Powstanie Warszawskie. Kolejny krwawy rytuał w historii Polski
Śmierć miasta, jego rzeź, stała się fundamentem powojennego ładu w Europie Środkowej. Dlatego też świat nie mógł na nią patrzeć ani — tym bardziej — się nią zdumiewać. Na temat zbrodni założycielskiej trzeba milczeć. Fundament musi pozostać w ukryciu. W przeciwnym wypadku mogłoby się jeszcze okazać, że wszyscy — w ten czy inny sposób — brali w niej udział. Bo początkiem, otwarciem nowego etapu może być tylko wspólna zbrodnia. Kozła ofiarnego musi na pustynię (czy jak kto woli — za żelazną kurtynę) wygnać całe miasto.
Opublikowany materiał to rozdział pt. „Wariacja druga. Warszawa padła. «Pomyślałem o Chopinie»” przedrukowany z książki autorstwa Jana Maciejewskiego pt. „Nic to! Dlaczego historii Polski musi się powtarzać?” wydanej przez Wydawnictwo Literackie. Zachęcamy do zakupu i lektury całej książki. Tytuł pochodzi od redakcji portalu.
„Warszawa padła. Jakże oni byli bliscy mojemu sercu, Polacy, naród, który ma swój los, uporczywy i nieubłagany! Zrządzeniem tego losu co jakiś czas muszą ulec zagładzie. I to przeznaczenie jest prawdziwym sensem ich istnienia: z jakąż dziką siłą, z jakąż nieustępliwą bujnością zmartwychwstają z głębin swojego fatum!
Może już dawno zostaliby wyniszczeni, gdyby los usposobiony bardziej pokojowo dał im do rąk narzędzia do wygodniejszego i bezpieczniejszego istnienia, być może wyniszczyliby się od wewnątrz, może oddaliby się temu wszystkiemu, co w ich naturze jest typowo polskie, swobodne i niepoprawne.
A tak między wielkimi, zbójeckimi narodami zachowała ich przy życiu ta mocna więź, ten surowy historyczny los, zawsze padając, zawsze podnosząc się z upadku i zawsze typowo po polsku, czyli odrobinę zbyt hałaśliwie, przesadnie, a równocześnie budząc sympatię tym swoim ludzkim uporem — Polacy, naród, który z głębi swojej natury ma bezpośredni związek z muzyką!
Pomyślałem o tym właśnie teraz, gdy wybite wielkimi literami tytuły w popołudniówce krzyczały, że Warszawa padła; a potem pomyślałem o Chopinie” (Sándor Márai, Siostra).
Histeryzował? Oczywiście, że tak. Był w końcu artystą, chronicznym nadwrażliwcem, do tego w epoce, która dała emocjom „dziką kartę”, pozwoliła im uczestniczyć, ujawnić się w dziełach i tekstach kultury na niespotykaną wcześniej skalę. A poza tym — kto by nie histeryzował na wieść, że jego rodzinne miasto zostało właśnie zdobyte przez obcą armię?
„Studgard. Pisałem poprzednie karty, nic nie wiedząc — że wróg w domu — [Jedna linia skreślona.] Przedmieścia zburzone — spalone — Jaś! — Wiluś na wałach pewno zginął — Marcela widzę w niewoli — Sowiński, ten poczciwiec, w ręku tych szelmów! — O Boże, jesteś ty! — Jesteś i nie mścisz się! — Czy jeszcze ci nie dość zbrodni moskiewskich — albo — alboś sam Moskal! — Mój biedny Ojciec! — Mój poczciwiec, może głodny, nie ma za co matce chleba kupić! — Może siostry moje uległy wściekłości rozhukanego łajdactwa moskiewskiego!
Paszkiewicz, jeden psiak z Mohilewa, dobywa siedziby pierwszych monarchów Europy?! Moskal panem świata? [Dwa słowa skreślone.] — O Ojcze, takież to przyjemności na twoje stare lata! — Matko, cierpiąca, tkliwa matko, przeżyłaś córkę, żeby się doczekać, jak Moskal po jej kościach wpadnie gnębić [Ciebie — skreślone.] was. Ach, Powązki! Grób jej szanowali? Zdeptany — tysiąc innych trupów przywaliło mogiłę. Spalili miasto!! — Ach, czemuż choć jednego Moskala zabić nie mogłem!”.
Są tu i bluźnierstwa, i urywane zdania i skreślenia. Wszystkie zwykłe ślady, jakie pozostawia po sobie strumień świadomości. A rzeczywistość wyglądała — wtedy, we wrześniu 1831 roku — zupełnie inaczej.
Jego siostry nie zostały zgwałcone. Matki nie zabito. Przyjaciele nie zginęli na wałach. Sowiński nie dostał się zaś do niewoli, ale zginął. Miasto nie zostało spalone. Warszawa nie padła bowiem w wyniku szturmu, ale skapitulowała, o czym Chopin nie wiedział.
Tak jak nie znał — bo znać nie mógł — zapisów umowy kapitulacyjnej zawartej między władzami powstania a „psiakiem z Mohilewa”, generałem Iwanem Paskiewiczem. Nie wiedział też więc, że sposób wkroczenia wojsk rosyjskich do Warszawy został uregulowany i że armia ta, co do zasady, respektowała warunki umowy.
Paskiewiczowska noc zaczęła zapadać nad Polską dosłownie kilka dni później. Ale nie zmienia to faktu, że wieczór, który ją poprzedził, nie był tak krwawy, jak się spodziewano; a już na pewno nie taki, jakim zobaczył go Chopin, siedząc w swoim pokoju w Stuttgarcie. Rosjanie mieli czas, nie musieli się spieszyć.
Ale czy to oznacza, że możemy tamten zapis z dziennika polskiego kompozytora wziąć w nawias ataku histerii? Wiadomość o upadku powstania była jak opuszczenie gramofonowej igły na płytę z wytłoczonymi na niej wspomnieniami z rzezi Pragi, po upadku insurekcji kościuszkowskiej.
„Przejeżdżając przez Pragę, widzieli okropny widok, wszędzie ziemię tak po ulicach, jako i po dworkach trupami obnażonymi zasłaną, między którymi nie tylko żołnierze, obywatele, ale też kobiety, dzieci i Żydzi nawet widzieć się dali. Domy i dworki wszystkie porujnowane i jeszcze po większej części palące się”.
„Nie oszczędzano nikogo. Oderwane od piersi matek niemowlęta brano na spisy «by nie urosły do zemsty» i w płonące rzucano domostwa: chłopców podrastających chwytano żywcem, by wywieźć ich do Rosji i tam, szatańskim iście pomysłem, wychować na wrogów własnej ojczyzny. Zakonnice w klasztorze bernardynek zgwałcono i zarżnięto, […] z domów nieszczęsnych wywlekano mieszkańców, by wśród pijackiej uciechy wymyślną zadać im śmierć. […]
Niebawem place zasłane były ohydnie zsiekanymi trupami, bez odzieży, w jednej przerażającej masie wtłoczonych w błoto, bezkształtnych, a jednak drgających jeszcze spazmami życia gromad i zwalisk ciał żołnierzy, cywilnych, Żydów, księży, zakonników, kobiet, dzieci”.
Generał Suworow miał podobno biegać podczas rzezi z dwoma indykami trzymanymi pod pachami, wykrzykując: „Niech one przynajmniej ocaleją!”. Kiedy polscy posłowie stawili się przed rzeźnikiem Pragi, z zamiarem umówienia warunków kapitulacji, ten powitał ich słowami:
„— Wiwat, Polacy, wiwat król, wiwat naród!”.
Ucałował siarczyście każdego z nich:
„Aniołowie pokoju, witam was!”.
Dopytywał o zdrowie Stanisława Augusta, kazał przekazać mu wyrazy szacunku, napił się z gośćmi wódki; był wylewny, uprzejmy. Być może w tym samym czasie jeden z oficerów rosyjskich o nazwisku Engelhardt spisywał relację z pokrytej trupami Pragi.
Zakończył ją słowami: „W czasie bitwy człowiek nie tylko nie czuje w sobie żadnej litości, ale rozzwierzęca się jeszcze — lecz morderstwa po bitwie, to hańba!”. „Rozzwierzęcenie”, które wyszło poza wydzielone dla siebie granice — tym stała się rzeź Pragi w pamięci miasta i jego mieszkańców.
Tamtą przemoc, w jej bezrozumności, jakimś kompletnie nieracjonalnym rozpasaniu, zerwaną z łańcucha, można jednak zrozumieć. Daje się ona wytłumaczyć jedynie w kluczu rzezi ofiarnej. Przemoc sprawców na ofierze rytualnej nie tylko może, ona wręcz powinna wyrwać się spod kontroli.
To ją usprawiedliwia przed sobą samą. Bezmyślne, zwierzęce okrucieństwo sprawców ściąga z nich odpowiedzialność. Człowiek tak się nie zachowuje. Tym bardziej jeśli następnego dnia beztrosko popija wódeczkę z niedoszłymi ofiarami.
To tłum dokonuje rzezi, on jeden jest jej podmiotem. Jeden potwór o tysiącach głów i tyluż parach rąk. Jeden organizm, stworzony nie przez, ale „na bazie” wchodzących w jego skład jednostek.
Praga miała tak właśnie wyglądać. Jak po przejściu kataklizmu, jakby „coś” tych wszystkich ludzi rozszarpało na strzępy. Coś nieludzkiego. Jakieś zwierzę albo bóg. Rzeź Pragi była zwieńczeniem procesu składania z Polski ofiary. Nie wystarczyło podzielić między siebie terytorium.
Dionizyjskie sparagmos (rozszarpanie) musiało się dokonać nie tylko na mapie, ale i na ludziach. Obrona Pragi, ostatnia bitwa w historii Rzeczypospolitej Obojga Narodów, nie mogła się skończyć inaczej jak tylko rzezią. W taki właśnie sposób, bez krztyny metodyczności, histerycznie, z dowódcą biegającym z indykiem pod pachą.
Bo rzeź nie ma nigdy swojego dowódcy, rządzi się własną logiką, wyzwala siły i energie, jakich żaden człowiek nie jest w stanie kontrolować. A już po chwili „Burza w cudowny sposób cichnie i zostaje uznana za nawiedzenie przez bóstwo”. Zbrodnia? Jaka zbrodnia? Wiwat, Polacy!
***
W rodzinie Chopina, jak w każdej, która w ten lub inny sposób była świadkiem listopadowej rzezi 1794 roku, zachowana została jej pamięć. W taki sposób, w jaki zazwyczaj przechowuje się podobne wspomnienia i obrazy. Pewnie nigdy nie mówiąc o nich wprost, ale przy okazji, pojawiały się w najmniej spodziewanych chwilach. Sprawiając przez to wrażenie wszechobecności.
W pamiętnikach z tamtego okresu, między innymi Anny z Tyszkiewiczów Potockiej, powtarza się wspomnienie wstrząsającego wrażenia, jakie na warszawiakach po drugiej stronie Wisły zrobiła cisza, która nagle zapadła nad Pragą.
Wrzaski, jęki, przeklinania — wszystko to nagle się skończyło. Melodia rzezi urwała się w jednym momencie; jakby ktoś podniósł igłę gramofonu. Niektórzy twierdzili, że Rosjanie się wycofali — ich furia wygasła równie szybko, jak zapłonęła. Ale prawda była taka, że nie było już komu krzyczeć ani płakać. Dokonało się.
Na dziecku obdarzonym słuchem absolutnym to właśnie wspomnienie musiało robić największe wrażenie. Wielka cisza. Cisza, czyli początek muzyki, to miejsce, z którego się ją wydobywa, gdzie tkwią jej złoża.
A równocześnie tamta cisza, dobiegająca z drugiego brzegu rzeki, była znakiem, ostatecznym dowodem na to, że Polska się skończyła. Bardziej niż wszystkie traktaty, ustalenia i podpowiadane przez zdrowy rozsądek oceny sytuacji. Bardziej nawet niż rozpaczliwe wrzaski i krzyki sprzed chwili.
Ta sama cisza musiała zadzwonić w uszach Chopinowi, samotnie siedzącemu w pokoju hotelowym w Stuttgarcie. On wtedy naprawdę coś zobaczył. Spazmatyczny strumień świadomości, zapisany w dzienniku, próbuje nadążyć za tymi obrazami. Jak nuty za dźwiękami melodii rozbrzmiewającej w głowie kompozytora.
To tak, jak gdyby reagowała ona w pewien sposób na coś, czego nie możemy wiedzieć ani zauważyć, ponieważ jest to ukryte w tej przestrzeni, do której nie mamy dostępu; przestrzeni jakby «dosłyszalnej» na dalekim horyzoncie, ale słyszalnej jedynie poprzez muzykę, nie przez nas”.
Można by pójść na skróty i powiedzieć, że we wrześniu 1831 roku Chopin doznał „wizji”. Ale to słowo niczego nie wyjaśnia, zanurza nas w oparach niepotrzebnego mistycyzmu. Zobaczył coś, co nie miało odzwierciedlenia w rzeczywistości. Jeszcze nie.
Bo przecież Warszawa „ma swój los, uporczywy i nieubłagany”. Padła wtedy, we wrześniu 1831. I wówczas, gdy bohater Siostry przeczytał o tym w popołudniowej gazecie, we wrześniu 1939 roku.
A nade wszystko dogorywała we wrześniu pięć lat później, kiedy to po powstaniu upaść miała najbardziej boleśnie. Nie brakowało wówczas zabitych matek i przyjaciół, zgwałconych sióstr. Miasto płonęło i waliło się w gruzy. Dokładnie tak, jak przed oczami Fryderyka.
Tym razem rzeź dokonała się nie na Pradze, ale Woli. I znowu, jak w 1794, prym wiedli w niej Kozacy i członkowie pozostałych, kolaborujących z Niemcami jednostek tworzonych przez narody ze Wschodu.
Istnieje jakaś tajemnicza symetria między 1794 a 1944 rokiem, pierwszym i (jak dotąd) ostatnim upadkiem Warszawy. Na początku ofiarą masakry stała się prawobrzeżna strona miasta, a druga mogła być tylko jej świadkiem.
Na końcu — role się odwróciły. To prawy brzeg, z rozkazu Stalina i opieszałości Zachodu, pozostał biernym obserwatorem masakry dokonującej się po drugiej stronie Wisły. Choć i to nie jest do końca prawdą.
Norman Davies w Powstaniu ’44: „Na jednym ze wschodnich przedmieść, na nabrzeżu po prawej stronie Wisły, żołnierze z armii Berlinga wraz z niektórymi sowieckimi jednostkami logistycznymi ryzykowali życie i masowo ginęli, wspierając Powstanie. W innych częściach przedmieść na wschodzie — zwłaszcza na ciągnących się kilometrami ulicach i w ogrodach Pragi — sowieckie NKWD robiło dokładnie to samo, co hitlerowskie SS w odległości zaledwie dwóch czy trzech kilometrów.
Represje hitlerowskie i sowieckie odbywały się jednocześnie, w jednym i tym samym mieście. Metody tej równoczesnej przemocy też były w zasadzie takie same. Ofiary należały do jednej i tej samej kategorii — mieszkańców Warszawy. Oto w największym skrócie historia Europy Środkowej”.
Masakra z rzeką w tle. Płynąca ziemia niczyja, rozdzielająca od siebie dwie, walczące na śmierć i życie armie. Teraz, przez moment, połączone milczącym sojuszem. Znowu, jak w mitach i legendach, Pani Śmierć, przybiera kształt rzeki.
I znowu, trochę jak w przypadku „mitycznego dorzecza Wisły”, Elstery księcia Józefa, przeprawienie się na drugi brzeg nic by nie dało. Żadnego cudu nie będzie, nie tym razem. Nic się tu nie może przełamać. Coś za to — musi dokonać.
***
W dniach 12–17 września 1944 roku odbywa się w Quebecu spotkanie Roosevelta z Churchillem. Stalin usprawiedliwia swoją nieobecność „nawałem zajęć”. Głównym tematem rozmów staje się sytuacja na Pacyfiku — o ile zwycięstwo nad Niemcami wydaje się kwestią miesięcy, czas potrzebny na pokonanie Japonii oszacowany zostaje na nawet dwa lata.
Tyle mniej więcej będzie musiała się jeszcze utrzymać zachodnio-radziecka przyjaźń. Tym bardziej że Armia Czerwona dopiero co zajęła Bukareszt i błyskawicznie wkroczyła na terytorium Bułgarii. Takiego tempa nie spodziewano się w Waszyngtonie i Londynie. Takiego sojusznika nie należało zrażać do siebie z byle powodu.
O Warszawie, mimo że powstanie wchodziło właśnie w ostateczną, najbardziej dramatyczną fazę, nie mówiło się więc w Quebecu prawie wcale. Milczenie na temat Katynia stało u początku Wielkiego Sojuszu. Odwrócenie wzroku od Warszawy — cementuje go na ostatnim etapie jego istnienia.
Nawet Churchill był zdziwiony skalą zamilczenia tematu powstania w brytyjskiej prasie. W liście do swojego ministra informacji sugeruje, że „przynajmniej część tej opowieści o okrucieństwie i horrorze powinna dotrzeć do uszu świata”.
Ten w odpowiedzi pisze: „Nic nie ogranicza prasy brytyjskiej w publikowaniu czegokolwiek na temat Warszawy. Ale rozumie Pan, że prasa tutejsza nie ma żadnych sposobów, żeby dowiedzieć się, co się naprawdę dzieje w Warszawie, a nadto obawiam się, że wobec dobrych wiadomości, jakie napływają z frontu, czytelników nie interesują nazbyt wypadki warszawskie. […]
Jeżeli rząd jest gotowy ogłosić meldunki Warda, to wydaje mi się, że można przekonać gazety, by je opublikowały. Nie wiem tylko, jaki to będzie miało wpływ na opinię publiczną, która ma Polaków za dość niedołężną rasę. Stronnicy Wujka Joe, których nie brak w gazetach, zostaną tym ośmieleni do kolejnego zaatakowania Polaków”.
Mniej więcej w tym samym czasie pewien żołnierz batalionu „Kiliński” pisze wiersz, którego jedna ze zwrotek brzmi:
Pamiętaj: nie wolno ci zwątpić w wolność,
co przyjdzie, choćbyś padł.
Pamiętaj, że na ciebie patrzy
Ogromny i zdumiony świat.
Stanowisko Stalina wobec Warszawy było dla Churchilla pierwszym tak wyraźnym sygnałem ochłodzenia, które już wkrótce miało przerodzić się w zimną wojnę. Śmierć miasta, jego rzeź, stała się fundamentem powojennego ładu w Europie Środkowej.
Dlatego też świat nie mógł na nią patrzeć ani — tym bardziej — się nią zdumiewać. Nie tylko dlatego, że miał ważniejsze rzeczy na głowie, że „stronnicy wujka Joe” byli aktywni w brytyjskiej, amerykańskiej czy francuskiej prasie.
Na temat zbrodni założycielskiej trzeba milczeć. Fundament musi pozostać w ukryciu. W przeciwnym wypadku mogłoby się jeszcze okazać, że wszyscy — w ten czy inny sposób — brali w niej udział. Bo początkiem, otwarciem nowego etapu może być tylko wspólna zbrodnia. Kozła ofiarnego musi na pustynię (czy jak kto woli — za żelazną kurtynę) wygnać całe miasto.
***
„Gwałcili, gdyż korzystali z odwiecznego prawa zdobywców, wzniecali pożary, gdyż rozpraszało to ich ssącą nudę, zabijali, gdyż był to jedyny znany im sposób sprawowania władzy” (Bohdan Korzeniewski, Było, minęło… Wspomnienia).
Jest tak wiele obrazów unicestwionej w 1944 roku Warszawy. Są zbiorowe gwałty, wybuchające czołgi-pułapki, masowe egzekucje czy wreszcie — wykonywanie wyroku śmierci na mieście, równanie go z ziemią, wymazywanie z przestrzeni.
Tak łatwo można osunąć się przy tym w pornografię cierpienia i przemocy, przywoływać obrazy zabijanych dzieci, miażdżonych buciorami czaszek, kobiet gwałconych na oczach milczącego, pogrążającego się w obojętnym odrętwieniu tłumu.
Śmierć i gwałt występują w tych wspomnieniach zawsze obok siebie. Dwa najbardziej intymne zdarzenia w życiu człowieka. Te obrazy są za mocne. Nie pozwalają przemówić niczemu, poza samym sobą. Odezwać się, zostać usłyszane chce w nich tylko to konkretne cierpienie. Tej upokorzonej kobiety, tego dziecka, które za chwilę zginie.
Przywoływać je w szeregu, obok siebie, jak dowód w sprawie, byłoby czymś nieludzkim. Nie wolno tworzyć z nich chóru, poszukiwać wspólnej melodii. Gwałt i śmierć są zawsze pojedyncze. To najbardziej intymny rodzaj destrukcji.
„Nic to!” powiedziane przez kata bezbronnemu ciału kobiety albo ofierze masowej rzezi. To właśnie jest celem jednej i drugiej zbrodni — odebrać ofierze jej wyjątkowość, wymazać indywidualność. Unieważnić. Strącić zgwałcone i zmasakrowane ciała w świat przyrody, uczynić je „egzemplarzami” pewnego „gatunku”; wypchnąć z obszaru tego, co ludzkie.
Sprawić, by każde „mówiło” i „znaczyło” to samo. Tak samo bezładnie i niezrozumiale jak odgłosy zwierząt czy owadów. Kazać tym ciałom zabrać głos w jakiejś wspólnej, szerszej sprawie, byłoby potwierdzeniem wyroku wydanego na nie przez katów.
Niech lepiej mówią rzeczy, nie ludzie. „W pałacu Czetwertyńskich piękne meble miażdżono łomem i wyrzucano przez okno na ulicę, gdzie jako drewno szły na barykadę. Obrazy zdzierano ze ścian i tak samo wyrzucano.
Szła na barykady podobnie i porcelana, i szkło ze wspaniałych serwisów. Stary złocony parawan chiński postanowiono pociąć na zasłony do okien. […] Bibliotekarze raz po raz protestowali przeciwko tej zgrozie, ale to się na nic nie zdało. […]
— Jeśli bandyci — taki był mniej więcej dalszy ciąg oznajmienia — będą jeszcze atakowali, bronić się będziemy z tych barykad; później spalimy te budowle i przeniesiemy się do Biblioteki Uniwersyteckiej; potem ją spalimy… A jeśli ataku nie będzie, i tak cała Warszawa będzie zniszczona”.
Człowieka odróżnia od zwierzęcia to wszystko, co w jego działaniu niekonieczne. Człowieczeństwo to nadwyżka, w złym i dobrym; zbytek, szeroki gest. Niszczycielski rozmach Niemców wobec Warszawy, w czasie powstania i po jego zakończeniu, jest w tym właśnie sensie bardzo ludzki.
Nie mówi nam nic o sztuce prowadzenia wojen, walce o przetrwanie, dążeniu do zwycięstwa. Jest fragmentem tej samej wiedzy, która przyprawiała o ból głowy Jana Pawła Woronicza, przypominającego sobie pogwizdującego wesoło Prusaka w kubraku, sprzątającego resztki po sali obrad Sejmu Wielkiego.
Poczuł wtedy — stąd te leczone okładami ze szmat maczanych w winie migreny — że to dopiero początek. Pierwszy akt Wielkiego Sprzątania. Ukrycia faktu, że był kiedyś taki kraj jak Polska i że został on złożony w ofierze na ołtarzu nowoczesnej i postępowej Europy. Coś z tej zapowiedzi miał w sobie nawet jego pogrzeb.
Po śmierci Jana Pawła Woronicza patriotyczna młodzież warszawska przygotowała okolicznościowe sygnety, z wybitymi na nich literami „P W”. Niby to, że od inicjałów Pawła Woronicza. Ale dla wszystkich było jasne, że skrót ten oznaczał tak naprawdę „Polska Walczy”.
To samo hasło, te same dwie litery, które przeszło sto lat później przyjęły kształt kotwicy. Ten znak, podobnie jak to, że odtąd „zstąpić do polskości” znaczy to samo, co „wstąpić do Podziemia”, stworzono właśnie wtedy. Chwilę po tym, jak Prusak w kubraku skończył dniówkę i pogwizdując, oddalił się ku innym obowiązkom. Ale sprzątanie dopiero się zaczynało.
Gruzy to nie wszystko; jest coś dla tamtego czasu dużo bardziej charakterystycznego. I o tym też pisał w swoich wspomnieniach Bohdan Korzeniewski, któremu zawdzięczamy opis dewastacji pałacu Czetwertyńskich.
Większość powstania spędził na terenie Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, zajętej przez Niemców. Na początku września przybyła tam kompania złożona z kryminalistów, tych samych, którzy miesiąc wcześniej dokonali rzezi Woli.
„Po dwóch godzinach nie można już było poznać sal biurowych i czytelni, a nawet niektórych części magazynu. […] Inne książki kryminaliści rozkładali i paskudzili na nie. W tym ostatnim celu wyciągali też sztychy z szaf na parterze i wielkie wydawnictwa atlasowe. Spali wśród własnych ekskrementów na porozrzucanej bibliotece biurowej. […] w taki sam sposób zachowywali się wszyscy złodzieje, którzy kraść przychodzili.
Nasuwała się myśl, że to jest obrządek jakiejś magii złodziejskiej. Punktem honoru było najwidoczniej opaskudzenie ściany, i to możliwie wysoko. Byli w tym zakresie nieprawdopodobni rekordziści. Biurowa i czytelniana część Biblioteki stała się po paru dniach jedną wielką kloaką”.
W tym defekacyjnym obrządku rzeczywiście jest coś magicznego. Jakby nie wystarczyło, że powstańcy musieli zstępować pod ziemię, tam gdzie „wszechkloak brud zmieścił się pospołu”. Jak gdyby w kanałach nie starczyło miejsca i całe miasto, także na powierzchni, miało stać się kanałem.
Zimą, na przełomie lat 1944 i 1945, Korzeniewski zszedł do tego kanału raz jeszcze. Po to, po co zawsze schodzi się do Podziemia — żeby coś lub kogoś uratować. W tym przypadku były to książki. Warszawa była już wtedy zlodowaciałą pustynią. Gruzy i ruiny układały się w najbardziej fantazyjne kształty.
„W magazynach Biblioteki huczał, świstał, jęczał wiatr. Podłogi z krat tworzyły rodzaj olbrzymiego rusztu o fantastycznym ciągu. Cały gmach, pozbawiony szyb, zionął przeraźliwym zimnem”.
Nawet jeśli budynki zostały doszczętnie zniszczone, to wciąż można było pokładać pewne nadzieje w piwnicach. Podziemny loch w Bibliotece Krasińskich wydawał się te nadzieje spełniać.
„Ależ tak — chciało się zawołać — zbiory ocalały! Leżały w grubych równych warstwach. Uderzał nawet jakiś porządek, którego nie zostawiliśmy, maskując schron. […] Woluminy nie przylegały już tak ciasno do sklepienia, jak wówczas, kiedyśmy je układali.
Bliższe podejście odkrywało sekret tych zmian. Był ohydny. Przy dotknięciu warstwy równo ułożonych egzemplarzy już nawet nie rozpadały się, ale znikały. Zbiory zetlały doszczętnie w ogniu, który musiał je trawić wolno przez wiele dni. […]
Wygarnęli książki spod stropu, obleli je benzyną i podpalili. Już ze stopą na gardle wypełniali wyrok zagłady wydany na sąsiedni naród. Mieściło się w nim obok ludobójstwa również i książkobójstwo. Po wytępionych nie powinno było zostać nawet śladu w historii”.
W Warszawie nigdy nie było ciszej niż tamtej zimy. Resztka niedobitków, ci, którzy cudem przeżyli, przemykali ukradkiem, chowali się w ruinach. Niemcy już wyszli, Sowieci jeszcze nie wkroczyli.
I w tej ciszy, w zniszczonym gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej, Bohdan Korzeniewski i profesor Wacław Borowy dzień po dniu, od rana do wczesnego zmierzchu, ze zwałów papieru, błota i ludzkiego kału ratowali książkę po książce. Mogli zabrać tylko tyle, ile zdołają unieść. Trzeba było prowadzić selekcję. Ile rękopisów, jedynych egzemplarzy zostało w tej śmierdzącej, bezkształtnej stercie?
***
„Polacy, naród, który z głębi swojej natury ma bezpośredni związek z muzyką!”.
To zdanie Máraiego jest jak ucięta głowa opakowana w błyszczący celofan. Wydaje się przyjazne, ale tylko kiedy się nad nim prześliźnie. Omiecione wzrokiem robi wrażenie miłego. Brzmi tym groźniej, im bliżej mu się przyglądamy.
„Jesteśmy muzyką dopóty, dopóki ona trwa” — pisał T.S. Eliot. Powiedzieć o narodzie, że ma w swojej naturze coś muzycznego, to jak powiedzieć mu, że jego istnienie jest warunkowe. Naród taki będzie trwał tylko pod warunkiem, że „będzie wykonywany”. Tak jak muzyka istnieje tylko o tyle, o ile jest grana. Do tego momentu, aż smyczek nie zbliży się do strun albo palce dotkną klawiszy, jest tylko możliwość jej zaistnienia.
Podstawy domniemania — wspomnienie poprzednich wykonań, zapisany papier nutowy, informacje na afiszu przed wejściem do filharmonii. Ale to wszystko tylko przesłanki, źródła nadziei i oczekiwań na V symfonię czy Wariacje Goldbergowskie. Każdy utwór istnieje naprawdę tylko wtedy, kiedy jest wykonywany. Jego byt wymaga nie tylko kompozytora, ale również muzyków.
Naród, który jest obrazem czy budowlą, a nawet książką (choć tu sprawa nieco się komplikuje) może być spokojny o swój byt. Wisi na ścianie, czeka na półce, stoi na ziemi. Jego istnieniu nie da się zaprzeczyć. Katedra nie rozsypuje się w gruzy od tego, że nikt do niej nie wchodzi. Obraz nie blaknie od braku wpijanych w niego spojrzeń.
Ale muzyka — ta nie istnieje bez wykonawców. Jej pojawienie się jest wydarzeniem, na które sprasza się publiczność. Koncert to święto obecności. „Jeszcze muzyka nie zginęła, póki jest wykonywana”. „Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy”. Jedno zdanie, dwie wątpliwości. „Jeszcze” i „kiedy”. Polska istnieje warunkowo. Dokładnie jak muzyka.
Dlatego jednym z najbardziej nośnych i czytelnych symboli jej unicestwienia stał się wyrzucony przez okno fortepian Chopina. Zniszczenie instrumentu, jak wymazanie warunku możliwości zaistnienia.
Chyba najbardziej precyzyjnie wymierzony akt zemsty, najbardziej wyczerpująca represja ze strony rosyjskiego okupanta. Nie dało się lepiej odpowiedzieć na próbę zamachu na namiestnika carskiego w Królestwie Polskim, Teodora Berga. Jeszcze jeden wrzesień, tym razem 1863 roku.
Strzały i bomby w kierunku Berga padły z okien pałacu Zamoyskich 19 września w godzinach wieczornych. Jedne i drugie chybiły jednak celu. Namiestnik przeżył, zamachowcy uciekli. Ofiarą padł pałac. Jego mieszkańców aresztowano, sam budynek „oddano na bezwzględny łup” batalionowi litewskiego pułku piechoty gwardii.
Krakowski „Czas” w numerze z 24 września 1863 roku: „Leciały na bruk: stoły, kanapy, fortepijana, łóżka, pościel, obrazy. […] Po wyrzuceniu wszystkich ruchomości i zabraniu co się dało zabrać, żołnierstwo moskiewskie gromadziło wyrzucane meble i rzeczy na kilka stosów i zapaliło.
Ogień wzniósł się na równo z wysokością domów, a czasem podnosił aż do wysokości dzwonnicy Ś-go Krzyża. Okropna łuna oświecała miasto do godziny 12-ej wieczór i wzbudzała powszechny płacz kobiet […]. Barcińskiego, dyrektora «Żeglugi», zbili żołnierze niemiłosiernie, żona jego, siostra rodzona nieboszczyka Chopina, miała drogą pamiątkę po tym artyście, fortepian, który spalono…”.
Każde „patrz” z wiersza Norwida jest jak odpowiedź, albo raczej wywołanie wszystkiego, co „widział” Chopin trzydzieści kilka lat wcześniej w Stuttgarcie.
Oto — patrz, Fryderyku! To Warszawa:
Pod rozpłomienioną gwiazdą
Dziwnie jaskrawa
— Patrz, organy u Fary; patrz! Twoje gniazdo.
Naród, który jest muzyką, potrzebuje nie tylko wykonawców. Także bez instrumentów nie może się obejść. Bez fortepianów i książek. Tych wylatujących oknami i zapaskudzanych przez kryminalistów.
Co tak naprawdę ratowali zimą 1945 roku Korzeniewski i Borowy? Po co było całe to babranie się w błocie i odchodach; naprawdę te książki były tego warte? Nie chodziło o nie, ale o nuty. O to, żeby ktoś mógł zagrać ten utwór jeszcze raz. W ciszy zimnej, zniszczonej Warszawy, zaczynał się jeszcze raz, a raczej — wciąż jeszcze nie kończył — ten naród, który „z głębi swojej natury ma bezpośredni związek z muzyką”.

