Dlaczego „Odyseja” to film konserwatywny?
Konieczność powrotu prawdziwej męskości na Zachodzie, szacunek wobec
religii i odrzucenie pokus tego świata. To wszystko znajdziemy w „Odysei” Christophera Nolana, który w sposób wybitny poddaje współczesną kulturę konserwatywnej krytyce.
Tekst został pierwotnie opublikowany w obszerniejszej wersji na łamach „Gościa Niedzielnego”. Dziękujemy redakcji za możliwość przedruku!
Konserwatyści na całym świecie jeszcze przed premierą „Odysei” Christophera Nolana uznali, że będzie to film bezwartościowy. Wszystko za sprawą kampanii promocyjnej, w której na pierwszy plan wysuwała się – jak wielu odbierało – wszechobecna ideologia.
Kontrowersje wzbudziła obsada. W roli Heleny Trojańskiej wystąpiła czarnoskóra aktorka Lupita Nyong’o, Sinona miał zagrać Eliot Page, osoba po tranzycji płci, a w załodze Odyseusza znaleźli się aktorzy nie tylko o śródziemnomorskim, lecz także koreańskim czy indyjskim pochodzeniu.
Obawiano się, że epos Homera stanie się jedynie pretekstem do przemycenia ideologicznych treści: multikulturalizmu, genderyzmu i feminizmu. Emocje, celowo podgrzewane przed premierą, aby przyciągnąć uwagę widzów, sprawiły, że wokół filmu Nolana rozpętała się wojna kulturowa.
Tymczasem „Odyseja” broni się jako dzieło filmowe. Co więcej, przemyca kilka interesujących diagnoz dotyczących kondycji zachodniej cywilizacji. Diagnoz, które – przynajmniej w moim odczytaniu – mają wyraźnie konserwatywny charakter. To właśnie na nich chciałbym się skupić.
Powrót tradycyjnej męskości
Nolan nie traci z oczu głównego motywu homeryckiego poematu. To przecież przede wszystkim opowieść o powrocie króla i ojca. Po dziesięciu latach wojny i kolejnych dziesięciu latach tułaczki Odyseusz wraca wreszcie do ukochanej Itaki, żony Penelopy i syna Telemacha.
Czasy po wojnie trojańskiej są okresem głębokiego kryzysu greckiej cywilizacji. Symbolem tego chaosu jest bezkrólewie w Itace oraz tłum natrętnych zalotników, którzy pod pozorem gościnności bezkarnie żyją kosztem królewskiego dworu.
Aby w królestwie znów zapanował ład, potrzebny jest powrót prawowitego władcy. Film można odczytać jako sugestię, że również współczesny Zachód potrzebuje odnowienia szlachetnej męskości, jeśli chce odzyskać społeczny porządek.
Odyseusz grany przez Matta Damona nie jest bohaterem jednoznacznym, i właśnie w tym pozostaje wierny Homerowi. To człowiek sprytny, odważny i silny, ale zarazem naznaczony pychą i świętokradztwem. Dziesięcioletnia tułaczka staje się dla niego drogą pokuty i wewnętrznej przemiany. Dopiero cierpienie uczy go pokory i przygotowuje do ponownego objęcia rządów oraz spotkania z utęsknioną żoną.
Masowa imigracja?
Kilkakrotnie w filmie powraca motyw lęku przed Ludami Morza – owianymi legendą agresorami i barbarzyńcami, których obawiają się zarówno Penelopa w Itace, jak i Menelaos w Sparcie.
Szybko okazuje się jednak, że prawdziwymi barbarzyńcami są zarówno sam Odyseusz i jego kompania, jak i zalotnicy próbujący poślubić Penelopę i przejąć władzę nad Itaką.
Nolan, absolwent literatury angielskiej na University College London, świadomie gra tą dwuznacznością. Przypomina oczywistą, choć często zapominaną prawdę: Zachód rodził się ze spotkania cywilizacji z barbarzyńcami. Wystarczy spojrzeć na dzieje średniowiecznej Europy, która wyrosła zarówno z dziedzictwa Rzymu i chrześcijaństwa, jak i ludów przybyłych z północy kontynentu.
Pytanie o to, kto w „Odysei” jest barbarzyńcą, okazuje się kluczowe dla zrozumienia filmu. To Troja przedstawiona zostaje jako kwitnąca cywilizacja, podbita przez sojusz Greków dowodzonych przez żądnego chwały i władzy Agamemnona.
Sam Odyseusz, który podstępem zdobywa Troję, a później dopuszcza się świętokradztwa wobec Ateny, również okazuje się barbarzyńcą. Jego wieloletnia tułaczka jest drogą odkupienia. Film zdaje się przypominać, że barbarzyństwo nie przychodzi wyłącznie z zewnątrz. Każdy człowiek nosi je w sobie i tylko szacunek dla prawa, religii oraz obyczaju pozwala je przezwyciężyć.
Tej drogi nie przechodzą natomiast zalotnicy, którzy pod nieobecność króla bezkarnie łamią prawo i nadużywają gościnności. Co znamienne, przybyli oni do Itaki z wielu stron świata. Kiedy Odyseusz wraca, zalotnicy stają przed prostym wyborem: uznać prawowitego władcę albo ponieść konsekwencje buntu.
Trudno nie dostrzec w tym analogii do jednego z najpoważniejszych problemów współczesnego Zachodu – masowej i niekontrolowanej imigracji. Społeczeństwo może okazywać gościnność, ale nie może rezygnować z własnego porządku. Ludzie, którzy żyją obok wspólnoty, nie uznając jej zasad, z czasem zaczynają ten porządek podważać.
Grecka krytyka konsumpcjonizmu
W pewnym momencie wygłodniali towarzysze Odyseusza trafiają do domu Kirke. Czarodziejka przygotowuje dla nich obfitą potrawę i rozpoczyna się dzika, długa i sycąca uczta. Wraz z posiłkiem towarzysze Odyseusza stopniowo zamieniają się w świnie.
Kirke w rozmowie z Odyseuszem tłumaczy, że jej czary nie tyle zmieniają ludzi, ile odsłaniają ich prawdziwą naturę. Czarodziejka miała jedynie ujawnić to, kim jego towarzysze byli naprawdę. Dzięki rozmowie z Odyseuszem, Kirke przywraca jego kompanów do ludzkiej postaci. W oryginalnym tekście członkowie załogi nie chcą opuszczać wyspy, ponieważ zaczynają tęsknić za beztroską egzystencją właściwą ich zwierzęcej postaci.
Historię tę można odczytywać jako gorzką diagnozę ludzkiej natury. Kryje się w nas głęboka tęsknota za uwolnieniem się od kondycji ludzkiej, która nieodłącznie wiąże się ze świadomością własnej śmiertelności, odpowiedzialnością i koniecznością dokonywania wyborów.
Współczesna kultura jest niczym czarodziejka Kirke. Próbuje przekonać nas, że możemy w prosty sposób uwolnić się od ludzkich trosk, składając własną godność na ołtarzu nieustannej i niczym nieskrępowanej przyjemności. Przygoda na wyspie Kirke – a Nolan pokazuje to w sposób szczególnie dosadny – staje się tym samym krytyką współczesnego konsumpcjonizmu.
***
O filmie Nolana warto wyrobić sobie własną opinię. Nie jest to produkcja pozbawiona mankamentów. Razić może nadmierna psychologizacja postaci, tak obca duchowi homerowego poematu. Może razić także czasem nachalne uwspółcześnienie eposu.
Jednak pod warstwą modnych zabiegów, pewnego koniunkturalizmu i niepotrzebnej wojny kulturowej kryje się zaskakująco dosadna, a momentami wręcz konserwatywna krytyka kultury, w której żyjemy.
Do sali kinowej można wejść jako barbarzyńca, a wyjść z niej jako Europejczyk. I właśnie takich doświadczeń – tak deficytowych we współczesnym kinie – życzę wszystkim, którzy mimo wszystko zdecydują się na ten film wybrać.
