27 września w Krakowie wybiorą prezydenta. Dlaczego trwało to tak długo?
Donald Tusk i Władysław Kosiniak-Kamysz przekazują poparcie Monice Piątkowskiej, screen z: https://www.youtube.com/watch?v=tPkhFvHWCak
Donald Tusk dopiero w środę podał, że wybory uzupełniające na prezydenta Krakowa odbędą się 27 września. Z czego wynikała ta zwłoka? Dlaczego protest jednego mieszkańca może zablokować całą procedurę wyborczą? Co to oznacza dla demokracji bezpośredniej w Polsce? Na te oraz inne pytania odpowiada redaktor naczelny lovekrakow.pl Patryk Salamon.
Przypomnijmy chronologię zdarzeń. 24 maja uprawnieni do głosowania mieszkańcy Krakowa poszli do urn, by odpowiedzieć na dwa pytania: czy chcą odwołania prezydenta Aleksandra Miszalskiego przed końcem jego kadencji oraz czy wraz z nim chcą odwołać Radę Miasta rządzoną przez radnych Koalicji Obywatelskiej i Nowej Lewicy. Wynik okazał się połowicznym sukcesem inicjatorów referendum.
Za odwołaniem włodarza Grodu Kraka zagłosowało 171 581 osób, co pozwoliło na przekroczenie wymaganego progu frekwencyjnego o 13 026 głosów. W przypadku głosowania za odwołaniem Rady Miasta zabrakło 11 782 głosów za.
Zgodnie z przepisami, po skutecznym odwołaniu prezydenta w referendum, premier powinien zarządzić przedterminowe wybory. Kodeks wyborczy przewiduje, że głosowanie powinno odbyć się w ciągu 90 dni od ogłoszenia wyników referendum.
W praktyce oznacza to, że mieszkańcy Krakowa przedterminowych wyborów, w którym wybraliby nowego włodarza miasta, powinni się spodziewać pod koniec sierpnia, a precyzyjniej – w niedzielę 23 sierpnia. Mimo to, dopiero w środę Donald Tusk podał, że uzupełniające głosowanie w stolicy Małopolski odbędzie 27 września. Z czego wynikła ta zwłoka?
Protest za łamanie ciszy
3 czerwca Edward Nowak złożył protest przeciwko ważności majowego referendum. Powodem protestu było rzekome „systemowe złamanie ciszy wyborczej”, które – jak argumentował – doprowadziło do minimalnej frekwencyjnej nadwyżki.
Warto dodać, że Nowak, opozycjonista z czasów PRL, jest również działaczem Komitetu Demokracji, a także byłym prezesem firmy zbrojeniowej współpracującej z resortem obrony w czasie kadencji ministra Bogdana Klicha w latach 2007-2011.
17 czerwca Sąd Okręgowy w Krakowie oddalił protest wnioskodawcy, wskazując, że nie przedstawił on bezpośredniego przełożenia agitacji w sieci na wpływ na wynik referendum. Ponadto, część dowodów sąd ocenił jako materiały o charakterze wieloznacznym lub niebędące wprost tym, co uznaje się za agitację wyborczą. Sąd odrzucił protest wyborczy i tym samym uznał majowe referendum za ważne.
Zażalenie jako karta bijąca
Mimo jasnego werdyktu, Edward Nowak nie poddał się. 20 lipca złożył zażalenie, liczące – jak sam podał mediom – 65 stron, cechujących się wysoką szczegółowością. Sąd Okręgowy przekierował zażalenie Nowaka do Sądu Apelacyjnego, a ten 28 lipca zdecydował o jego oddaleniu.
Jak zauważa Patryk Salamon, redaktor naczelny portalu lovekraków.pl, problem nie sprowadza się jedynie do konkretnego protestu, lecz do konstrukcji samych przepisów.
– Niestety obowiązujące prawo pozwala na sytuację, w której nawet zaskarżenie wyniku referendum przez jednego obywatela wstrzymuje całą procedurę. W praktyce oznacza to bardzo specyficzną odsłonę demokracji – jedna osoba kontra ponad 170 tysięcy krakowian, którzy opowiedzieli się za odwołaniem prezydenta miasta – twierdzi nasz rozmówca.
Czas oczekiwania na rozstrzygnięcie tej sprawy doprowadził do tego, że krakowianie poznali datę uzupełniającego głosowania dopiero 27 września. Dało to partii rządzącej czas na to, by stolicą Małopolski w dalszym ciągu zawiadywał komisarz miasta Stanisław Kracik.
To właśnie były wiceprezydent miasta (pośrednio również odwołany w majowym referendum) grzeje się na dawnej posadzie i – jak gdyby nigdy nic – wciąż dysponują pełnym budżetem miasta.
Jak mówi w rozmowie z naszym portalem Patryk Salamon, „obecne przepisy są po prostu źle skonstruowane”, bo pozwalają na to, by odwołanie złożone przez jedną osobę wstrzymywało wyznaczenie daty przedterminowych wyborów:
– Stąd gorący apel do polityków, którzy stanowią w Polsce prawo, o pilną nowelizację ustawy w taki sposób, aby protesty i odwołania od rozstrzygnięć sądów nie blokowały całej procedury wyborów uzupełniających.
W modelu, który wydaje mi się rozsądny, premier mógłby zarządzić termin wyborów – zgodnie z Kodeksem wyborczym w ciągu 90 dni od ogłoszenia wyników referendum – a sąd w tym samym czasie miałby możliwość rozstrzygnięcia, czy referendum przeprowadzono prawidłowo – dodaje naczelny lovekraków.pl.
– Jeśli sąd stwierdziłby istotne nieprawidłowości i konieczność unieważnienia referendum, premier miałby narzędzia prawne, by wstrzymać głosowanie i nie dopuścić do wyborów w zakładanym terminie.
Od czasu samego aktu głosowania do zaprzysiężenia nowego prezydenta i tak mija pewien okres, więc ta „luka czasowa” mogłaby być bezpiecznym wentylem – z poszanowaniem prawa do odwołania i jednocześnie z uwzględnieniem oczekiwania krakowian, że miasto będzie miało w przewidywalnym czasie nowego, wybranego przez nich prezydenta – mówi Salamon.
Psychologiczny efekt stanu zawieszenia
Lokalny dziennikarz dzieli się również spostrzeżeniami dotyczącymi emocji mieszkańców miasta:
– Mam wrażenie, że mieszkańcy Krakowa już powoli zapominają, że w referendum odwołali prezydenta miasta i że w konsekwencji odbędą się przedterminowe wybory. Do 27 września będziemy żyć w dziwnym stanie zawieszenia, który sprzyja zniechęceniu i poczuciu, że demokratyczna decyzja „utknęła” w procedurach.
Jak dodaje, wspomniany polityczny stan zawieszenia może osłabić zaufanie do demokracji bezpośredniej. Oczekiwanym przez niego działaniem jest „jasny komunikat do opinii publicznej”, mówiący, że wybory odbędą się w konkretnym przedziale czasowym.
– Taka zapowiedź wyrównywałaby szanse kandydatów na przygotowanie kampanii, a nie stawiała w uprzywilejowanej pozycji osoby, która jest politycznie najbliżej obozu władzy – w tym przypadku Moniki Piątkowskiej, wspólnej kandydatki KO i PSL na prezydenta Krakowa – mówi Patryk Salamon.
Naczelny lovekraków.pl zwraca również uwagę, że jeżeli obecna praktyka utrwali się jako precedens, każde skuteczne referendum odwoławcze może być w przyszłości miesiącami blokowane kolejnymi środkami odwoławczymi.
W ocenie naszego rozmówcy, stworzyłoby to niebezpieczną pokusę wykorzystywania procedur prawnych jako narzędzia walki politycznej.
Prawo ma gwarantować każdemu możliwość zakwestionowania przebiegu głosowania, jeśli istnieją ku temu przesłanki – co do tego nie ma wątpliwości. Przepisy powinny jednak w równym stopniu bronić decyzji podjętej przez tysiące obywateli.
Jeśli to nie zostanie zagwarantowane, to referendum – wyjątkowa i rzadka (niestety) w naszym kraju, forma demokracji bezpośredniej – stanie się kolejnym narzędziem, które łatwo jest odsunąć w czasie na korzyść wybranej grupy politycznej.
Krakowianie w przedterminowych wyborach będą wybierać spośród siedmiorga kandydatów ubiegających się o urząd prezydenta miasta. W gronie kandydatów partyjnych znaleźli się: Monika Piątkowska (KO, z poparciem PSL), Aleksandra Owca (Partia Razem), Daria Gosek-Popiołek (Lewica), Bartosz Bocheńczak (Konfederacja) oraz Michał Klimek (Konfederacja Korony Polskiej).
O głosy wyborców zabiegają również dwaj kandydaci niezwiązani z żadną partią polityczną – Łukasz Wantuch oraz Jan Hoffman, przewodniczący Rady Dzielnicy I Stare Miasto i jeden z liderów akcji referendalnej.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
