„Liberalna edukacja prowadzi do nihilizmu”. Kim był filozof Allan Bloom?
„Większość zawsze będzie powierzchowna – czy to w Hajnówce, czy w Bowling Green w Kentucky – ponieważ podział biegnie wzdłuż innej zgoła linii, a mianowicie między głupotą a mądrością lub dążeniem do niej. Ten podział ma charakter uniwersalny i ahistoryczny. Nie, nie każdy nadaje się do myślenia, nie każdemu sprawia ono frajdę”. Przemysław Batorski rozmawia z prof. Piotrem Nowakiem, filozofem i wydawcą pierwszego przekładu dzieł zebranych Allana Blooma na język polski.
Przemysław Batorski: Jak doszło do tego, że Amerykanie są – jak twierdzi Allan Bloom – ubożsi wewnętrznie niż kiedyś? Czego im brakuje?
Piotr Nowak: Chcąc rozmawiać o Ameryce Blooma, musimy naprzód ustalić, czy jego osąd, rozumienie sytuacji, na którą musiał jakoś reagować – myślę tu o czasach, w jakich tworzył, a więc o późnych latach 60., 70. i 80. ubiegłego wieku – ma charakter uniwersalny czy jedynie historyczny.
Jeśli to drugie, możemy dowiedzieć się z jego tekstów jedynie czegoś ciekawego o ruchach hippisowskich, przemianach uniwersytetu w dobie Woodstock, jazzie czy lekturach ówczesnych studentów. Natomiast niczego nie dowiedzielibyśmy się z nich ani o Ameryce nam współczesnej, ani o tej dawniejszej, on sam zaś zakończyłby swój żywot jako temat miernej pracy magisterskiej, podobnie jak cała rzesza wpływowych niegdyś uczonych, o których nikt już dziś nie pamięta.
Jeśli podjąłem się wydania w języku polskim Pism zebranych Allana Blooma (nawiasem mówiąc, to chyba pierwsze na świecie takie przedsięwzięcie), to w przekonaniu o uniwersalnym znaczeniu jego twórczości. Ponieważ jestem nauczycielem akademickim, podam przykład ze swojego podwórka. Bloom wskazywał na fatalny, jego zdaniem, kierunek, w którym podąża uniwersytet. Owszem, mamy w nim do czynienia z otwartością – mówi Bloom. Studenci bez tremy i uprzedzeń podchodzą do największych tekstów filozoficznych.
Tyle że ta otwartość nie wiedzieć kiedy zmienia się u nich w obojętność, wspomniany brak tremy wyklucza zaś jakikolwiek respekt dla the Great Books. Obojętność ta idzie ramię w ramię z niewiedzą i arogancją, największe pomniki kultury europejskiej są kartkowane i zapominane. Czy coś się zmieniło od czasów Blooma? Zgoła nic albo bardzo niewiele. Degradacja kulturalna ma charakter względnie trwały, diagnoza Blooma – powtarzam – uniwersalny.
Współcześnie negatywne trendy, o których mowa, pogłębiły się wraz z rewolucją cyfrową. Kartkowanie zastąpiło skrolowanie, zamiast nieczytanych kserokopii studenci tworzą w swoich komputerach pliki z tekstami, do których już nigdy potem nie zaglądają.
Rzecz jasna, wszyscy jesteśmy równi – ani lepsi, ani gorsi. We wtorek student czyta Etykę Spinozy, w środę uczy się o sztuce włoskiej od Vasariego, a w czwartek jedzie już na konferencję mówić ze znawstwem i o jednym, i o drugim. Czego nie zrozumiał, może zawsze dosztukować z Wikipedii. Znalezione nie kradzione.
Jeśli się z kimś lub z czymś nie zgadza, nie musi umieć argumentować ani „umierać” za to. Wystarczy, gdy przeniesie się do innej grupy ćwiczeniowej. Myśli pan, że to dotyczy tylko Amerykanów? Ta zaraza rozprzestrzeniła się po całym świecie. Taki rodzaj „amerykanizacji” à rebours.
Amerykanie powoli przytomnieją, zakładają prywatne uniwersytety, w których program wpisany jest sprzeciw wobec poprawnościowej nowomowy, czyli wobec cenzury. Nie wiem, czy to wpływ Blooma, czy powrót zdrowego rozsądku. Jedno nie wyklucza drugiego. Nawet jeżeli dziś jego niegdyś głośne przecież nazwisko nieco wyblakło i przycichło, nie znaczy to, że idee Blooma wyczerpały się. Przeciwnie. Robi się z nich użytek, nawet jeśli nie wymienia się z nazwiska ich autora.
Kto jest odpowiedzialny za choroby amerykańskiej kultury? Locke? Niemieccy filozofowie? Freud? Czy też po prostu chodzi o to, że Amerykanie wszystkie filozofie traktują powierzchownie?
Nie ma jednej Ameryki, jest wiele Ameryk. Co miasto, co stan, to inna kultura. Nie mówiąc o prowincji. Również ośrodki uniwersyteckiego kształcenia są przecież rozmaite: jedni dopiero uczą się czytać i pisać, podczas gdy inni autentycznie poznają świat z całym jego bogactwem, uczą się języków, wyjeżdżają do Europy, wyzbywają się kompleksów zaściankowości.
Kiedyś siedziałem między nieźle wykształconymi Amerykanami, z których przeszło połowa nigdy nie była za granicą. Nie byli dumni z tego powodu. Chcieli dowiedzieć się czegoś więcej o świecie, literaturze. Bardzo dobrze wspominam tamten wieczór, ich pytania, ich jakąś czystą naiwność, zero protekcjonalności („wiem lepiej”) tak typowej dla współczesnego studenta z Polski nawet w stosunku do prowadzącego.
Jest to więc zawracanie głowy z tą amerykańską „powierzchownością”, o której pan mówi. Większość zawsze będzie powierzchowna – czy to w Hajnówce, czy w Bowling Green w Kentucky – ponieważ podział biegnie wzdłuż innej zgoła linii, a mianowicie między głupotą a mądrością lub dążeniem do niej. Ten podział ma charakter uniwersalny i ahistoryczny. Nie, nie każdy nadaje się do myślenia, nie każdemu sprawia ono frajdę.
Allan Bloom w Zamkniętym umyśle twierdzi, że otwartość i niewinność wczorajszej Ameryki została unicestwiona przez europejskie idee, zwłaszcza zaś przez filozofię Nietzschego i Freuda. Powiada on: Ameryka po Nietzschem to już inna Ameryka. Myślę, że taki wniosek wyprowadził Bloom z wykładów Leo Straussa, na które pilnie uczęszczał, a które przetłumaczyłem i wydałem w tym roku.
Bloom uważał (jak Nietzsche, jak Strauss), że ten, kto zatraca władzę wartościowania, wyzbywa się człowieczeństwa. Ludzie nie tylko przestali różnicować między prawdą a blagą czy opinią; zatarła się dystynkcja moralna pozwalająca odróżnić dobro od zła. Różnica w poglądach powinna prowadzić do ich wymiany i ustalenia, na czym polega prawda, ponieważ dziś wszystko podaje się za względne.
Co pan słyszy wokół siebie? Że nie ma prawdy, że nie wolno oceniać; że każdy ma prawo do forsowania swojej własnej opinii; że wszystkie propozycje powinny zostać przyjęte i rozważane na tych samych prawach. A jednak Bloom odpowiedziałby panu, że prawda istnieje; że należy oceniać; nie, nie każdy ma prawo do wyrażania opinii. Nie ma go ten, kto robi to w sposób głupi, nieodpowiedzialny lub agresywny. Również osoby niepoczytalne są go pozbawione albo jest ono im ograniczane.
Bloom raz zgadzał się z Nietzschem, raz nie. Był przekonany, że nietzscheanizm powinien być własnością niewielu, ponieważ konsekwencje jego myśli są straszne (takie okazały się również dla Nietzschego). A więc Nietzsche z konieczności przeznaczony jest – przekonuje Bloom – dla unhappy few, zatroskanych o miasto, państwo, planetę „filozofów przyszłości”, może nawet w jakimś sensie nadludzi. Taki był postulowany przez Blooma elitaryzm filozofii.
On sam zdawał sobie jednak sprawę, że żyje w demokracji i że pieśń Nietzschego poniosła się już dalej, zatruwając słabsze umysły i niszcząc w nich pierwotną naiwność. Potem na fałszywych papierach przedostał się do Stanów Freud, psychologizując naukę Nietzschego o wielkiej mocy nieświadomości. Wiedeński szarlatan wmówił Amerykanom lęki, jakich wcześniej nie mieli, zniszczył ich wyobrażenia o miłości, rodzinie. No i zaczęło się.
Rozpatrzmy się chwilę w pojęciach, ponieważ dziedzictwo niemieckie na amerykańskich uniwersytetach wyraża się przede wszystkim przez rewolucję języka. I tak Freudowi zawdzięczamy sublimację, popęd, nieświadomość, Heglowi – dialektykę i historię, Maxowi Weberowi – styl życia i charyzmę, Nietzschemu – sacrum, mit, relatywizm, nihilizm, amoralizm, Marksowi – ideologię i stosunki ekonomiczno-społeczne, a parze Nietzsche-Heidegger Amerykanie zawdzięczają autentyczność, zaangażowanie, wolę mocy, wreszcie: apologię działania doskonale wpasowującą się w przyrodzony Amerykanom pragmatyzm.
Niezależnie od Blooma pisał o tym Arthur Danto, filozof analityczny i nietzscheanista w jednym. Teraz niech pan to wszystko zestawi ze sobą i zatrzaśnie w stosunkowo młodej kulturze. Z tej fermentacji musiała powstać trucizna. Amerykański nihilizm jest widowiskowy. Na szczęście jest też bardzo powierzchowny.
Bloom pisze, że liberalna edukacja prowadzi do nihilizmu, a nihilizm jest naprawdę chaosem. Współczesny człowiek nie jest „niewierzący”, lecz wierzy w sprzeczności: raz modyfikujemy naturę, innym razem uznajemy ją za świętość. Czy istnieje jakieś lekarstwo na nihilizm?
Wielkość Nietzschego polega na tym, że nie pisał dla efektu. Szukał oryginalnych środków wyrazu do przekazania strasznej prawdy: że jesteśmy sami, że nie ma Boga. Dlatego wszystko się teraz sypie. Bloom mówi, że w nietzscheańskiej proklamacji o śmierci Boga nie słyszy triumfu, lecz rozpacz. W tym sensie on sam jest nietzscheanistą, boleje nad tym, że moc starej wiary ustała i nie ma już wpływu na zwykłych ludzi. To naprawdę źle się skończy, przepowiada. I ma rację.
Bloom niby krytykuje poglądy Nietzschego, ale mam nieodparte wrażenie, że chętnie by się pod nimi – pod niektórymi z nich – podpisał. Nihilizm trzeba bowiem przyjąć i jakoś znieść tę nawałnicę, a wtedy zobaczymy, co z tego wszystkiego zostanie. Przy czym nie ma na co czekać, sytuacje życiowe należy stwarzać, nawet te, które prowadzą do nihilizmu (a wszystkie prowadzą do niego).
Bloom z pewnością był platonikiem. Uzmysławiał nam, że obaj tak skrajnie przeciwstawni myśliciele, jak Platon i Nietzsche schodzili się w jednym: w konsekwentnej krytyce demokracji z jej egalitaryzmem i przerostem racjonalności instrumentalnej. Także w krytyce relatywizmu, który obecnie rozciąga się na wszystkie dziedziny życia społecznego z wyjątkiem cielesności, zdrowia. Tu jesteśmy dogadani, trzymamy się reżimu kopenhaskiej diety i kultury fitness.
Cała szkoła Leo Straussa – jej ideowym fundamentem jest Historia filozofii politycznej pod redakcją Straussa i Josepha Cropseya, którą wydałem po polsku z górą piętnaście lat temu – to antydemokraci. Demokracja nie jest dla nich żadną świętością. Tworzy porządek polityczny. Jeśli tego nie robi, staje się nieefektywna i jest do wymiany. Należy pożegnać się z każdym systemem politycznym, jeżeli przestał chronić ważne dla istnienia wspólnoty wartości.
Allan Bloom był uczniem Straussa, nauczycielem akademickim i bardzo zdolnym pisarzem, jednak część jego znajomych, potem uczniów i uczniów jego uczniów zabrała się za kształtowanie polityki Stanów Zjednoczonych. Mamy więc nihilizm in praxis. Ciekawie się temu przyglądać, dokąd to wszystko zmierza.
Jak możemy uwolnić się z „wyzwolonego” społeczeństwa? Czy Bloom ma jakiś pomysł na korektę liberalnej edukacji albo nową przemianę społeczną?
Powiem o czymś przez porównanie. Inteligencja rosyjska z przełomu wieków znienawidziła Tołstoja za wymagania, jakie jej stawiał. Jego żądania wobec niej były absolutne, nie do spełnienia. Tworzył ideały, którym nikt nie potrafił sprostać. Tym samym dostarczył łatwopalnego materiału pod rewolucję.
W Ameryce – przeciwnie – mamy do czynienia z zaniżeniem oczekiwań wobec człowieka. Studenci nic nie muszą, także zwykłych ludzi zwalnia się od myślenia, zastępują je procedury i maszyny. Paperbacki sprzedaje się na wagę, inne książki czyta się na łapu capu, ahistorycznie, poza kontekstem. Nietzsche jest tak samo dobry jak Smith, a Platon jak Brown. Oczywiście istnieje St. John’s College, uniwersytety z Ivy League, ale to są wyspy.
Przecena wykształcenia bierze się z jego umasowienia. Podlegamy logice „buntu mas”. Różne rzeczy świat mógł przejąć od Stanów, ale wziął akurat tę najgłupszą i zazwyczaj opacznie pojmowaną: równość pomiędzy mądrymi i głupimi wraz z projektem „sztucznego szczęścia sztucznych ludzi”, jaki wymyślił swego czasu John Rawls. Spektakularna rozprawa Blooma z tą „pierwszą filozofią dla ostatniego człowieka”, jak mógłby Nietzsche nazwać rawlsowską Teorię sprawiedliwości, to prawdziwa ozdoba drugiego tomu Historii filozofii politycznej wydanej pod moją redakcją. O co w niej chodzi?
Bloom pokazuje, jak jego akademicki kolega podcina ludziom skrzydła, uniemożliwiając lot tym najbardziej odważnym i przedsiębiorczym. Wszyscy mamy być tacy sami, taki jest wymóg sprawiedliwości, jak rozumie ją Rawls. Widać to choćby na przykładzie listy „dóbr podstawowych”, o których pisze on w swej książce. Co to za dobra? Otóż są nimi wartości, rzeczy, stany i sytuacje pożądane przez osoby racjonalne, potrzebujące ich dla urzeczywistnienia sprawiedliwego wzrostu bez względu na ich szczegółowe plany życiowe.
Rozważmy zatem dobro podstawowe, którym jest zdrowie. Czy da się je rozciągnąć również na Pascala, który umierał na starość przed czterdziestką, myśląc jedynie o zbawieniu duszy, zarazem będąc przekonanym, że choroba i cierpienie są właściwym stanem każdego chrześcijanina? Czy ideę równomiernego bogacenia się można zastosować do osób pokroju świętego Franciszka, które chętniej wyzbywają się bogactwa, aniżeli akumulują je? Cały tekst Blooma zbudowany jest na takich paradoksach, którymi rujnuje on koncepcję Rawlsa.
Pyta pan, jak to wszystko zmienić i obrócić na lepsze, od czego należy zacząć. Na pewno trzeba wyjść poza uniwersytet. Uniwersytet w jego obecnym kształcie jest nieefektywny, nie realizuje celów, do których został powołany. Napisałem o tym dwie książki – Hodowanie troglodytów i Puszkę z Pandorą – gdzie postulowałem zmiany w akademii, odwołując się w nich między innymi do idei Allana Blooma. Na darmo. Zawsze ktoś wiedział „lepiej”.
Dlaczego – by zacytować Blooma – w liberalnym społeczeństwie nie ma już miłości, są tylko „związki”?
Nigdy nie ma miłości w liberalnym społeczeństwie. Miłość, proszę pana, występuje między dwojgiem bliskich sobie osób, czasem też – choć coraz rzadziej – zdarza się w rodzinie. Społeczeństwo nie ma tu nic do rzeczy. Pisałem o tym stosunkowo obszernie we wstępie do pierwszego tomu Pism zebranych Allana Blooma, więc powtórzę tutaj najważniejsze myśli jedynie skrótowo.
Miłość to nie to samo, co stan zakochania, a zakochanie to nie seks. Przynajmniej nie od razu. Zakochanie kojarzy się zwykle z przyjemnością, rzadziej z zobowiązaniem. Gdy przyjemność ustaje, ono również ustaje. Potem rozwód i ponowne odtwarzanie tego samego schematu. Mój starszy kolega właśnie ożenił się po raz szósty. Za każdym razem powodowała nim nadzieja, że teraz będzie już zupełnie inaczej. I zawsze było tak samo.
Kibicuję mu jednak i życzę, aby nareszcie odnalazł miłość. Przekroczył właśnie siedemdziesiątkę. Przez całe życie kierował się zasadą przyjemności. Takie słowa, jak obowiązek, szacunek dla innej osoby, wierność czy odpowiedzialność nigdy nie występowały w jego słowniku. Nie jestem pewien, czy je w ogóle rozumiał. Siedzi się z nim jednak świetnie, ma znakomite poczucie humoru, nie starzeje się, w każdym geście wydaje się osobą spełnioną. Zdobył w życiu powodzenie, więc spodziewa się już tylko braw. Reszta go nie dotyczy. Czy mu zazdroszczę? Nie bardzo, ale też nie zadaję mu kłopotliwych pytań. Spędzamy miło czas.
To chyba Nietzsche powiedział, że „gdyby małżonkowie nie mieszkali razem, dobre małżeństwa byłyby częstsze”. Nie jestem pewien prawdy tych słów. Małżeństwo to jednak zobowiązanie, związek dwóch żywych osób, które próbują się ze sobą nawzajem ułożyć, a nie parada monad bez okien. Co mi po drugiej osobie, skoro nie ma jej, kiedy jej właśnie potrzebuję?
Bliska wydaje mi się rada, której udzielił stary Gombrowicz swojemu młodemu, argentyńskiemu przyjacielowi. „Podstawą małżeństwa nie jest – pisał – ani miłość, ani przyjemność, hmm, hmm, ani wzajemne porozumienie dusz, lecz codzienne obcowanie, które wymaga nade wszystko spokoju, uprzejmości, dobrego humoru. I na tej podstawie dwa istnienia powoli zbliżają się do siebie, przenikają i stają się interesujące jedno dla drugiego”. Przyjemność i namiętności to biologiczny aspekt miłości, dzielimy je ze zwierzętami. W miłości jednak chodzi o uwznioślenie afektu, o wzięcie odpowiedzialności za drugą stronę. Taka miłość okaże się potem silniejsza od śmierci. Każda inna będzie podminowana bowaryzmem, romantyzacją uczucia.
Jaki był profil intelektualny Blooma? Czego możemy się od niego nauczyć?
Cieszę się, że nie muszę go tworzyć. Znajdzie pan taki portret w świetnej powieści Saula Bellowa Ravelstein. Tam jest mnóstwo pikantnych szczegółów z dość swobodnego pod względem obyczajowym życia filozofa. Nie będę ich powielał, kto ciekawy tajemnic alkowy, nich sobie tam zajrzy.
Dla mnie Bloom jest ważny z co najmniej czterech powodów. Dostarczył mi argumentów w sporze o kształt współczesnego uniwersytetu. Obaj przegraliśmy bitwę, ale nie wojnę. Przeczuwam, choć nie mam na to żadnych dowodów, że uniwersytet starego typu, gdy już całkiem zamieni się w korpo, po prostu upadnie. Zostanie upozorowane na nim życie, ale jego samego – życia idei – w nim nie będzie, myślenie wyprowadzi się gdzie indziej, extra muros. To po pierwsze.
Po drugie, dzięki niemu zrozumiałem, że idee mają konsekwencje. Zdaję sobie sprawę, że to cokolwiek sztubackie odkrycie, ale co zrobić, Blooma czytałem już w latach 80. w „Piśmie literacko-artystycznym”, takim dziwnym periodyku ze złymi przekładami. Po trzecie, to Bloom nauczył mnie, że życie i literatura nie są dwoma oddzielnymi światami. Widać to zwłaszcza wtedy, gdy chce się głęboko myśleć i płytko – bez konsekwencji, bez zobowiązań – żyć. To się nie może udać. Wreszcie po czwarte, filozof nie musi być biedny. Im lepiej pisze i myśli, tym bardziej rosną jego szanse stania się milionerem. Na Zamkniętym umyśle Allan Bloom zarobił przeszło milion dolarów.
Bibliografia:
Bellow S., Ravelstein, przeł. Z. Batko, Poznań 2001.
Bloom A., Polityka Platona. Pisma zebrane, red. nauk., przedm., wyb. tekst. P. Nowak, t. II, Warszawa 2025.
Bloom A., Rousseau – Literatura – Platon. Pisma zebrane, t. I, red. nauk., przedm., wyb. tekst. P. Nowak, Warszawa 2024.
Bloom A., Zamknięty umysł. Pisma zebrane, tłum. T. Bieroń., t. VI, [książka w przygotowaniu].
Danto A.C., Nietzsche as Philosopher, New York 2005.
Gombrowicz R., Gombrowicz w Europie. Świadectwa i dokumenty 1963-1969, tłum. O. Hedemann, posł. J. Jarzębski, Kraków 2002.
Nowak P., Hodowanie troglodytów. Uwagi o szkolnictwie wyższym i kulturze umysłowej człowieka współczesnego, Warszawa 2014
Nowak P., Puszka z Pandorą. O kulturze, uniwersytetach i etosie pokolenia ’68, Warszawa 2016.
Rawls J., Teoria sprawiedliwości, przeł. M. Panufnik, A. Romaniuk, J. Pasek, Warszawa 2009.
Strauss L., „Oto słowa Zaratustry” Nietzschego, przeł., red. nauk., wstęp P. Nowak, Warszawa 2026.
Strauss L., Cropsey J., Historia filozofii politycznej, red. nauk., przedm., współprzeł. P. Nowak, Warszawa 2010.
Historia filozofii politycznej. Część druga, red. nauk., wstęp, wyb. tekst., współprzeł. P. Nowak, Warszawa 2016.
Materiał pochodzi z 68. teki czasopisma idei „Pressje” zatytułowanej „Liberalizm marnotrawny”. Trwa zbiórka na jej wydanie.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.
Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.
prof. Piotr Nowak
Przemysław Batorski
