Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Powstanie Warszawskie miało głęboki sens. Jego krytycy się mylą

Powstanie Warszawskie miało głęboki sens. Jego krytycy się mylą Powstańcy na ul. Wareckiej; źródło: wikimedia commons; public domain

„Reakcją na wybuch powstania był wydany przez Hitlera i Himmlera rozkaz ludobójstwa. Rozporządzenie z 1 sierpnia oznaczało wyrok śmierci na około milion ludzi. Został on potem nieco złagodzony tylko dlatego, że równoczesna eksterminacja ludności cywilnej i walka z powstańcami okazały się logistycznie niewykonalne. Zawsze uderzało mnie to, że w całej tej realistyczno-racjonalistycznej krytyce decyzji o wybuchu powstania, milcząco zakłada się racjonalizm po stronie naszych wrogów. Tymczasem kierowali się oni zupełnie inną, nieludzką definicją rozumu. Była to racjonalność totalitarna, zdolna do przeprowadzenia ludobójczej inżynierii społecznej”. O Powstaniu Warszawskim z prof. Dariuszem Gawinem rozmawia Gabriel Czyżewski.

Powstanie Warszawskie było obłędem? Bohaterstwem szaleńca, który rzuca się pod pociąg, żeby go zatrzymać?

Nazywanie Powstania Warszawskiego obłędem to teza, powiedziałbym, wręcz abominacyjna. Ona jest tak skrajna, że zamyka jakąkolwiek dyskusję i wykracza poza granice racjonalnego sporu.

Tymczasem rzetelna debata o powstaniu toczyła się od samego jego początku, przede wszystkim w Londynie i na łamach prasy emigracyjnej. Spierano się o nie w samej Warszawie, a po upadku zrywu i końcu wojny ten spór tylko przybrał na sile.

I ta dyskusja będzie trwać tak długo, jak długo będą istnieć ludzie, dla których Polska jest ważna. Powstanie to jedno z kluczowych, wręcz węzłowych wydarzeń w naszej historii. Nie rozpatruje się go wyłącznie jako pojedynczego epizodu, ale jako punkt zwrotny, w którym ogniskują się fundamentalne pytania o to, czym jest polskość i jakie jest miejsce Polski w świecie.

W tym sensie ten spór trwa od zawsze i od zawsze był niezwykle gwałtowny. Ścierają się w nim surowe oskarżenia z gorliwą obroną tamtej decyzji. I to się nigdy nie zmieni.

W swoim eseju 1944. Oślepiający blask wolności pisze pan profesor: „W tej wielkiej bitwie streszcza się sens polskiego losu ostatniego stulecia. Losu rozumianego nie tyle jako przeznaczenie, fatum, ile raczej jako udział, czyli to, co przypadło Polakom z całego tego okresu. Należy bowiem unikać takiego myślenia o powstaniu, które rzecz całą zamyka w majestatycznych stereotypach wielkiej tragedii”. Co to znaczy, że w Powstaniu Warszawskim streszcza się polski los?

Nawet więcej niż stulecia. Powstanie Warszawskie wybuchło sto pięćdziesiąt lat po insurekcji kościuszkowskiej i rzezi Pragi. Stanowi ono zatem zwieńczenie całej wielkiej epoki w historii Polski. Epoki, w której jedną z fundamentów kształtujących naszą świadomość była właśnie tradycja insurekcyjna.

To nie przypadek, że u progu tej epoki stoi pierwsze polskie powstanie. Tadeusz Kościuszko nie zawiązał przecież konfederacji. Ogłosił się naczelnikiem insurekcji. To był początek tej tradycji, a jej ostatnim, wielkim akordem stało się Powstanie Warszawskie. W obu tych kluczowych momentach zasadniczą rolę odegrała Warszawa. Najpierw w 1794 roku podczas walk i rzezi Pragi, a sto pięćdziesiąt lat później w 1944 roku.

Powstanie Warszawskie domyka epokę, w której podstawowym pytaniem stojącym przed Polakami było: czy będziemy istnieć? Nasze usytuowanie w historii przez te półtora wieku było ciągłym balansowaniem na granicy, żyliśmy  … w  prześwicie ontologicznym.

To znaczy?

W naszym hymnie, napisanym u zarania tej epoki, do dziś śpiewamy: „Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy”. Ukryta jest w tym myśl, że Polska mogłaby nie istnieć. To zagrożenie miało zresztą różne oblicza.

Gdy legioniści we Włoszech pisali te słowa, panowało przekonanie, że wraz z utratą własnego państwa nieuchronnie znika sam naród. Przez cały XIX wiek musieliśmy więc zdefiniować wspólnotę na nowo.

Przejść od czysto politycznego rozumienia narodu  do pojęcia narodu opartego na kulturze i języku. Polacy przetrwali ten czas przede wszystkim jako wspólnota kulturowa, a literatura stała się dla nas namiastką niepodległego państwa.

Powstanie Warszawskie domyka tę epokę. Czas walki o samo przetrwanie bytu narodowego. Choć jest to rozdział w historii już zamknięty, związane z nim pytania pozostają niezwykle żywe, a samo doświadczenie zrywu z 1944 roku po dziś dzień głęboko kształtuje naszą psychologię polityczną.

To, że mogłoby nas nie być, jest charakterystyczne tylko dla nas?

Tak, tego doświadczenia nie mają narody Europy Zachodniej. Jesteśmy dużym narodem europejskim, który jako jedyny z tej ligi stracił własne państwo.

Rodzi to zresztą spore nieporozumienia, ponieważ często wrzuca się nas do jednego worka z narodami Europy Wschodniej, które odzyskiwały niepodległość po 1918 roku, takimi jak Słowacy czy Łotysze, którzy wcześniej nie posiadali własnej państwowości.

Polska była czymś zupełnie innym. Byliśmy tym, co w XIX wieku nazywano „narodem historycznym”. Pojęcie to brzmi dziś może politycznie niepoprawnie, ale odnosi się do faktów.

Nie chodzi o to, że mniejsze narody nie mają swojej historii, lecz o to, że narody historyczne posiadały własne państwa, wywierały realny wpływ na losy regionu oraz posiadały długą pamięć instytucjonalną.

Spośród tych dużych narodów europejskich tylko Polacy stracili państwo. Francuzi doświadczyli co prawda przegranej wojny i okupacji, ale ich byt w sensie fizycznym i tożsamościowym nigdy nie był realnie zagrożony. Czymś zupełnie innym jest okupacja, a czymś innym groźba całkowitej zagłady.

Całe późniejsze zmagania kolejnych pokoleń były walką o udowodnienie, że Polacy muszą istnieć. I to nie tylko dlatego, że wymazanie Polski naruszało geopolityczną równowagę Europy, ale przede wszystkim dlatego, że stanowiło gwałt na porządku etycznym.

Brak niepodległej Polski był skandalem moralnym, a nie jedynie krzywdą wyrządzoną naszym interesom. W tym sensie odbudowa wolnego państwa miała być przywróceniem ładu nie tylko politycznego, ale i moralnego w historii świata.

To przekonanie podzielały kolejne pokolenia polskich twórców, myślicieli i inteligentów – podzielał je zarówno Mickiewicz, jak i Żeromski. Stąd u Żeromskiego metafora „szklanych domów”: wolna Polska musi być nie tylko suwerenna, lecz również nowoczesna i sprawiedliwa.

Pana esej o Powstaniu Warszawskim nosi tytuł Oślepiający blask wolności. Czym jest ta wolność? Jaka jest treść tego pojęcia?

 Pojęcie wolności jest kluczowe, ponieważ Polacy, jako naród polityczny wyrastający bezpośrednio z tradycji republikańskiej, zawsze wokół idei wolności się gromadzili.

Powstanie Warszawskie nie było wyłącznie kwestią militarną. Ono było jawnym objawieniem się polskiej państwowości. W czasach PRL-u, a sam odebrałem wówczas edukację, łącznie ze studiami, więc doskonale pamiętam, jak wtedy uczono historii, celowo to przemilczano.

Dopiero w niepodległej Polsce zaczęto wyraźnie podkreślać, że w granicach wyznaczonych linią warszawskich barykad objawiła się niedoszła III Rzeczpospolita, państwo, które w założeniu miało być bardziej demokratyczne i sprawiedliwe niż II Rzeczpospolita.

Powstanie, będąc gigantycznym starciem zbrojnym, przyciąga naszą uwagę głównie wymiarem militarnym i martyrologicznym. To z kolei spycha w cień jego wymiar polityczny,  rozumiany w tym najszlachetniejszym, najgłębszym sensie.

A przecież na powierzchni ujawniło się to, co dotąd działało w ukryciu. Całe Polskie Państwo Podziemne. Ujawniły się cywilne, legalne władze państwowe oraz Armia Krajowa jako ich oficjalne wojsko. Ujawniła się też namiastka parlamentu: Rada Jedności Narodowej.

W walczącej stolicy zaczęto wydawać Dziennik Ustaw. Gdy weźmie się go do ręki, widać wyraźnie, że te przepisy wcielały w życie program polityczny zawarty w wydanej na początku 1944 roku deklaracji O co walczy naród polski?.

Jaki charakter miało mieć to państwo?

Jego kształt od samego początku miał mocno zakorzenić tę niedoszłą III Rzeczpospolitą we wspólnocie zachodniej. Deklaracja jasno określała, że Polska będzie demokracją parlamentarną z wolnymi wyborami.

Szykowano również głębokie reformy społeczne i gospodarcze, które od razu stawiałyby nasz kraj w jednym szeregu z tym wszystkim, co działo się na Zachodzie po wojnie pod zbiorczym hasłem budowy państwa dobrobytu.

Swoją drogą, wcześniejszy program PPS-WRN – Program Polski Ludowej z 1941 roku opublikowany w konspiracji, został w formie mikrofilmu przerzucony na zachód. Przetłumaczono go następnie na język angielski i wydano przez polskich socjalistów w Londynie w 1942 roku, gdzie spotkał się z ogromnym zainteresowaniem.

Wstęp do angielskiego wydania napisał brytyjski minister Arthur Greenwood, który niedługo potem zlecił przygotowanie słynnego raportu Beveridge’a. To właśnie ten raport stał się fundamentem wielkich reform welfare state, wprowadzonych przez laburzystowski rząd Clementa Attlee w 1945 roku.

Mówię o tym dlatego, że wyraźnie widać zachodnie zakorzenienie projektu tego państwa. Ono miało być wolne, sprawiedliwe i znacznie lepsze od II Rzeczypospolitej oraz rządów sanacyjnych. We wcześniejszych programach zapowiadano wręcz postawienie przed sądem członków tzw. kliki ozonowej za działania z lat 30.

To niedoszłe niepodległe, demokratyczne państwo, które istniało w Warszawie przez dwa miesiące powstania, poniosło klęskę. A powstało ono w imię wolności. Wolności, która stała się również mottem naszej ekspozycji. Są nim słowa z przemówienia Jana Stanisława Jankowskiego, Delegata Rządu na Kraj, który powiedział: „Chcieliśmy być wolni i wolność sobie zawdzięczać”.

I to zniszczyli Hitler ze Stalinem?

 Tak. Chęć samostanowienia była w oczach Stalina i Hitlera największą zbrodnią Polaków. To była najcięższa zbrodnia w oczach zaborców i wrogów polskości od końca XVIII wieku: to, że chcieliśmy być wolni i wolność sobie zawdzięczać.

To samo poczytywali nam za zbrodnię caryca Katarzyna II, królowie pruscy i wszyscy sygnatariusze aktów rozbiorowych. Słowem każdy, kto nie widział dla Polski miejsca na mapie Europy. To właśnie nazywam prześwitem ontologicznym, stan, w którym Polska jest, ale w każdej chwili może przestać istnieć.

Los Warszawy jest pod tym względem szczególny. To nie była po prostu przegrana bitwa. W walczącej stolicy zderzyliśmy się bezpośrednio z dwoma totalitaryzmami, które z natury dążyły do całkowitego zniszczenia naszego bytu. Tragedia Warszawy z 1944 roku stanowi w pigułce to fundamentalne, konstytutywne wręcz doświadczenie Polski w XX wieku, doświadczenie dwóch totalitaryzmów.

To znaczy?

Reakcją na wybuch powstania był wydany przez Hitlera i Himmlera rozkaz ludobójstwa. Rozporządzenie z 1 sierpnia oznaczało wyrok śmierci na około milion ludzi. Gdy Hitler dowiedział się od Himmlera o wybuchu walk, obaj natychmiast podjęli decyzję: wszyscy mieszkańcy mają zostać zgładzeni, a miasto zrównane z ziemią.

Już pierwszego wieczoru antycypowali więc zagładę miliona ludzi. Ten rozkaz stał się podstawą prawną rzezi Woli. Został on potem nieco złagodzony tylko dlatego, że równoczesna eksterminacja ludności cywilnej i walka z powstańcami okazały się logistycznie niewykonalne.

Mimo to, po honorowej kapitulacji, gdy alianci zachodni przyznali powstańcom prawa kombatanckie, Hitler i tak wydał wyrok o ostatecznym unicestwieniu miasta. Przyznanie praw kombatanckich uratowało natomiast wielu walczącym życie.

Gdyby poddali się Sowietom, trafiliby na Syberię i większość z nich by nie przeżyła. Dzięki temu tysiące z nich wróciło po wojnie z niemieckich oflagów do Warszawy lub zostało na Zachodzie.

Samo miasto jednak… 600 tysięcy ludzi zostało wypędzonych. To jedyny taki przypadek w historii całej II wojny światowej by z wielkiej metropolii całkowicie wysiedlono ludność cywilną. Następnie Warszawę zupełnie ograbiono.

Niemcy wywieźli stąd setki pociągów pełnych zrabowanych ruchomości. Jednej rzeczy tylko nie zabierali: książek. Wywozili meble, pościel, precjoza, dzieła sztuki. Dopiero tak ogołocone domy systematycznie palili i wyburzali.

W tysiącach niemieckich domów do dzisiaj stoją meble z Warszawy albo wiszą skradzione wówczas obrazy, a kolejne pokolenia często nie mają nawet pojęcia, skąd one się tam wzięły. To było doświadczenie totalitarnej inżynierii społecznej na przerażającą, niespotykaną skalę.

I o czym to świadczy?

Zawsze uderzało mnie to, że w całej tej realistyczno-racjonalistycznej krytyce decyzji o wybuchu powstania, milcząco zakłada się racjonalizm po stronie naszych wrogów. Tymczasem kierowali się oni zupełnie inną, nieludzką definicją rozumu. Była to racjonalność totalitarna, zdolna do przeprowadzenia ludobójczej inżynierii społecznej.

Stalinowi chodziło przecież o to, by rękami Hitlera eksterminować polską warstwę przywódczą. Oczywiście, on sam nie zrównałby z ziemią całego miasta. Te wszystkie meble, kieliszki, zastawy i dzieła sztuki zapewne by przetrwały.

Zginęłoby „tylko” kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi z Armii Krajowej. Dokładnie tak, jak ginęli lub byli wywożeni na Sybir ci, którzy wcześniej u boku Sowietów zdobywali wcześniej Wilno.

Wracamy tu do punktu wyjścia, czyli do wiecznej polskiej dyskusji o tym, czym tak naprawdę jest substancja narodowa. Czy są nią meble i majątek? Czy jednak to, co spaja ludzi w duchową wspólnotę? Oczywiście nie jest to wybór zero-jedynkowy, a każda odpowiedź jest bardzo trudna.

Chcę jednak z całą mocą podkreślić: po drugiej stronie stało radykalne zło. Zło, z którym nie sposób było się układać. Decyzja o powstaniu była decyzją tragiczną, ale w tym źródłowym, starogreckim sensie. Latem 1944 roku na stole wcale nie leżały dwa warianty: dobry i zły. Każda decyzja, jaką mogło wtedy podjąć polskie dowództwo była zła.

Niestoczenie walki też było złą decyzją, której konsekwencji już nigdy nie poznamy, bo historia potoczyła się inaczej. Żyjemy i będziemy zawsze żyli z konsekwencjami decyzji o podjęciu walki i nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić konsekwencji nie podjęcia jej w tamtych warunkach.

Realiści polityczni odwołują się jednak do porządku konsekwencji. Pan profesor natomiast opiera dużą część swoich argumentów na porządku intencji: że to miała być III Rzeczpospolita, konieczność psychologiczna, oślepiający blask wolności. Sceptyk może jednak powiedzieć: no dobrze, ale konsekwencje powstania były takie, że ludność cywilna zginęła, miasto zostało zniszczone i może trzeba było nie iść śladem Melijczyków ze słynnego sporu z Ateńczykami opisanego na kartach Wojny peloponeskiej Tukidydesa? Nie stawiać się silniejszemu wrogowi, tylko po prostu się poddać, unikając, być może, rozlewu krwi i anihilacji miasta.

Tylko że ludzie, którzy by tak postąpili, nie byliby już tymi Polakami, jakich znamy. To jest właśnie argument z tożsamości. Byliby to jacyś „inni Polacy”.

Tak jak o stworzeniu „innego Polaka” myślał chociażby Roman Dmowski w kontrze do Piłsudskiego w 1905 czy w 1914 roku.

Narody nie podejmują decyzji w taki sposób, że zbiegają się w jednym miejscu i po wspólnej deliberacji głosują nad wybranym wariantem. Jednak Polacy, w pewnym skrócie myślowym, podjęli decyzję o wejściu do wojny w 1939 roku i to ona uruchomiła cały ten nieodwracalny ciąg zdarzeń.

Wiem, że Stefan Kisielewski ripostował później, iż w 1939 roku mieliśmy przynajmniej własną armię i państwo, ale doskonale wiemy, że w starciu z Niemcami nie mieliśmy wówczas żadnych szans. Dokładnie tak samo, jak nie mieliśmy ich w roku 1944.

Łańcuch przyczynowo-skutkowy, którego tragicznym finałem był rok 1944, rozpoczął się więc we wrześniu 1939 roku. Decyzję o podjęciu walki z Niemcami poparł wtedy w zasadzie cały naród, od lewicy do prawicy.

Postacie nawołujące do ugodowości, jak Władysław Studnicki, stanowiły marginalny wyjątek. Kiedy więc weszliśmy do wojny, naturalną odpowiedzią na terror okupacyjny stało się stworzenie Polskiego Państwa Podziemnego oraz Armii Krajowej.

Warto pamiętać, że niemal wszystkie toposy i dyskusje o sensie powstania wypracowano w pierwszych dwóch-trzech latach po wojnie, na łamach oficjalnej prasy. Zanim komuniści całkowicie dokręcili śrubę cenzury opublikowano właściwie każdy argument „za” i „przeciw”.

Pojawiła się tam również teza, że być może błędem było zbudowanie aż tak masowego oporu. Pytano, dlaczego nie postąpiliśmy jak Francja czy Dania, gdzie ruch oporu był kadrowy i niewielki.

Wielkie, polityczne struktury nie popełniają samobójstw. Zawsze grają do końca i zawsze są gotowe zaryzykować, bo po prostu taka jest natura polityczności. Jak się buduje coś takiego jak państwo podziemne i Armię Krajową, to one nie będą w stanie się same rozwiązać, dopóki nie przekonają się, że nie mogą istnieć. Takie są najbardziej fundamentalne reguły polityczności.

Aż tak?

Armia Krajowa została rozwiązana dopiero po powstaniu. W momencie, kiedy było wiadomo, że jesteśmy pokonani i że wojna się dla nas skończyła czymś strasznym. Ale póki istniała szansa podjęcia walki… Zresztą pisał o tym w pierwszych dniach października, na sam koniec powstania, anonimowy publicysta na łamach „Biuletynu Informacyjnego”.

Odżegnywał się od taniego patosu, który tak często bywa nieznośny w obronie samej decyzji o zrywie. Od tych wszystkich marnych, romantycznych metafor o „pochodni wolności”. Rzeczywiście, marna literatura bywa matką marnej polityki. Bywały jednak teksty wstrząsająco wręcz rzeczowe i to była jedna z takich prób.

W Biuletynie próbowano pokazać, że Armia Krajowa była strukturą racjonalną, zbudowaną na masową skalę, która w rozpaczliwie złych okolicznościach podjęła ostatnią próbę obrony suwerenności. Powstańcy byli świadomi ryzyka jakie podejmują. Przegrali, bo walka zawsze wiąże się z ryzykiem.

Być może nie trzeba było tworzyć Armii Krajowej ani Polskiego Państwa Podziemnego, ale wtedy Polacy nie byliby tacy, jakich znamy, ze wszystkim, co w nas dobre i złe. Bo o ile można sobie wyobrazić, że nie doszłoby do Powstania Warszawskiego, o tyle czy potrafimy sobie wyobrazić, że w ogóle nie powstałaby Armia Krajowa?

Dlaczego mielibyśmy nie móc sobie tego wyobrazić?

Ja tego nie mogę sobie wyobrazić, choć rozumiem argumenty realistów. Armia Krajowa wyrastała z samego serca doświadczenia całego tamtego pokolenia. Powstanie robili przecież oficerowie i politycy, którzy mieli za sobą walkę o niepodległość. I to jest okoliczność często umykająca w dyskusjach – ich konstytutywnym doświadczeniem było doświadczenie sprawczości.

Wychowani w kulcie Piłsudskiego i Legionów, byli jednocześnie uformowani w kulcie politycznej podmiotowości Polaków. Po rozbiorach, gdy nasz naród był przedmiotem w grze obcych mocarstwa, narodziła się wolna II Rzeczpospolita.

Została zbudowana przez ludzi, którzy doświadczyli własnej podmiotowości i którym niezwykle trudno było zaakceptować myśl, że teraz znów mają stać się tylko biernym przedmiotem historii. To jest coś, co cały czas powraca, bo taki jest sens argumentu o konieczności psychologicznej wybuchu powstania. Przy całej dyskusyjności jego strony militarnej i politycznej.

Zryw ten przygotowało pokolenie ludzi 50- i 60-letnich. Pokolenie, które miało po dwadzieścia, trzydzieści lat, gdy Polska się rodziła, gdy wygrywano wojnę z bolszewikami i gdy z nicości wyłoniło się państwo na tyle silne, że wyszło z tego dziejowego prześwitu i wygrało niemal wszystkie walki o swoje granice. Jedynie plebiscyt na Warmii i Mazurach zakończył się wtedy porażką.

Ci ludzie mieli głębokie przeświadczenie, że Polacy są podmiotem i już nigdy nie mogą dać się sprowadzić do roli biernego przedmiotu.

Ktoś może odpowiedzieć: „Oczywiście, konieczność psychologiczna była obecna, ale byli przecież ludzie, którzy ostrzegali przed tragicznymi konsekwencjami. Był podpułkownik Muzyczka, był pułkownik Bokszczanin, który mówił, że Niemcy nas wyrżną, a Sowieci będą się temu przyglądać”.

Odpowiedziałbym pytaniem: dlaczego w takim razie ci sami ludzie nie protestowali przeciwko samemu powołaniu Armii Krajowej której sensem istnienia było powstanie powszechne w decydującym momencie? Gdybyśmy rzeczywiście mieli być wyłącznie biernym przedmiotem historii, to od początku nie potrzebowalibyśmy ani Armii Krajowej, ani Polskiego Państwa Podziemnego, bo niczego nie dało się zrobić.

Swoją drogą generał Anders, który na wieść o wybuchu powstania powiedział, że po wojnie trzeba będzie oddać pod sąd ludzi, którzy podjęli tę decyzję, nie zawahał się posłać żołnierzy II Korpusu do walki pod Monte Cassino, choć przecież ta bitwa toczyła się tak samo jak powstanie już po Teheranie i wiadomo było, że wielu z nich już nigdy nie wróci do swoich domów w Wilnie i we Lwowie.

Wszystkie te głosy i uwagi realistów były bez wątpienia słuszne, ale z perspektywy klęski. Jednocześnie mam nadzieję, że to doświadczenie insurekcyjne zostało przez Polaków przekroczone, że to doświadczenie cały czas kształtuje wyobraźnię polityczną Polaków, że już nigdy więcej nie możemy być tak samotni. A jest w nas, pod spodem, jakiś paraliżujący lęk, że znowu będziemy samotni w obliczu tego radykalnego zła, które nam zagraża.

Pytanie o sens powstania zostało jednak w pewnym stopniu przezwyciężone. Nie chodzi o jakieś patetyczne, romantyczne umiłowanie wolności, bo to brzmi jak frazes. Chodzi raczej o uporczywe trwanie Polaków przy samej idei wolności.

To, co przeciwstawiamy wrogom od końca XVIII wieku, przez rok 1989, aż po dzisiejszy opór wobec Putina. To właśnie to obstawanie przy wolności wbrew wszystkiemu. W tym wymiarze polski realizm i romantyzm stopiły się ostatecznie w syntezę.

Czy mamy jakieś przykłady tej syntezy?

Taką syntezą była „Solidarność”. Jadwiga Staniszkis pisała o niej jako o „samoograniczającej się rewolucji”. Przekładając to na nasz język historyczny, powiedziałbym, że było to „samoograniczające się powstanie”. To pojęcie brzmi jak oksymoron, ale z czymś takim mieliśmy do czynienia.

Polacy udowodnili wówczas, że w pełni przepracowali lekcję z 1944 roku. Pierwszym tego sygnałem był już Październik ‘56. Mieliśmy wtedy klasyczną sytuację insurekcyjną, ale to Węgrzy zrobili krwawo stłumione powstanie, my zaś wybraliśmy drogę politycznej korekty.

Synteza oznacza, że potrafimy zachować rozsądek w określonych granicach, co wcale nie oznacza wyrzeczenia się uporczywego trwania przy wolności. Taki przecież nastrój panował w latach 80. po wprowadzeniu stanu wojennego. To doświadczenie wciąż w naszej tożsamości pracuje. Nie zostało odrzucone tak, jak chcieliby realiści.

Dlaczego to tak istotne?

Bo w pana pierwszym pytaniu zawarte jest implicite założenie, że nasi przodkowie byli kretynami. Idiotyczną przeszłość można zaś tylko napiętnować i odrzucić. A synteza powoduje, że my przyjmujemy to trudne doświadczenie, z którego wyrastamy z akceptacją, dążąc jednak do korekty własnej tożsamości.

Te wydarzenia się nam zdarzyły i są częścią naszej historii, naszej tożsamości. Powinniśmy z nich wyciągnąć lekcję – ale nie taką, która polega uznaniu powstania za szaleństwo. Nie – sens tej lekcji jest inny – nigdy już nie powinniśmy się znaleźć w tak tragicznym osamotnieniu jak Warszawa w 1944.

Tak samo jak tamci Polacy z 1944 roku obstajemy przy naszej wolności, jednak zrobimy wszystko, aby zamiast tragicznych, bezowocnych ofiar naszym doświadczeniem były zwycięskie polskie wojny, jeśli już do wojny dojdzie, gdy ktoś ją nam narzuci (trudno przecież sobie wyobrazić, że my odgrywamy w niej rolę agresora).

Dlatego można być jednocześnie nowoczesnym patriotą i chodzić 1 sierpnia na Powązki, można pracować na rzecz silnej i zdolnej do pokonania wrogów współczesnej Polski i czcić pamięć tych, którzy polegli w powstaniu, które nie zakończyło się zwycięstwem.

Co jest więc nie tak z propozycją realistów. Czego fundamentalnie nie dostrzegają?

Propozycja realistów zakłada, że moglibyśmy zachowywać się tak, jakbyśmy byli po prostu większymi Czechami. Tymczasem nasz los polega na tym, że leżymy w prześwicie pomiędzy Niemcami a Rosją. Nasze geo-kulturowe położenie w XIX i XX wieku sytuowało Polskę pomiędzy Nietzschem i Dostojewskim. Trudno w takie sytuacji grać rolę Szwejka.

Nie ma takiej dostatecznie dużej mysiej dziury, w którą moglibyśmy się schować, bo nam zawsze i tak trzy czwarte naszej materii i naszego potencjału będzie wystawało. Po prostu jest tak, że naród tej wielkości, z tą historią nie może się zachowywać tak jak Czesi. Niemcy i Rosjanie nigdy nam na to nie pozwalali. Zawsze traktowali nas z jakąś upiorną powagą. Może dostrzegali w nas coś, czego sami nie za bardzo umiemy dostrzec – że też mamy całkiem poważny ciężar gatunkowy.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.