Samorządowcy szukają kłopotów. Kraków, Radzymin i Bełchatów to wzór dla całej Polski
Tymczasowo zawieszone przez absurdalną lukę w przepisach referendum w Krakowie i wciąż „kapiąca” afera Szpitala Południowego w Warszawie na światło dzienne wyciągnęły problemy polskich samorządów. Upada mit, że polityka lokalna udała nam się lepiej niż centralna. Warto spojrzeć na to jak na szansę na realną demokratyzację polskich gmin, miast i miasteczek. Najwyższy czas, by lokalni liderzy dostrzegli, że „szukanie kłopotów”, niezadowolenie mieszkańców i miejscowe kontrowersje nie muszą być wyłącznie źródłem obaw, ale i odporności czy wręcz „antykruchości”.
Nieznane korzenie krakowskiego referendum
Komentując wyniki krakowskiego referendum, za każdym razem powtarzałem, że ta historia zaczęła się dużo wcześniej, niż… Aleksander Miszalski objął funkcję w Magistracie. Kraków to miasto w kilku wymiarach wyjątkowe.
Z jednej strony przez lata funkcjonował tam ponadstandardowo zamknięty system lokalny zorganizowany wokół Jacka Machrowskiego. Z drugiej – właśnie to miasto jest w pewnym sensie w awangardziej obywatelskiej aktywności i jej cyfrowego oblicza.
Od kilku lat w Krakowie, wciąż bodaj jako w jedynej gminie w Polsce, obywatele mogą zgłaszać oddolne projekty lokalnego prawa drogą cyfrową. Ustawowo wymaganą liczbę 300 podpisów można tam zbierać z wykorzystaniem Profilu Zaufanego.
W efekcie niemal martwe w większości kraju obywatelskie prawo – wg danych Fundacji im. Stefana Batorego w 2022 roku w 97% samorządów nie zgłoszono żadnej obywatelskiej uchwały! – w Krakowie jest żywe. Od 2023 roku prowadzono w Krakowie 15 zbiórek podpisów pod obywatelskimi, a większość (11) z nich zakończyła się skuteczną zbiórką wymaganej liczby podpisów.
Jeszcze bardziej zaskakujące, że korzystanie z tego narzędzia bywa też skuteczne. W efekcie cyfrowej inicjatywy uchwałodawczej jeszcze za czasów Jacka Majchrowskiego zlikwidowano – decyzją Rady Miasta, choć przy sprzeciwie ówczesnego prezydenta! – jedną z miejskich spółek, tę prowadzącą kontrowersyjną i kosztochłonną telewizję.
Historycznie najistotniejsza okazała się jednak inna inicjatywa – propozycja uchylenia uchwały dotyczącej Strefy Czystego Transportu. Już w 2023 roku pod projektem zainicjowanym przez lokalnego lidera narodowej części Konfederacji, Piotra Bartosza, zebrano ponad 7000 podpisów. Tak duże, niespotykane właściwie w skali kraju zaangażowanie mieszkańców, było swoistym barometrem nastrojów mieszkańców w tej sprawie.
Opinia mieszkańców nie została wówczas wysłuchana. Lokalne władze – ani Jacek Majchrowski, ani jego następca Aleksander Miszalski – nie dostrzegli powagi tego oddolnego sygnału. Nikogo chyba zatem nie dziwi, że sprzeciw SCT była później, już w 2026 roku, wskazywany jako jedno z głównych źródeł powodzenia referendum.
Według badania exit poll realizowanego przez Ogólnopolską Grupę Badawczą było to główne źródło zaangażowania w referendum – wskazało ten temat ponad 28% badanych. Nie ma wątpliwości, że dla takiego wyniku nie bez znaczenia była również frustracja mieszkańców, których głos zlekceważono – czy to ich poparcia dla obywatelskiej uchwały, czy w ocenianych przez wielu jako fasadowych konsultacjach.
To wcale nie jest zła informacja
Wbrew pozorom powyższa historia może, a nawet powinna być źródłem optymizmu! Bez względu na to, co sądzimy o Strefach Czystego Transportu, możemy spojrzeć na ten proces raczej od strony instytucjonalnej – opowieści o tym, kiedy obywatelska, oddolna inicjatywa kończy się sukcesem.
Po pierwsze, Kraków potwierdził, że zaangażowani obywatele mają moc sprawczą. Włodarze innych miast, miasteczek i gmin muszą wyciągnąć w tej lekcji nauczkę. Jeśli będą bagatelizować „małe” sygnały obywatelskiego niezadowolenia, to kilka lat później mogą one wrócić w dużo bardziej dotkliwej dla nich formie.
Po drugie, to opowieść o tym, że niewielka innowacja może ożywić lokalną demokrację. Wspomniane już badania Fundacji Batorego – znajdziecie je w raporcie „Indeks codziennej demokracji lokalnej” – wskazują wszak, że obywatelskie uchwały to swoiste „Yeti” polskiej samorządności.
W badanym roku odnotowano je w zaledwie 62 spośród blisko 2500 polskich gmin, a tylko 26 – zakończyło się przyjęciem uchwały przez samorząd. Kraków dowodzi jednak, że narzędzie to można łatwo „ożywić” i spopularyzować.
Mało kto pamięta – a przypomniała o tym Joanna Erbel w swojej inspirującej ksiażce Wychylone w przyszłość. Jak zmienić świat na lepsze – że historia oddolnych ruchów miejskich przed kilkunastu już laty zaczęła się właśnie od, analogowej i wówczas wymagającej dużo większej liczny podpisów, inicjatywy uchwałodawczej mieszkańców w sprawie podwyżej cen biletów (notabene kolejnego z tematów, który złożył się na powodzenie krakowskiego referendum).
Dziś aż prosi się, by „scyfryzować” obywatelskiej uchwały w każdej polskiej gminie, o co apelujemy w Klubie Jagiellońskim od dawna. Okoliczności temu sprzyjają.
Z jednej strony Kraków udowodnił, że od strony technicznej da się to zrobić na podstawie dzisiejszych przepisów i ogólnopolskiej infrastruktury cyfrowej. Z drugiej – postępująca cyfryzacja procesów demokratycznych (na czele z przyjętą niedawno ustawową regulacją umożliwiającą zbiórki podpisów pod listami wyborczymi) wydaje się mocno wspierać ten trend, który może niebawem zmienić oblicze lokalnej demokracji.
System wczesnego ostrzegania
Z uwagi na znaczne ogólnokrajowe zainteresowanie, jakie krakowskie referendum wywołało, warto patrzeć na tę historię jako pretekst do zmiany myślenia o oddolnych procesach partycypacyjnych i konsultacyjnych w samorządach.
To znakomity przykład, że na konsultacje i oddolną mobilizację mieszkańców – wyrażaną w petycjach, obywatelskich projektach uchwał czy inicjatywa referendalnych, szczególnie tych „problemowych” – władza powinna patrzeć jako swoisty „system wczesnego ostrzegania”.
Kreatywna, bo skłaniająca do zaangażowania, frustracja mieszkańców powinna być impulsem do korekty lokalnej polityki, która przeprowadzona w odpowiednim czasie może uratować przed dalej idącymi, negatywnymi przesileniami politycznymi.
Dziś, niestety, zarówno na szczeblu lokalnym, jak i ogólnokrajowym, są one przez wielu decydentów postrzegane jako „zło konieczne”, a zaangażowani obywatele widziani są jako w najlepszym razie problematyczni pieniacze, w najgorszym – jako konkurenci polityczni, działający pod fałszywą flagą oddolnej mobilizacji.
Tymczasem opublikowane w tym roku badania CBOS jednoznacznie dowodzą, że konsultowanie ważnych decyzji jest dla Polaków nie tylko jedną z najważniejszych cech działającej demokracji, ale i tym obszarem jej funkcjonowania, która w ich opinii działa… najgorzej!
W odpowiedzi na pytanie („Zasady demokracji”, komunikat z badań CBOS nr 18/2026) „które z wymienionych cech systemu uważa Pan(i) za ważne, aby można było uznać państwo za demokratyczne, a które za nieważne?” aż 94% badanych uznało za „bardzo” (69%) i „średnio” (25%) ważne „ciągłe konsultowanie ze społeczeństwem ważnych decyzji”.
Jednocześnie tylko 28% badanych uznało, że ta zasada jest w Polsce przestrzegana. To najgorszy wynik ze wszyskich 23 zasad demokracji, o które pytał CBOS! Większa liczba Polaków uważa, że „wobec prawa wszyscy są równi”, „Sejm reprezentuje wolę wyborców”, „rząd dba o dobrobyt obywateli”, a nawet, że „do rządzenia krajem dobiera się najlepszych ludzi”!
Dlaczego jest tak źle, skoro jest lepiej?
Przekonanie o nieistnieniu lub fikcyjności procesów konsultowania decyzji z obywatelam może zaskakiwać, gdy spojrzeć na rosnącą liczbę takich procesów. Po pierwsze, w ostatnich latach podniosły się standardy konsultowania ustaw rządowych, choć biorą w nich udział zwykle profesjonalne organizacji i ewentualnie interesariusze stanowionego prawa.
Po drugie, co z perspektywy zwykłych obywateli dużo istotniejsze, analogiczny proces rozpoczął się w Sejmie. Tam, w konsekwencji m.in. starań Klubu Jagiellońskiego, od jesieni 2024 roku konsultowane są te ustawy, które pochodzą od innych autorów niż rząd: od posłów, Senatu, prezydenta czy obywateli. Szeroko omawiamy tę zmianę w raporcie „Sejm – nowe otwarcie”.
W pierwszym roku nowego systemu w sejmowych konsultacjach udział wzięło ponad 80 000. Obecnie zaś zbliżamy się do liczby 200 000 wypełnionych przez obywateli, złożonych pod imieniem i nazwiskiem i potwierdzonych przez Profil Zaufany, ankiet.
Po trzecie, od lat rozmaite procesy samorządowe obarczone są obowiązkami konsultacyjnymi. Teoretycznie więc partycypacyjna rewolucja powinna zejść na poziom gminny. Dlaczego w praktyce nie widać tego efektów?
Podpowiedzi znaleźć można w kolejnym z raportów Klubu. Autorzy poświęconej uspołecznieniu miejskich planów adaptacji do zmiany klimatów publikacji „Klimat dla mieszkańców” zapytali odpowiedzialnych za nie urzędników jak wyobrażają sobie włączenie obywateli w tworzenie lokalnych planów i polityk.
Zdecydowana większość z nich – ponad 4/5! – wskazała, że oczekuje zgłaszania uwag do biurokratycznych, technokratycznych i mało interesujących dla zwykłego mieszkańca, wielostronnicowych dokumentów. Tymczasem wspólnego podejmowania decyzji z mieszkańcami chce zaledwie co piąty z badanych urzędników.
Sejm, Radzymin i Bełchatów dają nadzieję
Powyższe dane dobrze ilustrują, dlaczego potrzebujemy rewolucji w myśleniu o zaangażowaniu mieszkańców w konsultowanie i podejmowanie decyzji. By obowiązki konsultacyjne i mechanizmy zaangażowania mieszkańców przestały być czczym alibi dla biurokratów, trzeba je po prostu dużo lepiej planować.
Pierwszą wskazówką jest wzmiankowane już doświadczenie sejmowych konsultacji. Zamiast obszernych pism, z perspektywy obywatela mamy prostą niczym znana wszystkim googlowska ankieta i zachęcającą do „przeklikania się” formułę.
Najpierw oceniamy projekt i jego wykonanie w skali 1-5, a dopiero później – zachętę do pozostawienia pogłębionych uwag. Można oczywiście zgłaszać szczegółowe zastrzeżenia legislacyjne czy uwagi do jakości przeprowadznej oceny skutków regulacji, ale nie jest to obowiązkowe.
Na początek obywatel jest po prostu pytany o zdanie – a tym samym zachęcany, by przyjrzeć się sprawie głębiej. To ustawienie „frontem do obywatela” jest zresztą według mnie źródłem najbardziej nieoczywistego ze wskaźników, które wraz z Martą Wenclewską zidentyfikowaliśmy, podsumowując pierwsze 80 000 wypełnionych ankiet.
Otóż okazuje się, że dominują w nich… zwolennicy ocenianych projektów. Stanowili oni aż 2/3 uczestników konsultacji! Zadaje to kłam popularnemu przesądowi, że w rozmaitych procesach obywatelskich dużo łatwiej zaangażować krytyków, frustratów czy hejterów niż osoby o neutralnym lub pozytywnym nastawieniu do pomysłów.
Drugą pozytywną inspirację przyniosła debata, w której wraz z przedstawicielami kilku samorządów miałem okazję uczestniczyć na zaproszenie Fundacji Polska z Natury na Forum Samorządowym w Mikołajkach.
„Mieszkańcy włączają się na pewno wtedy, kiedy ktoś ich bardzo wkurzy. Niechętnie jednak włączają się w opracowywanie dokumentów czy strategii” – zauważył wówczas Krzysztof Chaciński, burmistrz Radzymina.
Podzielił się wówczas własnym doświadczeniem, gdy w jego mieście szczególne zainteresowanie proces konsultacji projektu rewitalizacji rynku wzbudził emocje dopiero wtedy, gdy jego elementem okazała się relokacja jednego z pomników. W efekcie – zaangażowanie mieszkańców było wyższe nie tylko w tej, emocjonującej lokalną społeczność sprawie, ale też w pozostałych zagadnieniach.
To przykład, gdy jeden kontrowersyjny element stał się źródłem realnego zaangażowania w cały proces konsultacyjnym. Wynika z tego jasna lekcja: włodarze samorządów i organizatorzy innych procesów partycypacyjnych nie powinni bać się trudnych pytań i oddawania kontrowersyjnych decyzji mieszkańcom. To właśnie postawienie również na takie angażujące zagadnienia może być źródłem realnego włączenia mieszkańców.
Trzeci inspirujący przykład przyniosły warsztaty z urzędnikami i lokalnymi liderami społecznymi, które w ramach pracy nad uspołecznieniem miejskich planów adaptacji do zmian klimatu zorganizowali w Bełchatowie współpracujący z Klubem Jagiellońskim i Fundacją Polska z Natury eksperci: dr Michał Dulak i dr Maksymilian Galon.
Jednym z pomysłów wypracowanych w toku design sprintu, innowacyjnej metody rozwiązywania problemów inspirowanej doświadczeniami między innymi firm takich jak Google czy Lego, w Bełchatowie jest stworzenie interaktywnej mapy do zgłaszania przez mieszkańców lokalnych wyzwań.
Rozwiązaniu zaproponowano nazwę „Bełchatów szuka kłopotów”, a w zgłaszanie miejsc wymagających interwencji lokalnych władz zaangażowane mają być między innymi samorządy szkolne. Choć rozmaite aplikacje i narzędzia do zgłaszania potrzeb pojawiają się od dawna w wielu samorządach, to na szczególne docenienie zasługuje uczciwie nazwanie problemu.
Samorząd, który sam przed mieszkańcami porafi przyznać, że „szuka kłopotów”, bo jego zadaniem jest wsłuchiwanie się w głos mieszkańców i rozwiązywanie wskazanych przez nich problemów, to pozytywna odmiana.
Mówiąc wprost: to dokładna odwrotność sposobu myślenia dominującego u wielu samorządowców i organizatorów procesów angażujących mieszkańców, którzy traktują je po macoszemu, wyłącznie jako okazję do wizerunkowego ocieplenia lub wprost w sposób fikcyjny, bo właśnie kłopotów boją się jak ognia.
Czas szukać kłopotów!
Każda wielka polityczna zmiana zaczyna się od sposobu myślenia. Negatywne doświadczenia Krakowa ze Strefą Czystego Transportu powinny uświadomić decydentom, że wypieranie tlącego się niezadowolenia do najgorsza możliwa strategia.
Przykład sejmowych konsultacji dowodzi, że pytanie wprost mieszkańców w uczciwy sposób o zalety i wady proponowanych zmian prawnych wcale nie musi oznaczać, że zostaniemy zalani pretensjami krytyków. Wprost przeciwnie, możemy zaskoczyć się skalą społecznego poparcia.
Doświadczenia z Radzymina czy Bełchatowa wskazują wręcz, że „szukanie kłopotów” może być dla władz publicznych, szczególnie samorządowych, metodą budowania co najmniej lokalnej odporności: zarówno na wyzwania polityki publicznej, jak i na groźbe wyborczo emocjonalne wzmożenia samorządowej opinii publicznej.
Włączenie mieszkańców i poważne reagowanie na zgłaszane przez nich problemy, niepokoje i zagrożenia może stać się nawet czymś więcej: źródłem antykruchości. W języku filozofa i ekonomisty Nassima Tabela „antykruchość” to cecha systemu, w którym wcześnie zdaignozowane i dobrze zarządzane problemy nie tylko nie stają się źródłem druzgoczącego kryzysu, ale wprost przeciwnie – źródłem długofalowego wzrostu i rozwoju.
Wymaga to jednak porzucenia sposobu myślenia, w którym organizowane konsultacje i procesy partycypacyjne są jedynie biurokratycznym obowiązkiem albo okazją do propagandowej fety. Tego polskim samorządowcom, a przede wszystkim zaangażowanym mieszkańcom polski lokalnej, powinniśmy życzyć.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
