest bohaterem na zawsze na pierwszym poziomie własnego życia.

Wie wszystko o mieczach, lecz niczego nie obronił. Zna języki elfów, lecz nie umie rozmawiać w swoim ojczystym z innymi ludźmi. Śledzi genealogie wymarłych dynastii, lecz nie zna historii własnej rodziny.

Rozprawia o honorze, ofierze i braterstwie, ale słowa te nie opuściły jeszcze bezpiecznych granic ekranu czy stron książki. Kultura, która miała być szkołą cnót, stała się ich magazynem, a może nawet lamusem. Można je oglądać, katalogować i kolekcjonować bez konieczności praktykowania.

Tu właśnie ujawnia się ścierwożerność Ghula. Nie żywi się żywą opowieścią, lecz jej szczątkami: ciekawostką, easter eggiem, rankingiem mocy, niekończącą się teorią, reakcją na zwiastun, konfliktem aktora z producentem.

Nie pyta już, czy opowieść jest prawdziwa w sensie moralnym. Pyta, czy but bohatera w trzeciej scenie zgadza się z ilustracją w dodatku wydanym siedemnaście lat wcześniej. Gdy sens umiera, pozostaje jeszcze lore.

Kanon, który nie formuje

Można posiadać doskonałą znajomość kanonu i pozostać przez niego całkowicie nieuformowanym. To prawda niewygodna nie tylko dla fanów fantastyki, ale także dla filologów klasycznych, tradycjonalistów, miłośników liturgii, historyków i ludzi, którzy z upodobaniem mówią o cywilizacji łacińskiej.

Ghulizacja nie kończy się na drzwiach Comic-Conu. Wystarczy zamienić miecz świetlny na replikę szabli, elfi płaszcz na rzymską togę, a wiki fandomu na cyfrowe archiwum dokumentów soborowych.

Także kanon wielki i prawdziwy może zostać potraktowany ghulicznie: jako zbiór martwych emblematów, z których buduje się bezpieczną tożsamość. Można mówić o cnocie obywatelskiej i nigdy nie podjąć odpowiedzialności za najmniejszą wspólnotę. Można rozprawiać o rzymskiej pietas, lekceważąc rodziców. Można zachwycać się średniowiecznym ładem, a… no właśnie!

Nie wystarczy zatem odróżnić kultury wysokiej od niskiej. Ghul potrafi żywić się Homerem równie skutecznie jak komiksem. Różnica przebiega gdzie indziej: między kulturą przyjętą jako wezwanie a kulturą używaną jako repozytorium fandomu.

Kanon jest żywy tylko wtedy, gdy osądza czytelnika, a nie jedynie dostarcza mu eskapizmu w impersyjnym świecie. W Rzeczypospolitej Literatury nie chodzi o to, aby zamieszkać w bibliotece na zawsze.

Chodzi o to, by po rozmowie z papierowymi marami wrócić do żywych i powiedzieć im coś prawdziwego. Być może cała sztuka czytania polega właśnie na tym, aby wejść do zaczarowanej krainy, przyjąć dar, stoczyć bitwę, a potem wrócić.

Ale dokąd? Do miejsca i czasu, które zostały nam dane przez Mistrza Gry, Wielkiego Narratora albo – mówiąc po prostu – Boga. Świat pergaminu i atramentu – albo domen i pikseli – nie jest krainą, w której należy zamieszkać, lecz bramą, przez którą trzeba nauczyć się przechodzić w obie strony.

Wchodzimy do niego, aby cudzym wzrokiem obejrzeć własne życie, przymierzyć nie swoje losy oraz rozpoznać dobro i zło w kształtach większych i wyrazistszych niż te, które spotykamy na co dzień.

Wychodzimy zaś po to, aby odnalezione tam słowa stały się ciałem: w pracy, przyjaźni, miłości, modlitwie, obowiązku i ofierze. Książka spełnia się zatem nie wtedy, gdy zastępuje czytelnikowi świat, lecz wtedy, gdy po jej zamknięciu świat staje się bardziej czytelny.

Ghul umie księgę otworzyć. Nie umie jej zamknąć. Niech więc za puentę posłuży piękna łacińska sentencja: Librum aperi, ut cognoscas quid alii cogitaverint; librum claude, ut ipse cogites – „Otwórz księgę, abyś poznał, co pomyśleli inni; zamknij księgę, abyś sam zaczął myśleć”.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.