Rzeź wołyńska, zbrodnia katyńska, Akcja „Wisła”. Jak prowadzić politykę historyczną?
Jak wygląda polityka historyczna Rosji, Ukrainy i Polski? Czy Polacy i Ukraińcy przepracowali swoje traumy i są gotowi do dialogu? Jak w tym wszystkim odnajduje się naukowiec? Czy powinien zachować bezstronność i skupić się tylko na faktach, które odnalazł w źródłach? O tym wszystkim w książce Gry pamięcią. O polityce historycznej, Polsce, Ukrainie i Rosji rozmawiali historyk prof. Grzegorz Motyka i dziennikarz Andrzej Brzeziecki.

Publikacja Gry pamięcią. O polityce historycznej, Polsce, Ukrainie i Rosji to wywiad rzeka, jaki Andrzej Brzeziecki przeprowadził ze znanym i cenionym historykiem prof. Grzegorzem Motyką.
Naukowiec ten od ponad trzydziestu lat bada kwestie związane z polskim i ukraińskim podziemiem niepodległościowym z czasów II wojny światowej, a także ze zbrodnią wołyńską czy Akcją „Wisła”. Spod pióra Grzegorza Motyki wyszły takie prace, jak Od rzezi wołyńskiej do Akcji „Wisła”, Ukraińska partyzantka 1942-1960 czy Pany i rezuny.
Rozmowa Andrzeja Brzezieckiego z prof. Motyką stanowi niejako podsumowanie kariery naukowej tego historyka i jest doskonałym punktem wyjściowym, aby zgłębić jego prace. Czego zatem może spodziewać się czytelnik, biorąc do ręki to dzieło?
Rosja – od szalonych lat jelcynowskiego bezhołowia do mroku putinowskiego reżimu
W pierwszych rozdziałach książki Grzegorz Motyka wspomina swoje wyjazdy do Rosji na początku lat 90. i w latach 2000. To właśnie bezpośrednio po upadku ZSRR prezydent Borys Jelcyn nakazał otworzyć dużą część rosyjskich archiwów, co stanowiło dla badaczy nie lada gratkę.
Motyka bardzo barwnie odmalowuje obraz jelcynowskiej Rosji i czasu transformacji. Historyk wspomina, że archiwiści sprzedawali wówczas nielegalnie dokumenty za czekoladę lub flaszkę wódki.
Nieocenioną pracę wykonywało również stowarzyszenie Memoriał, które postawiło sobie za cel rozliczenie się z rosyjską historią i ułatwiało pracę badaczom. Po lutym 2022 roku Władimir Putin zakazał działalności Memoriału, a po stowarzyszeniu zostało li tylko wspomnienie.
Historyk równie sugestywnie opisuje już bardziej stabilne putinowskie lata 2000. Wydawałoby się, że Rosjanie, pożegnawszy się z Jelcynem, przestali wraz z nim pić na umór i bardziej się zdyscyplinowali.
Skończyło się wówczas handlowanie „kwitami” z archiwów, rosyjscy historycy zaczęli patrzeć na swoich polskich kolegów coraz bardziej podejrzliwie, a na spotkania między naukowcami regularnie zaczęli przychodzić kadrowi oficerowie Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB), którzy skrzętnie notowali każde słowo.
To, że nauka w Rosji podporządkowana jest całkowicie państwu, wiadomo nie od dzisiaj. Tamtejsza bezpieka kontroluje i trzyma rękę nad tym, co i w jakim tonie jest publikowane.
Putinowski system musi dbać o politykę historyczną swojego kraju po to, aby żonglować nią w zależności od potrzeb. W końcu raz można zrobić z Rosji ofiarę banderowskiego czy niemieckiego nazizmu, by zaraz potem uczynić z niej wyzwolicielkę całego wolnego świata.
Motyka wskazuje jednak, że podobne praktyki miały (i chyba nadal mają) miejsce na Ukrainie. Badacz stwierdził, że:
„Milczenie wielu ukraińskich historyków podczas debat zrozumiałem dopiero wtedy, gdy w 2010 roku do władzy wrócił jako prezydent Wiktor Janukowycz. To on niemalże zamknął archiwa […] Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, jednocześnie przywracając oficerów tej służby na uczelniach. Okazało się, że dopiero Juszczenko po pomarańczowej rewolucji wyprowadził służby specjalne z uniwersytetów.
Zrobiło to na mnie wrażenie, bo nawet w PRL […] nie było na uczelniach stałej, jawnej obecności służby bezpieczeństwa. W maju 1988 roku wiedzieliśmy, że za drzwi KUL nie mogą tak po prostu wbiec ZOMOwcy – musieliby mieć na to oddzielną zgodę.
Tymczasem w niepodległej Ukrainie nadal istniały etaty dla oficerów SBU, którzy zajmowali się nie tyle ochranianiem uczelni przed rzekomym terroryzmem, ile pilnowaniem ideologicznego kursu”.
Przeczesując wraz z Motyką moskiewskie archiwa, musimy zatrzymać się przy zbrodni katyńskiej. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że Rosjanie się z niej rozliczyli. W końcu Borys Jelcyn przeprosił za mord na polskich oficerach, przyznając jednocześnie, że wina za to spada na Federację Rosyjską jako kontynuatorkę ZSRR.
Następnie powstał również Cmentarz Katyński, gdzie godnie pochowano pomordowanych wojskowych. Sprawa zamknięta. Ale czy na pewno?
Grzegorz Motyka wskazuje, że problemem dla Rosjan nadal jest ujawnienie wszystkich nazwisk sprawców mordu katyńskiego i uznania go za ludobójstwo.
Historyk powołuje się przy tym na stanowisko prof. Witolda Kuleszy, który wprost przytacza definicję ludobójstwa ukutą przez Rafała Lemkina. Ten polsko-żydowski prawnik stwierdził, że ludobójstwo oznacza celową fizyczną eksterminację całych grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych, które sprawca uważa za wrogie.
Kulesza zwraca więc uwagę, że Rosjanie postawili sobie za cel nie tylko fizyczną eliminację polskich oficerów, ale także ich rodzin, które masowo rozstrzeliwano podczas deportacji w głąb ZSRR w 1940 roku, co spełnia warunki ludobójstwa. Dlatego też sprawa mordu katyńskiego nadal nie została dostatecznie przepracowana przez stronę rosyjską.
Rzeź wołyńska – punkt zapalny w relacjach polsko-ukraińskich
Obok zbrodni katyńskiej szczególne miejsce w polskiej pamięci i martyrologii zajmuje rzecz jasna rzeź wołyńska. Wydarzenie to antagonizowało, antagonizuje i jeszcze długo antagonizować będzie Polaków i Ukraińców – ku uciesze Rosjan i polityków, chcących zdobyć głosy nacjonalistów w obu krajach.
Czy to oznacza zatem, że Ukraina ma bezkrytycznie zaakceptować w kwestii polityki historycznej wszystko, czego żądać będzie od niej Polska? Nie – chodzi po prostu o uwzględnienie polskiego stanowiska w tej jednej ważnej dla nas kwestii. Tylko tyle i aż tyle.
Problem z rzezią wołyńską w ukraińskiej polityce historycznej jest jednak taki, że o ile politycy i tamtejsi historycy cynicznie wykorzystują ją do rozgrywek z Polską i w dużej mierze mają świadomość, jaki był prawdziwy przebieg tamtych wydarzeń, o tyle zwykli Ukraińcy o Wołyniu nadal wiedzą niewiele.
Aby sprawa mordów na polskiej ludności przestała być punktem zapalnym w naszych stosunkach, ukraińskie elity muszą najpierw zmierzyć się z prawdą, zaakceptować ją i dopiero wtedy mogą oswajać z nią społeczeństwo.
Na pytanie Andrzeja Brzezieckiego, czy możemy mówić o kłamstwie wołyńskim, prof. Motyka odpowiada, że wolałby nie używać tego terminu. Historyk zaraz potem jednak dodaje:
„Była to jednak zbrodnia planowana jeszcze przed wojną i starannie przygotowana jako nowoczesna czystka etniczna, tyle że przeprowadzana z użyciem prymitywnych metod, co miało sprawić wrażenie, że to dziki, spontaniczny zryw miejscowej ludności”.
Badacz nie ma zatem wątpliwości, że rzeź wołyńska była zaplanowaną i świadomą akcją, mającą na celu eksterminację polskich obywateli na ziemiach ukraińskich.
Motyka przytacza również źródła, np. sprawozdania z ludobójczych akcji z 1943 r., które świadczą o tym, iż dowódcy UPA rozkazy mordowania Polaków dostawali na piśmie. To bardzo istotne, ponieważ strona ukraińska
w dyskusjach o tamtych wydarzeniach bardzo często próbuje manipulować faktami i twierdzić, że kierownictwo OUN nie przygotowywało takich dokumentów.
I właśnie to, w mojej ocenie, muszą przepracować Ukraińcy, aby nasze narody wreszcie się pojednały i budowały relacje na zdrowych i silnych fundamentach.
Nasi wschodni sąsiedzi muszą wreszcie nas zrozumieć i zaakceptować fakt, że dla Polaków rzeź wołyńska nie była żadną „tragedią”, jak nazywają ją Ukraińcy czy wojną domową, jak próbował przekonywać były szef Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyr Wiatrowycz.
Dla Polaków rzeź wołyńska to rana i trauma pokoleniowa na równi z niemieckimi zbrodniami z lat 1939-1945, mordem katyńskim czy rosyjskimi zsyłkami na Syberię. Warto też w tym momencie zacytować innego znawcę stosunków polsko-ukraińskich Tadeusza Olszańskiego, który przed laty napisał, że:
„W Polsce jest znacznie więcej ludzi […], którzy rozumieją sytuację Ukrainy oraz jej wewnętrzne dynamiki społeczne, polityczne i ideologiczne niż na Ukrainie ludzi rozumiejących współczesną Polskę. To jest nasza przewaga i zarazem problem Kijowa, który często nie liczy się z polskimi reakcjami na jakieś swoje działania, gdyż nie rozumie, skąd one się biorą, jakie są ich konteksty, podteksty”.
Grzegorz Motyka jednocześnie bardzo krytycznie ocenia działalność polskich środowisk kresowych. Historyk zarzuca im, że podchodzą do sprawy rzezi wołyńskiej w sposób ahistoryczny i często utrudniają dialog z Ukraińcami. Badacz w ostrych słowach stwierdza, że:
„Co ciekawe, w Polsce już po podawanych liczbach ofiar łatwo rozpoznać poglądy osób się wypowiadających: realiści, w tym osoby życzliwe Ukrainie, mówią o osiemdziesięciu do stu tysiącach ofiar, kresowi nacjonaliści o stu dwudziestu tysiącach lub więcej, a »wołyńscy antyszczepionkowcy« postulują odrzucenie dotychczasowych wyników pracy naukowców, twierdząc, że nic się nie da ustalić lub że »prawdziwy« wynik badań na pewno będzie inny (czytaj: dużo mniejszy niż te osiemdziesiąt do stu tysięcy polskich ofiar)”.
Trudno w tym przypadku nie przyznać prof. Motyce racji. Oczywiście należy też zrozumieć kresowiaków, że podchodzą do tego tematu emocjonalnie, ponieważ w rzezi zginęli członkowie ich rodzin. Niestety, w struny te uderza jednocześnie Rosja i jej aparat propagandy, który dzięki temu podsyca konflikt polsko-ukraiński.
Warto tutaj wspomnieć chociażby o tym, że w 2010 roku polskie stowarzyszenia kresowe zorganizowały na Ukrainie wystawę pt. Rzeź wołyńska. Polskie i żydowskie ofiary OUN-UPA. O ile sam pomysł był dobry, o tyle wybór partnera do organizacji tego wydarzenia już niekoniecznie. Ze strony ukraińskiej wystawę wsparło stowarzyszenie „Rosyjskojęzyczna Ukraina”, czyli organizacja prorosyjska i niewykluczone, że stworzona przez FSB.
Nie zmienia to jednak faktu, że to nie Rosjanie wykreowali polsko-ukraiński spór o rzeź wołyńską. Oni tylko korzystają z okazji, kiedy obydwa nasze państwa się kłócą.
Prawdą jest również, że jeszcze wiele wody upłynie w Wiśle i Dnieprze, zanim dojdziemy z Ukrainą w tej kwestii do porozumienia. Piłka jest po stronie Kijowa – zobaczymy, czy tamtejsze elity zrozumieją, że wyjaśnienie kwestii związanych z Wołyniem leży w interesie narodowym Ukrainy.
Akcja „Wisła” – komunistyczna czystka etniczna na Ukraińcach
Czy tylko Ukraińcy mają niespłacone długi wobec Polaków? Czy na przestrzeni XX wieku tylko Polacy byli tymi pokrzywdzonymi, a Ukraińcy „rezunami” mordującymi swoich sąsiadów?
Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Jako najbardziej jaskrawy przykład polskiej zbrodni na ludności ukraińskiej prof. Motyka wskazuje Akcję „Wisła” z 1947 roku. Historyk wprost nazywa ją komunistyczną czystką etniczną.
Nie chodzi tutaj oczywiście, aby nagle być symetrystą i na jednej szali stawiać rzeź wołyńską z Akcją „Wisła”. Skala, rozmach oraz brutalność mordów na Wołyniu i Galicji Wschodniej przerażają do dziś i nieporównywalnie przewyższają to, co stało się podczas przymusowych wysiedleń Ukraińców w 1947 roku.
Musimy jednak zdać sobie sprawę, że i nasza historia pełna jest ciemnych plam, a rolą historyka i demokratycznego, europejskiego państwa jest zmierzyć się z własną, często trudną przeszłością i się do niej przyznać.
O Akcji „Wisła” Grzegorz Motyka mówi bez ogródek:
„Przesiedlenia miały być, zgodnie z regułami odpowiedzialności zbiorowej, karą dla wymienionych w uchwale rodzin ukraińskich oraz »mieszanych«. Wystarczyło, by w danej rodzinie jedna osoba miała ślad ukraińskiej krwi albo była grekokatolicka czy prawosławna, i już całą rodzinę wysiedlano. De facto stosowano rasistowski klucz”.
W akcji użyto jednostek Ludowego Wojska Polskiego, Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Milicji Obywatelskiej. W trakcie wysiedleń dochodziło do rabunków, gwałtów oraz zabójstw na tle narodowościowym.
Ukraińcy mieli wówczas tylko kilka godzin, aby zabrać swój dobytek i oddalić się do punktu zbornego, skąd zabierano ich w nowe miejsce zamieszkania. Wielu z nich zmarło w trakcie transportu i w obozach dla deportantów, np. w Jaworznie.
Akcja „Wisła” została przez RP potępiona już 3 sierpnia 1990 roku, mimo prób blokady przez gen. Jaruzelskiego (który sam brał w niej udział) i kresowiaków. Stało się to na rok przed uzyskaniem przez Ukrainę niepodległości.
Polskie elity po okresie PRL doszły do wniosku, że należy dbać o dobrosąsiedzkie relacje i zdobyły się na akt bardzo dużej politycznej, ale też czysto ludzkiej, dojrzałości, piętnując wydarzenia z 1947 r.
Dzisiaj Akcja „Wisła” cieszy się dobrą sławą szczególnie wśród środowisk nacjonalistycznych, kresowych i antyukraińskich. Jednakowoż nikomu z parlamentarzystów nie przeszło przez myśl, aby próbować uchylić lub kwestionować uchwałę z 1990 roku, mimo coraz ostrzejszych sporów z Ukrainą. To świadczy o tym, że strona polska ma świadomość, że w przeszłości również krzywdziła Ukraińców i nie ma problemu się do tego przyznać.
Kontrastuje to niestety z postawą Kijowa – i tutaj po raz kolejny zacytujmy prof. Motykę:
„To były ważne i dobre kroki [potępienie przez Senat RP Akcji »Wisła« – przyp. red], bo zło należało napiętnować. Problem w tym, że po ukraińskiej stronie zwyciężyła postawa: wspaniale, że potępiacie akcję »Wisła«, ale my wydarzeń na Wołyniu nie możemy tak potraktować, bo przecież tam obie strony były winne.
Sam prezydent Petro Poroszenko mówił: spotkajmy się na miejscu polskiej tragedii na Wołyniu, ale zaraz potem także w Sahryniu na Lubelszczyźnie, gdzie ginęli prawosławni Ukraińcy.
Z tak wyprowadzonego rachunku historycznych win wychodzi, że w okresie II wojny światowej Polacy i Ukraińcy zawinili symetrycznie, a licząc z akcją »Wisła«, to właściwie nawet bardziej Polacy. Trudno się z tym zgodzić”.
W obu tych postawach widać jak na dłoni, że my, Polacy – nasi rządzący, nasze społeczeństwo – potrafiliśmy zmierzyć się z demonami przeszłości. Potrafiliśmy uderzyć się w pierś i powiedzieć: „Tak, zawiniliśmy”. Tego niestety zabrakło – i w zasadzie nadal brakuje – po stronie ukraińskiej. W Warszawie czas refleksji nadszedł 36 lat temu, Kijów jeszcze na to czeka.
Historyk w samym środku wojny historyczno-politycznej
A gdzie w tym wszystkim historyk? Czy może być on częścią sporu? W końcu historycy to zwykli ludzie i mają swoje poglądy. I tego Grzegorz Motyka nie ukrywa. Badacz wprost określa się jako liberał, a z jego wypowiedzi dosadnie przebija się krytyka, czy wręcz niechęć zarówno do rządu Prawa i Sprawiedliwości, jak i Prezydenta RP Karola Nawrockiego.
Oczywiście dla ludzi bardzo mocno zaangażowanych w spór, albo raczej wojenkę polsko-polską, może być to nie do przeskoczenia i zepsuć odbiór publikacji.
Czytelnik, nieco mniej zaangażowany politycznie i skupiający się bardziej na aspektach historycznych, łatwiej to przełknie. Należy też pamiętać, że książka Andrzeja Brzezickiego i Grzegorza Motyki nie jest pracą stricte naukową czy popularnonaukową, a wywiadem rzeką dziennikarza z historykiem.
Dlatego też taka forma rządzi się swoimi prawami. Tu po prostu historyk „może więcej” i pokazuje bardziej „ludzką” twarz.
Według Motyki, historyk, będąc w centrum sporów, które wykraczają daleko poza sferę nauki, powinien pozostać przede wszystkim rzetelnym badaczem i odmalowywać przeszłość taką, jaką ona była – czyli poprzez analizę źródeł i dokumentów.
Co ciekawe, badacz, mimo swojego krytycznego stosunku do PiS i IPN (który niemal jednoznacznie kojarzy się z tym ugrupowaniem), uważa, że IPN powinien istnieć. Cytując:
„Dobrze kierowany IPN może być użyteczny dla państwa polskiego niczym swoisty krążownik przystosowany do prowadzenia polityki historycznej. Nadeszły niespokojne czasy, kiedy pozbawianie się tego typu narzędzi, tworzących przecież naszą soft power, jest zwyczajnie nierozsądne. Dlatego upieram się, że lepiej, by IPN dalej istniał”.
Jest to chyba najlepsze podsumowanie dyskusji o tym, w jaki sposób i za pomocą, jakich narzędzi Polska powinna prowadzić politykę historyczną. Szczególnie w sytuacji, kiedy nasze państwo ma jako sąsiadów Rosję i Ukrainę, które bezwzględnie wykorzystują kwestie historyczne do obrony i realizacji swych interesów.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.