Paradoks PiS. Musi dać Konfederacjom rządzić, żeby odzyskać wiarygodność
Nie ma siły, która sprawiłaby, że PiS odzyska poparcie sprzed lat. Nie jest to wina ani Mateusza Morawieckiego, ani Przemysława Czarnka. Granie na białą prawicę w opozycji przynosiło te same marne afekty, co strategia prześcigania obu Konfederacji w radykalizmie. Jest tylko jedna struturalna zmiana, która może sprawić, że wyborcy prawicy i centroprawicy wrócą w przyszłości do partii Jarosława Kaczyńskiego.
Trwa dosyć bolesny dla obu stron i hałaśliwy rozwód stronnictwa harcerzy pod przewodnictwem Mateusza Morawieckiego z resztą Prawa i Sprawiedliwości, „maślarzami” oraz zakonem PC.
Wbrew pozorom kryzys w PiS nie wynika jednak z konfliktu między stronnictwami. Chcę bronić tezy, że niezależnie od tego, jaki scenariusz przyjmiemy: wyrzucenie frakcji Morawieckiego z partii, zastąpienie Czarnka harcerzem czy wielkie pojednanie jak w Zemście Fredry czy ostatniej księdze Pana Tadeusza, kryzys w PiS-ie nie zostanie zażegnany.
Jego przyczyny są przede wszystkim zewnętrzne, nie wewnętrzne. Konkurencją na prawicy dla PiS-u stały się bowiem partie, które nigdy jeszcze nie rządziły. Gdy to piszę, teza o porażce „projektu Czarnek” została w klasie dyskutującej uwewnętrzniona w zasadzie od prawa do lewa.
Poza głosami z wewnątrz samej partii lub bezpośrednio z nią powiązanymi, nie kojarzę nazwisk broniących tej decyzji. Żeby te tezę podtrzymać nie trzeba sięgać do danych. Wystarczy zdrowy rozsądek. Czy można uznać za udaną kandydaturę kojarzoną przede wszystkim z hasłami typu „OZE-sroze”, łatką „zakutego łba” oraz faktem, że jego zwierzchnik musiał się publicznie tłumaczyć z jego ucieczki do przodu w kwestii ukraińskiej?
Wszystko to pracuje na rzecz tezy, że z tym maszynistą, jak sam się nazwał, pociąg być może się nie wykolei, ale na pewno nie dojedzie do celu zgodnie z zaplanowanym rozkładem.
Granie na Morawieckiego okazało się porażką
To oczywiście otwiera nas na tezę przeciwną. Ktoś mógłby powiedzieć: „No tak, Czarnek to niewypał, było to do przewidzenia. Trzeba było od początku postawić na Morawieckiego”. Z takim stanowiskiem w kwestii politics (bo o tej materii cały czas rozmawiamy) jest jednak wiele problemów.
Przypomnijmy sobie, jak wyglądała sytuacja sondażowa PiS-u rok temu, w tym samym czasie, gdy triumfy świętował Karol Nawrocki, Morawiecki przypuszczał medialną ofensywę (niszcząc według ResFutury Sławomira Mentzena w debacie), a Jarosław Kaczyński prowokował Konfederację podpisaniem deklaracji z hasłem „mieszkanie prawem, nie towarem”.
Mowa o miesiącach, w których PiS sondażowo stał w miejscu, osiągając cały czas około 30%. Jeśli nie była to „era Mateusza Morawieckiego” grającego pierwsze skrzypce w PiS-ie, to przynajmniej era „dwóch płuc”. Konkluzja i tak była więc taka, że jeśli miałby powstać prawicowy rząd, nie obszedłby się on bez wsparcia obu Konfederacji.
Gdyby jednak wspomnienie sprzed roku było niewystarczającym argumentem, zastanówmy się, jaką ofertę polityczną w PiS-ie i poza nim proponuje nam w zasadzie Mateusz Morawiecki.
W mojej ocenie, odmieniając „rozwój” przez wszystkie przypadki, Morawiecki proponuje po prostu „partię CPK”.
I mogłoby się mu to udać, wszak kto pamięta, że jeszcze trzy lata temu Polacy od prawa do lewa szli oglądać jego upadek do kin, gdyby nie to, że dzisiaj każdy chce być partią CPK lub przynajmniej nikt nie chce być w polityce „antyrozwojowy”.
Polityczna szczelina, w którą można wejść, aby odróżnić się od innych, nie tkwi więc w „rozwojomanii”. Receptą na kryzys Prawa i Sprawiedliwości nie jest mniej naśladowania Konfederacji, a więcej „rozwoju”, raportów i strategii. Jest nią zaakceptowanie faktu, że na prawo od PiS-u istnieją inne ugrupowania, i pozwolenie im na rządzenie.
Proszę mnie źle nie zrozumieć. To nie jest teza z gatunku „czego bym sobie życzył” ani „co się na pewno wydarzy”, lecz jedynie publicystyczne ćwiczenie z wyobraźni pt. „co musiałoby się stać, aby trwale wzmocnić PiS”.
Twierdzę, że bez weryfikacji, czy mediaworkowy talent Mentzena, krasomówstwo Brauna i przygotowanie Bosaka przekładają się na funkcjonalną politykę, nie da się tego zrobić.
Siła obu Konfederacji wynika bowiem moim zdaniem przede wszystkim z wygodnego miejsca zajmowanego w systemie politycznym – antysystemowej opozycji.
PiS oczywiście sam sobie nie pomaga wywlekając, inaczej niż Konfederacja Bosaka i Mentzena, walkę „buldogów pod dywanem” na światło dzienne. Istota jego problemu nie tkwi jednak w tym fakcie. Nawet gdy działacze największej partii opozycyjnej nie próbowali ostentacyjnie katapultować z ugrupowania „tych drugich”, średnia sondażowa PiS-u wyglądała tak samo. Wygrana Nawrockiego sprzed roku wzmocniła Nawrockiego, a nie PiS.
Wygodna pozycja Brauna, Bosaka i Mentzena
Oczywiście motywacje wyborców są zróżnicowane. Nie ma jednak znaczenia, czy na Brauna Polacy głosują ze względu na jego libertariański program gospodarczy, czy z potrzeby zaznaczenia asertywności wobec elit ukraińskich, unijnych czy amerykańskich.
Podobnie rzecz ma się z Konfederacją. Nie ma znaczenia, czy główną motywacją jest merytoryczne przygotowanie Krzysztofa Bosaka, czy obietnica modernizacji portfeli obywateli.
Wyborcy nie głosowaliby na nich tak chętnie gdyby te ugrupowania już rządziły. Gdyby zdążyły się zużyć. Nie da się obu Konfederacji, jak niegdyś Pawła Kukiza, trwale i skutecznie osłabić jako opozycjonistów, grając na marginalizację czy wywołanie rozłamu. Rzemiosło bycia opozycją opanowały już bowiem w zaawansowanym stopniu.
Oba ugrupowania są po prostu przede wszystkim beneficjentami politycznego podziału na „stare” i „nowe”. Są nową Trzecią Drogą. Media workerzy mogą więc popadać w „demokratyczną trwogę”, alarmować o „brunatnej fali”, obrażać się na wyborców za to, że poparcie dla nich rośnie, czy postulować jak Jacek Żakowski wobec Andrzeja Leppera 20 lat temu wrzucenie ich do „dołu z wapnem”. Nic to nie da.
Droga Andrzeja Leppera
Przykład Leppera jest tu zresztą symptomatyczny. Można było go obrzucać najgorszym chłamem a i tak dorwał się do cugli władzy. Dopiero gdy okazało się, że za trybunem ludowym stoi nie tyle leczenie potransformacyjnych ran, ile weksle in blanco, oskarżenia o łapówkarstwo i seksafery, Samoobrona trwale straciła poparcie i w 2007 roku wypadła z Sejmu.
Nie sugeruję, że podobne skandale mogłyby się wydarzyć, gdyby Konfederacje doszły do władzy. Sugeruję jedynie, że podobnie jak Lepper są one beneficjentami faktu, że pozostają głosem sprzeciwu, a nie częścią status quo.
Oczywiście życie, w tym polityczne, pełne jest „czarnych łabędzi”. Dlaczego nie założyć na przykład, że drużynę Brauna przerośnie organizacja przed wyborami parlamentarnymi, a Konfederacja nie dotrwa do nich bez wewnętrznego rozłamu?
Sytuacje te wydają się jednak z perspektywy PiSu bardziej pobożnymi życzeniami niż realnymi scenariuszami czyhającymi za rogiem.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
