Okruchy z wydawniczego stołu. Postulat 10 proc. dla pisarzy to nie wszystko
I na mrozach getyckich, pod rzymskimi znaki, / Me wiersze centuriony czytają prostaki, / Pono się i Brytania nimi rozkoszuje, / Lecz jaka z tego korzyść? – Mój mieszek nie czuje. Tak o korzyściach płynących z pracy twórczej – a raczej ich względnym braku – pisał w I w. po Chr. Marcjalis. Dwa tysiące lat później, gdy twórczość za wierzchnie nakrycie ma już dziurawy płaszcz praw autorskich, słowa rzymskiego poety rezonują na nowo – tym razem w ramach chaotycznego i potransformacyjnie nieokrzepłego polskiego rynku literackiego. Rynku, dla którego rewolucją byłoby zapewnienie autorom i tłumaczom książek honorarium w wysokości marnych 10 procent od ceny wydanego egzemplarza.
Zakup biletu na pociąg na trasie Warszawa-Gdańsk wymaga sprzedania wcześniej 15 książek. Z kolei nabycie jednej pary okularów to już 240 książki, zakup niezbędnych do pracy urządzeń to 833 książki w przypadku tabletu graficznego, a gdy chodzi o laptopa – tysiąc. Jeszcze droższe potrafi być zadbanie o własne zdrowie: kupienie aparatu z wizytami u ortodonty kosztuje w sumie równowartość honorariów autorskich za 3 tys. sprzedanych książek.
Te i inne liczby poznać mogliśmy dzięki kampanii, prowadzonej przez Unię Literacką i zrzeszonych w niej autorów. Jednocześnie, organizacja zaczęła aktywnie postulować wpisanie do projektu ustawy o ochronie rynku książki minimalnej kwoty – określonej procentem od ceny okładkowej książki – która byłaby wypłacana autorowi.
Jak się bowiem okazuje, wysokość kwoty, która trafia ostatecznie do pisarza, nie tylko jest mu narzucana przez wydawnictwo, ale drastycznie odstaje od europejskich realiów i godziwych warunków opłacania pracy twórczej.
Pusty mieszek Marcjalisa, pusty portfel polskiego pisarza
Portfele polskich pisarzy, podobnie jak mieszek Marcjalisa, rzeczywiście często nie czują większych korzyści z ogromu pracy, jaki ich właściciele włożyli w przygotowanie – napisanie, przetłumaczenie czy zilustrowanie – książki. Normą jest ustalanie honorarium przynależnego autorowi na poziomie 5 czy nawet 2-3 procent od ceny okładkowej sprzedanej książki, a w wielu przypadkach – od realnej ceny, jaką zapłacił przyszły czytelnik w księgarni.
Jak czytamy w raporcie Jeszcze książka nie zginęła? (Polska Sieć Ekonomii, 2024), przy założeniu średniej ceny okładkowej w wysokości 57,50 zł oraz 5-procentowej stawki, do autora – który poświęcił na powstanie książki długie miesiące, jeśli nie lata pisarskiej pracy – trafi zaledwie 2,87 zł brutto z każdej transakcji.
Kwota ta będzie jeszcze mniejsza – wręcz mikroskopijna – jeśli przyjmiemy niższą stawkę procentową lub zaczniemy liczyć ją nie od ceny okładkowej, lecz – co, jak podkreślają pisarze z UL, także się zdarza – od realnej ceny sprzedaży. Ta zaś po naliczeniu rabatów przez księgarnię, wynosi średnio 40,25 zł.
Na to nakładają się problemy z dostępem do danych. Autorzy często nie otrzymują od wydawnictw pełnych informacji o liczbie sprzedanych książek, które pozostają nieznane nieraz dla samych oficyn. Tylko częściowo jednak winę za taką sytuację ponoszą wydawnictwa.
Nikomu albo raczej wszystkim swoje księgi / Daję: by kto nie mniemał (strach to bowiem tęgi), / Że za to trzeba co dać, wszyscy darmo miejcie – / O drukarzu nie mówię, z tym się rozumiejcie. Współczesnym odpowiednikiem drukarza, którego tymi słowy wykpiwa Jan Kochanowski na tytułowej karcie swoich Pieśni, mógłby być dystrybutor – trzeci aktor procesu wydawniczego, od którego zależy obecnie najwięcej.
Piątka największych graczy na polskim rynku dystrybucji (tworząca niemożliwy do złamania oligopol) według raportu i relacji pisarzy ustala marże w wysokości 60, a nawet 70 proc. wartości danego egzemplarza. Kreują oni przy tym jednostronnie sytuację autorów, do woli żonglując cenami zakupu książek od wydawnictw i ich sprzedaży w księgarniach, które obsługują.
Jednocześnie nieraz każą płacić sobie za dane o sprzedaży i czekać nawet do 180 dni na wypłaty należności. Komplikują tym samym sytuację rynkową – trudną dla wydawców, a pełną niewiadomych i wręcz tragiczną – dla autorów.
Jednolita cena okładkowa i 10 proc. dla autora
Ci ostatni w zdecydowanej większości zgadzają się z tezą, że rynkowe reguły sprzedaży książek niszczą dobrą literaturę. Objawem obowiązywania tych reguł jest swoista „nadprodukcja” literatury o niewielkiej wartości artystycznej przy jednoczesnej marginalizacji ambitnej prozy i poezji.
Ta ostatnia nie jest należycie eksponowana w księgarniach, podlegających oligopolowi dystrybutorów, którzy z kolei czasem żądają dodatkowej zapłaty np. za lepiej widoczne miejsca w sklepowych witrynach.
Wszystko to, jak wskazują autorzy raportów, dzieje się w ramach rynku literackiego, który przez ponad trzy dekady, jakie minęły od zmiany ustroju, nie tylko nie miał okazji okrzepnąć, ale wytworzył warunki chaotyczne i dla wielu autorów wręcz prekaryjne.
Na taki grunt trafia flagowy w ostatnich dniach postulat Unii Literackiej – wprowadzenie ustawowego minimum, jakie otrzymywać miałby autor książki. Proponowane 10 proc. nie wzięło się znikąd – jest to stawka powszechna w krajach europejskich, którą także polscy wydawcy oferują autorom z Niemiec czy Hiszpanii przy tłumaczeniu ich książek, i którą dekadę temu wywalczyli dla siebie pisarze z francuskiego Stowarzyszenia Autorów i Ilustratorów Książek dla Dzieci.
Liczone od ceny okładkowej, owe 10 proc. przysługiwałoby pisarzowi oczywiście bez względu na to, po jak zaniżonej kwocie książka byłaby ostatecznie sprzedawana. Łączy się to z postulatem wprowadzenia jednolitej ceny okładkowej, którą wydawnictwo ustalałoby na okres maksymalnie roku od premiery danego tytułu – w tym czasie księgarnia uprawniona byłaby do sprzedaży egzemplarzy z rabatem, którego górną granicę także określałaby ustawa (15 proc. według propozycji autorów przytaczanego wyżej raportu).
Branża zaznacza przy tym, że okres z jednolitą ceną pomógłby w przesunięciu rywalizacji rynkowej w kierunku jakościowym – tytuły o proporcjonalnych cenach częściej rywalizowałyby na jakość treści czy choćby formy wydania niż na galopujące rabaty i promocje.
Propozycje te – rewolucyjne z punktu widzenia uczestników polskiego rynku literackiego w obecnym jego kształcie – zapewniłyby autorom jednak stosunkowo skromne kwoty w przedziale ok. 3-7, z porywami do 8-9 zł (zależnie od cen okładkowych), od sprzedanego egzemplarza.
Tymczasem średni nakład wynosi ok. 2 tys. egzemplarzy – liczba ta potrafi wzrosnąć kilkakrotnie w przypadku nielicznej grupy pisarzy-celebrytów i spaść do kilkuset, gdy chodzi o poezję lub ambitną, niszową prozę. Matematyka jest tu nieubłagana: dla wielu autorów nawet wdrożenie branżowych propozycji nie byłoby szansą na utrzymywanie wyłącznie z pracy twórczej.
Dałoby im jednak godne, wynagradzające ich działalność minimum. A praktyki wydawców i – przede wszystkim – dystrybutorów zostałyby ujęte w jakiekolwiek ramy, zapewniające twórcom minimalne punkty odniesienia pośród chaosu panującego na rynku literackim.
Pisarz na końcu łańcucha pokarmowego
W obecnej sytuacji nie dziwi więc, że zaledwie 25 proc. twórców utrzymuje się wyłącznie z pracy artystycznej. Raport Kondycja zawodowa i warunki pracy osób tworzących książki w Polsce (Instytut Książki, 2025) wykazał, że dla pozostałych 75 proc. dochody wynikające z twórczości są jedynie dodatkiem do domowego budżetu.
Dochody z pracy twórczej w ok. 90 proc. oscylują w granicach między minimum socjalnym (ok. 1,8 tys. zł miesięcznie) a płacą minimalną. Większość autorów nie osiąga dochodów z tantiemów i spotkań autorskich.
Najczęstszym ich źródłem jest zaś całkowita sprzedaż praw autorskich – dla wielu twórców niepewna i narażająca na straty, gdyż zapłacona jednorazowo kwota nie odzwierciedla późniejszego ewentualnego sukcesu rynkowego książki (co dobitnie pokazał przykład sporu wokół Chłopek Joanny Kuciel-Frydryszak).
Dane te drastycznie kontrastują ze stereotypem opływających w bogactwa, bestsellerowych autorów-celebrytów (stanowiących od 1 do 3 proc. tej grupy zawodowej), którzy dostają pieniądze za „siedzenie w domu” i „nieróbstwo”, do jakiego często sprowadzana jest praca twórcza. Nie przeszkadza to jednak wielu osobom w formułowaniu tego typu sądów o całej rzeszy autorów wykonujących ciężką, dodatkową i słabo wynagradzaną pracę.
Mowa tu o negatywnych stereotypach „próżniaków”, „niebieskich ptaków”, zajmujących się „niepoważną” pracą, momentalnie zyskujących sobie także łatki „darmozjadów”, gdy tylko odważą się mówić głośno o problemach swojego zawodu. To stereotypowe myślenie potrafi urosnąć nawet do rozmiarów fali hejtu, jaka przetoczyła się przy okazji prac nad ustawą o statusie artysty i propozycji dopłat do składek dla najuboższych twórców.
Chciałoby się na koniec powiedzieć, że te same osoby, które nie szanują pracy autorów, z hipokryzją sięgają potem po ich książki. Trzeba by jednak zapomnieć o fatalnym poziomie polskiego czytelnictwa.
Mimo tego, że 41 proc. polskiego społeczeństwa (według raportu Biblioteki Narodowej za 2025 rok) deklaruje jedną lekturę rocznie, często mowa o literaturze popularnej – obyczajowej, kryminalnej czy sensacyjnej. Autorzy tych książek zaś najczęściej nie narzekają na zarobki.
To tylko uwydatnia zasadność kierunku, jaki swoją kampanią wyznaczyła Unia Literacka: proponowania systemowych rozwiązań połączonego wraz z uświadamianiem społeczeństwa o patologii rynku literackiego – który zamiast miejsca w swoim centrum, stawia pisarza niejednokrotnie na końcu łańcucha pokarmowego.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
