Zmarnowana szansa. Jak ośrodek agencji kosmicznej mógł wspomóc rozwój regionalny Polski
O ile w ostatnich latach kolejne rządy, ponadpartyjnie, wzmacniały naszą krajową branżę kosmiczną poprzez konsekwentne zwiększanie składki do Europejskiej Agencji Kosmicznej i angażowanie się w różne inicjatywy w tym obszarze, to deglomeracja prowadzona była nad wyraz niekonsekwentnie. Dziś widzimy tego efekty.
Konsekwentnie do celu
W ostatnim czasie przestrzeń publiczną obiegła informacja o ulokowaniu w Warszawie nowego centrum Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA). Skupi się ono na technologiach kosmicznych powiązanych z bezpieczeństwem. Jest to niewątpliwy sukces polskiego państwa, który zawdzięczamy latom konsekwentnej pracy, a przede wszystkim zwiększeniu przez Polskę składki do ESA.
Nasz kraj przystąpił do tej organizacji (funkcjonującej niezależnie od struktur UE) w 2012 r., lecz początkowo wpłacał stosunkowo niewielkie, aczkolwiek wzrastające kwoty do wspólnego budżetu. W 2023 r., jeszcze za poprzedniej większości parlamentarnej, nastąpił ich wyraźny wzrost. W zeszłym roku Polska zadeklarowała wpłacenie rekordowych 550 mln euro na dodatkowe programy (oprócz składki obowiązkowej) w perspektywie budżetowej na lata 2026–2028.
Jest to o tyle ważne, że w ESA funkcjonują mechanizmy wiążące składanie przez tę organizację zamówień w krajowym przemyśle kosmicznym ze składką wpłacaną przez dane państwo. Oznacza to, że rekordowe kwoty przekazane przez Polskę do wspólnej kiesy przekładają się na rekordowe zamówienia dla funkcjonujących u nas firm kosmicznych (aczkolwiek właściciel nieraz bywa zagraniczny).
Sektor ten dynamicznie rozwijał się w ostatnich latach – startując „od zera” kilkanaście lat temu, w grudniu 2025 r. był wart w przybliżeniu 0,5 mld dolarów i działało w nim około 400 przedsiębiorstw. W jakiejś mierze jest to zasługa konsekwentnej, realizowanej ponadpartyjnie polityki zwiększania naszych wpłat do ESA, stanowiącej dla firm z tej branży ważne źródło finansowania.
Z wyższymi składkami wiążą się też dodatkowe korzyści – ogłoszona jeszcze w zeszłym roku decyzja o umieszczeniu w Polsce ośrodka ESA była wprost powiązana z zadeklarowanym wówczas zwiększeniem naszych wpłat.
Po co nam deglomeracja
W tym sukcesie jest też jednak kropla goryczy. O zostanie gospodarzem kosmicznej instytucji ubiegały się Katowice, Gdańsk, Poznań, Łódź, Wrocław, Kraków i Warszawa. Zwycięzcą okazała się stolica. Tymczasem jest w niej już ulokowanych najwięcej różnych instytucji – państwowych czy międzynarodowych – jest też centrum polskiego biznesu.
Wobec tego siedziba kolejnej organizacji w stosunkowo najmniejszym stopniu wspomoże rozwój tego miasta. Jednocześnie dla każdego z innych niż Warszawa ośrodków ulokowanie centrum międzynarodowej organizacji stanowiłoby znacznie większy impuls rozwojowy.
Tego typu refleksja stoi u podstaw idei tzw. deglomeracji, podnoszonej już od lat na łamach m.in. portalu Klubu Jagiellońskiego. Zakłada ona, że część instytucji, które nie muszą koniecznie znajdować się w stolicy, może zostać umieszczonych w innych miastach, wspomagając tym samym ich rozwój, ale zapewniając też bardziej równomierny i sprawiedliwy rozwój całego kraju.
Oczywiście deglomeracja powinna być też rozpatrywana na poziomie niższym niż ogólnopolski – np. część urzędów szczebla wojewódzkiego mogłoby znaleźć się poza stolicami regionów. Skupię się jednak na aspekcie ogólnokrajowym, kluczowym w przypadku siedziby ośrodka ESA.
Deglomeracja, jeżeli jest odpowiednio zaplanowana, może przynieść cały szereg korzyści. Ulokowanie instytucji poza stolicą wzbogaca lokalny rynek pracy i zmniejsza zjawisko drenażu mózgów (ponieważ miejscowi specjaliści mają więcej ofert na miejscu, nie muszą więc rozważać migracji do Warszawy jako najlepszej opcji).
Dodatkowo buduje to lub wzmacnia miejscowe elity, patrzące na świat z nieco innej niż stołeczna perspektywy, a to generalnie przekłada się na wzmocnienie lokalnej tkanki społecznej. W tego typu miejscu chętniej założą swoje siedziby nowe firmy bądź organizacje. Wreszcie warto wskazać tak nieoczywisty czynnik jak niższe koszty nieruchomości czy najmu powierzchni w mniejszych miejscowościach, co obniża koszty funkcjonowania instytucji.
Patrząc z drugiej strony, umieszczanie coraz to kolejnych organizacji bądź urzędów w stolicy w aż tak wielkim stopniu nie jest ważne dla jej rozwoju, a jednocześnie wytwarza efekt kuli śnieżnej. Czym więcej wszelkiego rodzaju podmiotów ma w niej swoją siedzibę, tym bardziej jest ona atrakcyjnym miejscem dla nowych inwestorów i organizacji. Ze względu na chociażby bogaty rynek pracy czy bliskość potencjalnych kontrahentów lub zleceniodawców.
Powyższe rozważania to zaledwie szkic idei deglomeracji i korzyści, jakie może przynieść. Zamiast wchodzić w szczegóły chciałbym po prostu wskazać, że przed podobnymi wyzwaniami stoi nie tylko Polska. Dobrym zagranicznym przykładem jest Anglia, kraj o powierzchni w przybliżeniu 2,5-krotnie mniejszej od Polski (nie uwzględniam tu oczywiście całej Wielkiej Brytanii).
Jest on zdominowany przez ogromną, około 10-milionową aglomerację Londynu, mającą znaczenie nie tylko krajowe, ale i międzynarodowe. Uznając, że taka koncentracja funkcji w jednym mieście nie jest zdrowa dla społeczeństwa, brytyjskie władze już od kilku lat wdrażają ambitny program deglomeracyjny (Places for Growth). Podobne przykłady można podać również dla wielu innych europejskich państw.
„Kto ma, temu będzie dodane”
Wracając do Polski i ESA. Umiejscowienie nowego ośrodka tej organizacji w Warszawie boli przede wszystkim dlatego, że jest on wręcz idealnym, modelowym przykładem instytucji, która może zostać poddana deglomeracji.
Nie jest to agenda rządowa czy część administracji centralnej. Wobec tego nie powinny tu pojawić się problemy, jakie wiązały się np. z próbą ulokowania Ministerstwa Przemysłu w Katowicach. W tym przypadku szybko okazało się, że stanowiący część administracji rządowej resort powinien fizycznie mieścić się blisko siedziby rządu.
Dodatkowym wyzwaniem, które pojawia się przy przenosinach istniejących instytucji, jest to, że dotychczasowi pracownicy takiej organizacji mieszkają w okolicach dawnej siedziby. Albo trzeba więc skłonić ich do przeprowadzki, albo dokonać wymiany kadr. W przypadku zakładanego w Polsce od zera ośrodka ESA taki problem nie występuje.
Jak wskazuje Michał Duszczyk na łamach „Rzeczpospolitej” (Warszawa kosmicznym sercem Europy), wśród czynników, które zadecydowały o umieszczeniu w nowego centrum kosmicznego w stolicy, były m.in. dostępność odpowiedniej infrastruktury i nieruchomości, obecność wielu instytutucji naukowych i firm z branży (a w związku z tym również kompetentnych kadr).
Ale też aspekty bardziej „przyziemne” – obecność innych międzynarodowych instytucji (np. Frontexu), duża baza międzynarodowych szkół, w których kształcą się dzieci pracowników tychże organizacji, czy nawet wysoka dostępność dóbr kultury. To wszystko ma tworzyć sprzyjające środowisko dla przyszłych pracowników ESA, którzy zjadą tu z różnych krajów Europy.
Widać w tym wspomniany przez mnie efekt kuli śnieżnej. „Kto ma, temu będzie dodane” – można by dodać, cytując Biblię. W rezultacie każda kolejna siedziba oddziału międzynarodowej instytucji czy zagranicznej firmy najprawdopodobniej zostanie umiejscowiona w Warszawie, ponieważ ta będzie oferowała najlepsze warunki.
Tymczasem inne polskie metropolie wcale tak bardzo od niej nie odstają, nawet jeśli w porównaniu nie zajmą pierwszego miejsca. Firmy z branży kosmicznej funkcjonują w wielu polskich miastach, w wielu z nich swoje siedziby mają uczelnie zatrudniające odpowiednich specjalistów. Nie brakuje w nich również zagranicznych pracowników, a – co za tym idzie – również związanych z ich pobytem usług, takich jak międzynarodowe szkoły.
Nie będę próbował rozstrzygnąć, które z miast-kandydatów najlepiej nadawałoby się do tej roli, gdyby nie uwzględniać Warszawy. Chciałbym tylko, aby wybrzmiało, że poza stolicą były inne opcje.
Zabrakło nam strategii
W tych rozważaniach jest jeszcze jeden szkopuł. Polska nie podejmowała decyzji o wyborze siedziby centrum ESA samodzielnie, lecz wspólnie z tą organizacją (której głos podobno miał znaczenie decydujące). W rezultacie miało miejsce coś w rodzaju konkursu zainteresowanych miast, które przedstawiały swoją ofertę i spośród których wybrano najlepszego kandydata (nawet jeżeli oficjalnie cały proces wyboru nie był konkursem).
Chciałbym jednak zwrócić uwagę, że z perspektywy międzynarodowej organizacji, jaką jest ESA, takie kwestie jak terytorialne aspekty rozwoju Polski nie są istotne. To w naszym interesie powinno leżeć uwzględnienie tego czynnika w całej procedurze wyboru. I Polska miała mocne karty, aby przekonać ESA do swoich argumentów, bo to my de facto finansujemy nowy ośrodek kosmiczny poprzez podniesienie naszej składki.
Wobec tego wydaje się, że po polskiej stronie zabrakło odpowiedniej wizji i strategii w kwestii deglomeracji. O ile w ostatnich latach kolejne rządy, ponadpartyjnie, wzmacniały naszą krajową branżę kosmiczną poprzez konsekwentne zwiększanie składki do ESA i angażowanie się w różne inicjatywy w tym obszarze, to deglomeracja prowadzona była nad wyraz niekonsekwentnie.
Oprócz wspomnianego wcześniej Ministerstwa Przemysłu chciałbym wskazać Polską Agencję Kosmiczną (POLSA). Powołana została ustawą z 2014 r. (dwa lata po przystąpieniu Polski do ESA), a na jej siedzibę wskazano Gdańsk.
Kierunek, w perspektywie deglomeracji, słuszny. Co prawda spora część działalności tej agencji mieści się w jej oddziale w Warszawie, ale można to jeszcze wytłumaczyć koniecznością współpracy z innymi rządowymi instytucjami.
Zdawałoby się więc, że – gdyby postulaty deglomeracji brać poważnie – Gdańsk powinien być najpoważniejszym kandydatem na siedzibę nowego centrum ESA, z którą współpraca przynależy wszak do zadań POLS-y. Nie chcę oceniać wartości kandydatury tego konkretnego miasta, zwracam po prostu uwagę na brak strategii oraz przypadkowość i fragmentaryczność działań podejmowanych w ramach deglomeracji.
Centrum ESA w Polsce to niewątpliwy sukces, który – mam nadzieję – przyczyni się do dalszego rozwoju naszego krajowego sektora kosmicznego i który zawdzięczamy konsekwentnym działaniom podejmowanym przez kolejne rządy. Oby kiedyś w przyszłości to samo można było powiedzieć o deglomeracji.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
