Dlaczego denerwują nas Ukraińcy? Bo są tacy jak my
W Polsce rośnie niechęć do Ukraińców. Nie chodzi tylko o akty przemocy, które oczywiście zasługują na potępienie opinii publicznej i reakcję organów państwa. Większość z nas sprzeciwia się już w ogóle przyjmowaniu uchodźców znad Dniepru. Liczni Polacy uskarżają się na codzienne problemy związane z ukraińskimi sąsiadami. Wielka polityka i historyczne zbrodnie nie wyjaśniają tego antyukraińskiego zwrotu. Może chodzi o to, że jesteśmy sobie bliżsi, niż chcemy przyznać?
Ukraińców w Polsce jest już ponad 1,6 miliona i stanowią oni prawie 3/4 obcokrajowców w naszym kraju. Według badania Narodowego Banku Polskiego, bezrobocie wśród dorosłych ukraińskich uchodźców wynosi 25%. Wskaźnik ten sięga zaledwie 1-2%, gdy przyjrzymy się tej grupie, która przyjechała do nas przed lutym 2022 roku.
Ponadto, brak aktywności zawodowej w obu grupach dotyczy odpowiednio 11 i 2%. Znajomość przynajmniej jednego Polaka, do którego można zwrócić się o poradę w trudnych sprawach, wskazuje 73% wśród nich. Ukraińcy z biegiem czasu coraz lepiej radzą też sobie z językiem polskim.
W dużym skrócie, każdy kraj doświadczający tak dużego napływu imigrantów w tak krótkim okresie mógłby jedynie pomarzyć o tak dobrze integrującej się grupie. Podobne statystyki wyglądają gorzej również dla Ukraińców w innych krajach. Zatem skoro u nas jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?
Fala antyukraińskiej przemocy?
Wbrew alarmistycznemu tonowi doniesień medialnych, przez Polskę nie przetacza się wielka fala przemocy na tle narodowościowym. Trudno jednak nie zauważyć coraz częstszych przypadków napaści, znieważeń, a także dziwacznych prowokacji.
Mam nadzieję, że nikomu z grona naszych czytelników nie trzeba tego tłumaczyć, ale kształtowanie polityki migracyjnej czy historycznej „na własną rękę”, bijąc Bogu ducha winnych ludzi, zasługuje na potępienie i bezwzględne ściganie ze strony aparatu państwa.
Nie z tego względu, że ofiara jest tej czy innej narodowości, a przede wszystkim dlatego, że w Polsce nie ma miejsca na bandycką przemoc. Jeśli ktoś ma w tym zakresie jeszcze wątpliwości, pozostaje mi jedynie podeprzeć się autorytetem Marcina Najmana i odesłać do jego nagrań na ten temat.
Przestępczość szerzy się zresztą również wśród Ukraińców. Mamy do czynienia z pełną paletą czynów zabronionych – od posiadania narkotyków, przez jazdę po pijanemu do przestępczości zorganizowanej. Wraz ze zwykłymi ludźmi szukającymi schronienia i gotowymi do pracy przyjechali do nas niestety także ukraińscy gangsterzy, będący zagrożeniem zarówno dla Polaków, jak i imigrantów.
Opinia publiczna poświęcała w ostatnim czasie dużo uwagi wypowiedziom ukraińskich polityków, z prowokacjami Wołodymyra Zełeńskiego na czele. Próby budowania narodowego mitu na kulcie Ukraińskiej Powstańczej Armii i wykorzystywanie wielu okazji, żeby antypolskimi gestami zapunktować na krajowej scenie politycznej przedostały się do świadomości nawet tych wśród nas, którzy na co dzień nie śledzą doniesień na tematy międzynarodowe.
Tożsamość Polaków kopnęła polityczną poprawność jak noga stuknięta młotkiem w kolano. Temat rzezi na Wołyniu i w Galicji nagle stał się sprawą, którą politycy muszą się zająć, gdyż tego oczekują obywatele.
Niemal z dnia na dzień posypały się deklaracje, że „Wołyń pamiętamy” – nawet od tych, którzy dopiero co go sobie przypomnieli, a nierzadko nie potrafiliby tego regionu wskazać na mapie lub wymienić z nazwy kilku spalonych miejscowości.
Czy jednak codzienne, sąsiedzkie relacje są kształtowane przez wielką politykę, nawet historyczną?
Oczywiście nie ma obowiązku lubić przedstawicieli sąsiednich narodów, jednak odnotowany w badaniu CBOS spadek sympatii do narodu, którego członkowie stanowią największą z mniejszości w Polsce, jest zastanawiający. Szczególnie że jeszcze 4 czy 3 lata temu Ukraińców darzyliśmy uczuciami wyjątkowo ciepłymi, ze współczuciem na czele.
Dziś mniej od sąsiadów zza Bugu lubimy jedynie Palestyńczyków, Żydów, Białorusinów, Romów i Rosjan. Niechęć deklaruje 43% badanych, zaś sympatię –ledwie 29%. Dla porównania wyniki wobec Litwinów, z którymi nasze sąsiedztwo w historii najnowszej bywało niełatwe: niechęć – 15%, sympatia – 43%.
Ukraińcy są jak my
Czy niezabliźnione historyczne rany nie stały się jedynie pretekstem do tego, żeby odegrać się na Mychajle z pracy i Nastii z klatki schodowej? Trudno tu oprzeć się na twardych danych.
Lepiej też nie polegać na platformach cyfrowych jako barometrze nastrojów, biorąc pod uwagę, jak bardzo są one spenetrowane przez kampanie nastawione na uruchamianie najniższych instynktów, w czym prym wiodą rosyjskie służby, ale od czego nie stronią też goniący za poklaskiem i kasą internetowi twórcy z obu stron granicy.
Stąpam tu po grząskim gruncie, ale jestem gotów zaryzykować tezę, że za niechęcią do zwykłych Ukraińców nie stoi ich nagle odkryta odmienność, ale fakt, jak wiele nas łączy. W końcu przeciętnego Polaka wkurzają również inni Polacy. Ukraińcy irytują nas, bo są do nas podobni. A żyjąc w Polsce trudno się komuś nie narazić.
Zdaję sobie sprawę, że są to dowody anegdotyczne, ale wielu moich znajomych wkurzają Ukraińcy. Jacyś Ukraińcy. Ze względu na zachowania, które często zdarzają się również Polakom.
Przykłady? Palenie papierosów w niewłaściwym miejscu lub nadmierna reakcja na palenie przez kogoś innego. Codzienne nieuprzejmości albo wymuszona, sztuczna uprzejmość. Głośne zachowanie młodzieży lub wycofanie ich rodziców.
Czyli – jak to z ludźmi. Najgorzej jest jednak, jak radzący sobie na ogół nieźle z polszczyzną Ukrainiec jest w stanie odpowiedzieć na uwagi i docinki, zamiast pokornie spuścić oczy po sobie, jak oczekujemy od imigranta.
Do tego dodajmy rozmawianie między sobą na głos w nieznanym języku (najczęściej bardzo potocznym rosyjskim, który wypiera wśród imigrantów ukraiński) czy nieporozumienia wynikające z innych przyzwyczajeń w różnych instytucjach, a nawet zamiłowanie do mocniejszych perfum. Chciałoby się rzec, nienajgorzej jak na półtora miliona osób przybyłych w kilka lat.
Ci ludzie nie trafili jednak na nieodkryty ląd ani nie do państwa działającego na kształt szwajcarskiego zegarka. Większość z nich przybyła do Polski mozolnie wygrzebującej się z pandemii. Swoją drogą, pozwalając przy tym naszej gospodarce szybko nabrać oddechu po covidowym kryzysie i wobec pogarszającej się demografii.
Te procesy zachodziły jednak wśród instytucji działających pomiędzy stężałym imposybilizmem a radosną improwizacją. Przyjezdni przystosowywali się do norm niepublikowanych w żadnym urzędowym dzienniku, a przekazywanych z ust do ust.
Wlali się w nisze i wyrwy wydrążone przez firmy działające nie zawsze wbrew przepisom, ale też nie według nich. Przyspieszony kurs życia w Polsce przyuczył Ukraińców do przetrwania nie w kraju, o jakim marzymy, ale w takim, o jakim czasem nie chcemy pamiętać, że jest.
Przykładowo, krew w żyłach mrożą mi filmiki publikowane przez piratów drogowych, często z Ukrainy właśnie, urządzających sobie wyścigi po naszym równiutkim asfalcie wylanym za unijne i krajowe pieniądze. Jednocześnie mam świadomość, że po tych drogach ścigano się już wcześniej, jeszcze gdy nawierzchnia była gorsza, a Ukraińcem w życiu większości z nas był sprzedawca, „ruski” z bazaru.
W międzyczasie zabroniliśmy samorządom stawiania własnych fotoradarów, a ogólnopolski program ich instalacji dopiero niedawno nabrał jakiegokolwiek przyspieszenia, niewiele uwagi poświęcając zresztą miastom.
Ryk silników w środku nocy? Dalej nie ma ustawy pozwalającej na wystawianie mandatu w oparciu o pomiary dźwięku. Parkowanie gdzie popadnie? Sportowe auta na kijowskich rejestracjach odnalazły się na chodnikach w całym kraju wśród naszych maszyn jak u siebie.
Dopasować się do nowego domu
Jest to oczywiście jedynie marginalny przykład. Budując przez ponad pokolenie kult przedsiębiorczości dla samej siebie, stworzyliśmy podatny grunt dla biznesmenów zza Buga, którzy mogą przyjechać z walizką pełną dolarów, nie słysząc szczególnych dociekań o ich pochodzenie, prowadzić interesy o wątpliwym pożytku dla społeczeństwa, płacąc przy tym znacznie niższe podatki niż ich ziomkowie, którzy w plecaku przywieźli jedynie koszulę na zmianę i muszą podjąć się pracy dla kogoś innego.
Rozwarstwione ekonomicznie ukraińskie społeczeństwo dało nam zarówno jednych i drugich. Ale to nasze państwo jednym stworzyło warunki jak na specjalnym placu zabaw, a drugim – jak na torze przeszkód.
Ukraińcy znacznie częściej pracują w oparciu – mówiąc żargonem naszego biznesu – o elastyczne formy zatrudnienia. Na ogół nie wynika to ze szczególnej chęci wśród ludzi uciekających z kraju ogarniętego wojną do zostania wolnym strzelcem na zagranicznym rynku pracy.
36% uchodźców i 25% przybyłych przed pełnoskalową wojną Ukraińców deklarowało, że pracuje w Polsce poniżej swoich kwalifikacji (badanie na zlecenie NBP). Oczywiście jest to problem również wśród Polaków.
Dodatkowo, nie każde pozaunijne kwalifikacje można nostryfikować od ręki. Ale cytowane wyniki pokazują problemy polskiej gospodarki, która potrzebuje przede wszystkim przykręcaczy śrubek i pakowaczy mięsa, a nie specjalistów w wąskich dziedzinach.
Na temat instytucjonalnej słabości naszego państwa przelano już wiele łez i atramentu, choć poświęcono mu wciąż nie dość potu i strategicznego działania. Słabo idzie nam nawet wykorzystywanie potencjału kształcącej się w Polsce diaspory ukraińskiej na odcinku stosunków zagranicznych i polityki historycznej.
Ale instytucje to przede wszystkim zasady, które rządzą naszym codziennym życiem. Wiele z nich mogło akceptowalnie funkcjonować w kraju, który tragiczna historia uczyniła monoetnicznym, doświadczenie życiowe większości z nas miało wiele punktów wspólnych, a pewne normy były powszechnie rozumiane bez wypowiadania ich na głos.
Na naszych oczach Polska stała się jednak krajem imigracyjnym. Jestem przekonany, że niedawną falę przyjazdów z Ukrainy będziemy wkrótce wspominać z rozrzewnieniem, gdy biznes śmielej zacznie sięgać po „ręce do pracy” ze znacznie bardziej egzotycznych kierunków.
Musimy w związku z tym dbać o nasze państwo i wspólne przestrzeganie reguł, bo ci, którzy przyjadą, dopasują się do rzeczywistości, jaką zastaną, w taki sposób, że może nam się nie spodobać.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
