Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Czy liberałowie wciąż potrafią wygrywać wojny?

Czy liberałowie wciąż potrafią wygrywać wojny? Autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Choć liberalizm zrodził się z marzenia o trwałym pokoju i zastąpieniu zbrojnych zmagań wymianą handlową, historia, zwłaszcza XX w., każe nam wyciągnąć dość paradoksalny wniosek – zachodni model polityczny po wojnach napoleońskich nie tylko nie zrezygnował z przemocy, ale przekształcił ją w najbardziej efektywną formę w dziejach – Western Way of War.

W postoświeceniowej myśli XIX w. liberalizm jawił się jako ostateczna odtrutka na mrok feudalnych wojen i despotyzmu. Benjamin Constant w cieniu ruin pozostawionych przez epokę napoleońską kreślił wizję „wolności nowożytnych”, w której etos wojownika musiał ustąpić miejsca ekonomicznemu racjonalizmowi. W optyce Constanta i jego kontynuatorów wojna była tragicznym błędem systemu – anomalią, którą postęp cywilizacyjny powinien wyeliminować na rzecz rządów prawa i globalnej współpracy.

Ta pacyfistyczna fasada stała się jednak celem brutalnej krytyki ze strony kontroświeceniowych intelektualistów. W liberalnym kulcie bezpieczeństwa widzieli oni zapowiedź duchowej degeneracji.

Myśliciele, tacy jak Werner Sombart czy Ernst Jünger, przeciwstawiali „narodom kupców” wspólnoty „herosów”, dla których krew i poświęcenie stanowiły najwyższą formę ludzkiej realizacji. W ich oczach państwa Zachodu uwięzione w utylitaryzmie i mieszczańskiej wygodzie miały okazać się niezdolne do przetrwania w świecie zdominowanym przez surową wolę mocy i militarny dryl.

Historia jednak w przewrotny sposób zweryfikowała te założenia. To właśnie mocarstwa liberalne – Wielka Brytania, a później Stany Zjednoczone – wyszły zwycięsko z największych pożarów XX w. Udowodniły, że brak etosu wojownika można z nawiązką zrekompensować potęgą gospodarczą i technologiczną. Dziś jednak w obliczu nowych wyzwań asymetrycznych i wzrostu potęgi Chin zasadność tego modelu staje pod znakiem zapytania.

Liberalizm – nadzieja na pokój na świecie?

Już na bardzo wczesnym etapie rozwoju liberalizmu Benjamin Constant zauważył, że myślenie zgodne z tym nurtem może wiązać się z zanikiem etosu wojownika. Jego poglądy na wojnę były silnie związane z filozofią wolności. Constant rozróżniał wolność starożytnych, która oznaczała całkowite podporządkowanie jednostki autorytetowi wspólnoty, od wolności nowożytnej, w której szanowane są prawa jednostki i handel.

Francuski myśliciel argumentował, że społeczeństwa starożytne napędzane były duchem wojny, który nawet w demokratycznych Atenach był nieustannie ukierunkowany na walkę z wrogami zewnętrznymi. W społeczeństwach swoich czasów – będących już pod wpływem pewnych idei liberalnych – zauważył odwrotny trend: odrzucenie doktryny wojny i skupienie się na handlu i dążeniu do dobrobytu jednostki. Sam Constant, jako przedstawiciel oświecenia i idei postępu, entuzjastycznie odnosił się do tej zmiany priorytetów.

„Handel był wówczas [w starożytności] szczęśliwym przypadkiem: obecnie jest czymś zwyczajnym, jedynym celem, powszechnym dążeniem, prawdziwym życiem narodów. Pragną one spokoju, a wraz z nim dobrobytu, a jako źródła dobrobytu, wytwórczości.

Wojna staje się z każdym dniem coraz bardziej nieskutecznym środkiem osiągnięcia ich pragnień. […] Starożytni poprzez zwycięską wojnę zdobywali niewolników, daniny, nowe ziemie, pomnażając przez to bogactwo ogólne i jednostkowe. Nowożytnych zwycięska wojna musi kosztować zawsze więcej, niż przynosi zysku” – pisał.

Warto jednak zauważyć, że Constant napisał swoje dzieło w 1819 r., gdy gospodarki państw europejskich były w ruinie po 25 latach wojen napoleońskich. Kiedy Constant publikował swój esej, w którym dokonał wyraźnego rozróżnienia między wolnością starożytnych a wolnością nowożytną, formułował jedynie postulat. Nie dążył do wiernego opisania zastanej rzeczywistości.

Niemniej jednak myśliciel wierzył, że pewna epoka dobiega końca, a Europa po kongresie wiedeńskim wkracza w nową erę handlu i przemysłu, pozostawiając za sobą wieki wojny i despotyzmu. Mimo że dalszy bieg historii nie zweryfikował pozytywnie jego optymizmu, to jednak m.in. Constant położył fundamenty pod pogląd, że liberalizm polityczny jest ideologią co do zasady pacyfistyczną.

Swoją cegiełkę do tych fundamentów dołożył również Immanuel Kant ze swoją kosmopolityczną koncepcją „wiecznego pokoju”, do którego ma ze swojej istoty dążyć rozum praktyczny. Warto w tym miejscu odnotować, że Kant nie był jednak prostym pacyfistą.

Z jednej strony był przekonany, że wojna z definicji łamie imperatyw kategoryczny. Traktuje człowieka jak narzędzie do osiągnięcia celów politycznych, a nie cel sam w sobie. Z drugiej strony Kant miał świadomość, że ludzie są egoistyczni, chciwi i rzadko kierują się czystym nakazem moralnym.

Wojna jest zatem zjawiskiem moralnie złym, lecz jednocześnie pozostaje motorem rozwoju, ponieważ cierpienie, strach przed śmiercią i gigantyczne koszty związane z konfliktami zbrojnymi zmuszają ludzkość do poszukiwania coraz bardziej zaawansowanych sposobów organizacji społecznej.

Ważnym elementem historiozofii Kanta jest wiara w tzw. chytrość rozumu. Natura w myśl tej koncepcji wykorzystuje nasze najgorsze cechy (chciwość, ambicję, strach), aby ostatecznie doprowadzić nas do celu, którego żąda od nas rozum praktyczny, czyli do pokojowego współistnienia w ramach światowej konfederacji wolnych republik.

Później do tego typu wizji aprobatywnie nawiązywał m.in. Hans Kelsen w Das Problem der Souveränität und die Theorie des Völkerrechts. Całym sercem popierał potępienie wojny jako narzędzia polityki państwowej i opowiadał się za silną pozycją prawa międzynarodowego, które miało stać na straży kantowskiej koncepcji wolności.

Ideałem był dla niego globalny system, civitas maxima, w którym z jednej strony większość ludzi mogłaby kierować się własną wolą, a z drugiej mniejszość byłaby chroniona przed nadużyciami władzy. Należy jednak pamiętać, że civitas maxima była dla niego raczej ideą regulatywną, ogólnym kosmopolitycznym drogowskazem, a nie konkretnym postulatem politycznym. Kelsen z nadzieją patrzył na wszelkie inicjatywy, które wspierały prawo międzynarodowe i ponadnarodowe instytucje. Tuż po wojnie stał się zwolennikiem ONZ.

Teoretykiem pacyfistycznej wersji liberalizmu był również John Rawls. W Prawie ludów opisywał, „jak racjonalni obywatele i narody mogą żyć pokojowo w sprawiedliwym świecie”, oraz zasugerował, że tę samą perspektywę, którą należy przyjąć do określania zasad sprawiedliwości obowiązujących w pojedynczej wspólnocie politycznej, można zastosować również do wyznaczenia reguł, jakie powinny rządzić stosunkami międzynarodowymi.

W idealnym świecie, w którym istniałyby wyłącznie społeczeństwa liberalne, w ogóle nie byłoby wojen. Obywatele takich państw są bowiem w pewien fundamentalny sposób usatysfakcjonowani ze standardów życia, co sprawia, że nie widzą potrzeby angażowania się w krwawe wojny, ponieważ te zawsze wiążą się z ryzykiem porażki i utraty satysfakcjonującego status quo.

Rawls był również zdania, że ludy liberalne akceptują stan pluralizmu światopoglądów. Skoro w stosunkach wewnętrznych nie kierują się żadną z ideologii, to w konsekwencji wykluczona jest także wojna z pobudek ideologicznych. Rawls, podobnie jak Constant, wierzył w ideę postępu, który prowadzi do poprawy kondycji ludzkiej zarówno na poziomie indywidualnym, jak i zbiorowym.

Warto jednak mieć z tyłu głowy, że te deklaracje często niestety rozmijają się z rzeczywistością. Krytyka marksistowska już na przełomie XIX i XX w. zarzucała kapitalistom i liberałom dążenie do politycznej i militarnej ekspansji, w której bynajmniej nie wykorzystywano wyłącznie pokojowych środków.

Współcześnie z kolei wielu komentatorów, np. Naomi Klein czy Jason Hickel, zauważa, że dobrobyt i stabilność społeczno-polityczna w demokracjach liberalnych opiera się na ekonomicznej eksploatacji i politycznej destabilizacji państw globalnego Południa.

W tej sytuacji mielibyśmy do czynienia z sytuacją, w której przemoc w obrębie liberalizmu nie zostałaby wyeliminowana, lecz jedynie ukryta. W tym tekście skupiam się jednak na napięciu między pacyfistyczną autodefinicją myśli liberalnej a wyjątkową sprawnością militarną państw, w których ten typ myślenia jest najbardziej rozpowszechniony. Dlatego też problematyczne kwestie chciałbym przynajmniej na chwilę wziąć w nawias.

A może ideologia dla słabeuszy?

Trop łączący liberalizm z pacyfizmem był także wykorzystywany przez krytyków tego nurtu, m.in. przez niemieckich intelektualistów w dobie wojen światowych. Socjolog Werner Sombart twierdził przykładowo, że wśród ludzi funkcjonują dwie podstawowe postawy wobec rzeczywistości, dwa konkurujące ze sobą światopoglądy – kupców i herosów.

„Kupiec i heros: dwa wielkie przeciwieństwa, które tworzą jakby dwa bieguny wszelkiej ludzkiej orientacji na ziemi” – pisał. Kupcy zainteresowani są wyłącznie tym, co może przynieść im zysk oraz zapewnić wygodne i bezpieczne życie. Herosi natomiast charakteryzują się pogardą dla śmierci i gotowością poświęcenia się w imię wyższych ideałów.

Mimo że światopoglądy przypisane są do konkretnych jednostek, to Sombart wskazuje, że w danych krajach zwykle przeważa jeden ze światopoglądów, a w innych drugi, co przekłada się na duchowy charakter danego narodu. Takie przejście z poziomu indywidualnego na zbiorowy sprawia, że rozróżnienie to zyskuje znaczenie w ramach filozofii politycznej i filozofii wojny.

Jeśli bowiem rozróżnienie na herosów i kupców znajduje odzwierciedlenie w duszy narodu, to ma wpływ na formę jego organizacji, a różnice w światopoglądach mogą także stać się źródłem konfliktów na arenie międzynarodowej. Dlatego też Sombart może przedstawiać Anglików jako naród kupców, a Niemców jako naród herosów. Konflikt tych światopoglądów niemiecki ekonomista uważał za główną przyczynę I wojny światowej.

Thomas Mann z kolei uważał, że udział w wojnie jest dla Niemca doświadczeniem nobilitującym, pozwalającym mu wejść na wyższy poziom człowieczeństwa oraz uchronić się od moralnej degeneracji, która rozwija się w społeczeństwach innych państw Zachodu.

Wskazywał, że silnie obecna u Niemców swego rodzaju sympatia do śmierci wypływa z ducha niemieckiego romantyzmu, który jest zupełnie obcy tym krajom, w jakich dominuje cywilizacja utożsamiana z brytyjskim i francuskim liberalizmem, a nie kultura, w której na piedestale są wartości zupełnie niezwiązane z utylitarnym podejściem do życia.

W podobne tony uderzał także Ernst Jünger. Twierdził, że wartości liberalne są sprzeczne z naturą ludzką, a zwłaszcza z naturą narodu niemieckiego. Ostro krytykował postawę jednostki mieszczańskiej, ponieważ ponad wszystko ceni ona własną wolność, dobrobyt materialny i bezpieczeństwo. Jünger, podobnie zresztą jak Carl Schmitt, nie tylko uważał taką postawę za błędną, lecz także nieuwzględniającą realiów, w których funkcjonuje człowiek.

„Panowanie trzeciego stanu nie zdołało się przebić w Niemczech do owego najbardziej wewnętrznego rdzenia, który rozstrzyga o bogactwie, władzy i pełni życia. Spoglądając na miniony okres ponad stu lat niemieckiej historii, z dumą możemy wyznać, że byliśmy kiepskimi mieszczanami.

Nie na naszą figurę skrojono suknię, znoszoną dziś do ostatniej nitki, a pod jej strzępami ujawnia się natura dziksza, bardziej niewinna niż ta, której sentymentalne dźwięki już bardzo dawno wprawiały w drżenia kurtynę, za którą epoka skrywała wielki spektakl demokracji” – pisał.

Przeciwieństwem pogardzanego przez Jüngera burżuja jest żołnierz-robotnik, który ceni porządek, posłuszeństwo i odpowiedzialność. Charakteryzuje go także gotowość do poświęceń i ofensywne nastawienie.

Żołnierz-robotnik nie boi się sięgnąć po władzę. Warto również zauważyć, że dla Jüngera organizacja nowoczesnej armii stanowi wzór struktury nowoczesnego społeczeństwa, które nie powinno być ani bezkształtną i bezmyślną masą, ani zbiorem egoistycznych jednostek.

„Ludzie z stali, których orle oczy spoglądają prosto przed siebie ponad wirującymi śmigłami, badając chmury przed sobą. […] Oni są tym, co najlepsze na współczesnym polu bitwy, przesiąknięci nieokiełznanym duchem wojownika, którego żelazna wola wyładowuje się w skoncentrowanych, precyzyjnie wymierzonych eksplozjach energii.

Kiedy obserwuję, jak bezszelestnie przecinają przejścia przez plątaniny drutu kolczastego, kopią okopy szturmowe, synchronizują swoje fluorescencyjne zegarki i orientują się na północ według gwiazd, ogarnia mnie przekonanie: to jest nowy człowiek, szturmowy pionier, elita Europy Środkowej. Zupełnie nowa rasa, silna, mądra i pełna woli” – w takich słowach autor Robotnika wychwalał nowy typ człowieka, który miał zdominować świat po I wojnie światowej.

Dlaczego liberałowie tak dobrze radzą sobie na wojnie?

Historia przewrotnie pokazała jednak, że w obu wojnach światowych nie zwyciężyli niemieccy bohaterowie i żołnierze-robotnicy, lecz państwa, w których były wówczas najbardziej rozpowszechnione idee liberalizmu politycznego i gospodarczego, czyli Wielka Brytania oraz przede wszystkim Stany Zjednoczone.

Oczywiście można argumentować, że w pierwszej połowie XX w. liberalizm, a zwłaszcza liberalizm polityczny, nie osiągnął jeszcze swojej obecnej, dojrzałej formy. Wolności ekonomiczne i polityczne często dotyczyły znacznie mniejszej części społeczeństwa, a paradygmat indywidualistyczny nie był jeszcze tak rozpowszechniony jak obecnie.

Nie sposób jednak zanegować, że świat liberalny wygrał również zimną wojnę, a siły zbrojne USA przez dziesięciolecia utrzymywały tak duże zdolności, że żaden inny kraj ani nawet blok państw nie byłby w stanie się im przeciwstawić w konwencjonalnym konflikcie.

Warto zatem zadać sobie pytanie, dlaczego państwa, w których dominuje liberalizm, tak dobrze radzą sobie w wojennym rzemiośle. Okazuje się, że relacja między liberalizmem a wojną to jedno z najbardziej paradoksalnych zjawisk w historii nowoczesnych stosunków międzynarodowych.

Z jednej strony liberalizm w swej esencji jest doktryną pacyfistyczną – opiera się na prymacie jednostki, wolnym handlu oraz przekonaniu, że racjonalny dialog to skuteczniejsze narzędzie niż brutalny przymus. Z drugiej strony to właśnie państwa liberalne wypracowały najbardziej efektywny model prowadzenia konfliktów. Przez niektórych teoretyków określany jest jako Western Way of War, czyli zachodni styl prowadzenia wojny.

Pojęcie to zostało wprowadzone przez Victora Davisa Hansona, który użył go do opisania sposobu prowadzenia wojny wykorzystywanego przez greckie państwa-miasta. Później termin ten również przez samego Hansona zaczął być używany znacznie szerzej, tzn. jako określenie sposobu prowadzenia wojny charakterystycznego dla cywilizacji zachodniej – od starożytnej Grecji aż po współczesne Stany Zjednoczone.

„Przez ostatnie 2500 lat, również w tzw. mrocznych wiekach, na długo przed epoką odrodzenia, czasami wielkich odkryć geograficznych czy rewolucją przemysłową, istniała szczególna praktyka prowadzenia wojny na Zachodzie, wspólny fundament i ciągły sposób walki, który uczynił Europejczyków najbardziej śmiercionośnymi żołnierzami w dziejach cywilizacji” – pisał Hanson w Carnage and Culture.

Podstawową cechą tego stylu jest dążenie do decydującej konfrontacji, która jednoznacznie rozstrzygnie wynik wojny na korzyść jednej ze stron. Wojny prowadzone przez demokracje liberalne mają być ukoronowaniem historycznego rozwoju Western Way of War.

Dla zwolenników liberalizmu, przynajmniej w teorii, wojna nie jest bowiem zwykłym narzędziem polityki, lecz „zakłóceniem”, które należy jak najszybciej usunąć, aby powrócić do handlu i dyplomacji. Demokracje liberalne nie decydują się zatem na najazdy łupieżcze lub nie dążą do oderwania fragmentu terytorium przeciwnika. Cechuje je zazwyczaj dążenie do całkowitego zwycięstwa i zmiany reżimu na taki, z którym w przyszłości będzie można ułożyć sobie pokojowe stosunki.

Zachodnie, liberalne mocarstwa były również w stanie wypracować nad swoimi przeciwnikami przytłaczającą przewagę techniczną. Wynika ona z siły gospodarczej, lecz można wskazać również drugi, bardzo ciekawy czynnik. Liberalizm stawia życie jednostki na piedestale. W kontekście wojennym przekłada się to na ogromną wrażliwość społeczną na straty własne.

Niechęć do ponoszenia strat sprawia, że często demokracje liberalne nie decydują się nawet na ostateczną konfrontację, o której pisał Hanson, lecz stawiają na „taktykę anakondy”, czyli zaduszenie przeciwnika przez blokadę gospodarczą i zadanie decydującego ciosu dopiero wówczas, gdy wróg nie ma już możliwości stawiania skutecznego oporu.

W efekcie Western Way of War stał się stylem walki opartym na kapitałochłonności zamiast pracochłonności – zastępował krew żołnierzy gigantyczną siłą rażenia, precyzyjnym ogniem i przewagą informacyjną. Jest to próba pogodzenia liberalnego humanitaryzmu z brutalną koniecznością militarnej dominacji.

Ta dominacja nie oznacza jednak, że zachodnim mocarstwom nie przydarzają się wpadki. Należy jednak zauważyć, że niepowodzenia w Kanale Sueskim, Iraku, Afganistanie czy Wietnamie nie wiązały się z porażką na polu bitwy, decydujące okazały się czynniki polityczne.

Czy Western Way of War powoli się wyczerpuje?

Łatwość, z jaką siły specjalne USA były w stanie zneutralizować systemy obronne Wenezueli i porwać jej przywódcę, mogłaby wskazywać, że Western Way of War wciąż sprawdza się doskonale. Militarna rywalizacja między Chinami i USA, wojna na Ukrainie czy ostatni konflikt z Iranem pokazują jednak, że na tym obrazie coraz częściej ukazują się rysy.

Po pierwsze, w obliczu niewyobrażalnego sukcesu gospodarczego Chin pojawiły się wątpliwości, czy zachodni model gospodarczy rzeczywiście jest najbardziej efektywnym rozwiązaniem. Państwo Środka bardzo szybko goni (lub już przegoniło) USA nie tylko w zdolnościach produkcyjnych, lecz również w potencjale do tworzenia zaawansowanych technologicznie rozwiązań.

Po drugie, zachodnia broń, która wciąż nie ma sobie równych na polu bitwy, jest jednak w obecnych warunkach bardzo droga i czasochłonna w produkcji. Co z tego, że amerykańskie systemy przeciwlotnicze i przeciwrakietowe są w stanie z łatwością przechwycić irańskie czy rosyjskie pociski i drony, jeśli jeden pocisk do takiego zaawansowanego, zachodniego systemu kosztuje nawet kilka milionów dolarów, podczas gdy cena bojowego drona wynosi od jedynie kilku do kilkudziesięciu tysięcy dolarów?

Należy oczywiście pamiętać, że wniosków z asymetrycznych i regionalnych konfliktów, takich jak wojna na Ukrainie czy w Zatoce Perskiej, nie można przenosić na ogólnoświatową sytuację strategiczną. Głęboko wierzę w to, że ludzkości jeszcze przez długi czas uda się uniknąć kolejnego globalnego konfliktu, lecz dopiero taka konfrontacja będzie w stanie pokazać, czy Western Way of War wciąż zapewnia na wojnie decydującą przewagę. Niemniej jednak na horyzoncie pojawiają się sygnały, że sytuacja nie jest już tak jednoznaczna, jak w XIX i XX w.

Nie bez znaczenia są także szeroko dyskutowane problemy wewnętrzne, z którymi mierzą się obecnie liberalne społeczeństwa. Zapaść demograficzna, spowolnienie gospodarcze, problemy z niekontrolowaną migracją czy coraz większe uzależnienie obywateli od technologii cyfrowych – wszystkie te czynniki nie wpływają pozytywnie na odporność i potencjał mobilizacyjny.

Warto także mieć na uwadze, że społeczeństwa liberalne nie były do tej pory aż tak pacyfistyczne i zdegenerowane, jak chcieliby ich przeciwnicy. W krajach, takich jak USA czy Wielka Brytania, do dziś przywiązuje się dość sporą wagę do cnót militarnych, które, jak się okazuje, do pewnego stopnia mogą współistnieć z liberalizmem. Jeśli jednak te cnoty w najbliższych latach ulegną erozji, być może krytyka Sombarta i Jüngera stanie się bardziej zasadna niż 100 lat temu.

Przyszłość zachodniego sposobu prowadzenia wojny zawieszona jest dziś między cywilizacyjnym triumfem a ekonomiczną i strategiczną niepewnością. Choć historia uczy, że „kupcy” potrafią wygrywać starcia z „herosami” dzięki potędze innowacji i zdolności do udowodnienia swojej przewagi w decydującej konfrontacji, to współczesne realia pola walki coraz bardziej podważają dotychczasowy paradygmat.

Należy także pamiętać, że dotychczasowa historia świata pokazuje, że państwa autorytarne posiadają pewne strukturalne problemy, które utrudniają im sprawne prowadzenie wojen.

W takich krajach często tłumi się inicjatywy na niższych szczeblach, a wojsko, nawet jeśli w teorii znajduje się na piedestale, często jest przez dyktatorów traktowane z daleko idącą nieufnością, ponieważ może stanowić dla nich zagrożenie. Gdy spojrzymy na głośne dymisje, które posypały się ostatnio w chińskiej armii, możemy dojść do wniosku, że tego typu napięcia dotyczą również współczesnych Chin.

Nie powinno to jednak na tyle uśpić naszej czujność, byśmy przeoczyli, że rosnące koszty zaawansowanej technologii w zderzeniu z tanią masowością dronów, z których z powodzeniem korzystają nie tylko tacy państwowi aktorzy, jak Iran czy Ukraina, lecz także takie grupy, jak Hamas, Hezbollah czy Huti, oraz ambicje państw takich jak Chiny sprawiają, że coraz więcej osób zaczyna dostrzegać, że zachodnia dominacja nie jest dana raz na zawsze.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.