Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Wizjonerom wolno więcej. Dlaczego miliarderzy z Doliny Krzemowej bawią się Tolkienem?

Wizjonerom wolno więcej. Dlaczego miliarderzy z Doliny Krzemowej bawią się Tolkienem? Saruman zaglądający w Palantir, źródło: kadr z filmu „Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia”

Peter Thiel nazwał swoją firmę Palantir, a Palmer Luckey wybrał nazwę Andúril. Wokół technologicznych elit wyrósł cały tolkienowski słownik. Trudno uwierzyć, że to przypadek. Być może mamy do czynienia ze świadomą grą z czytelnikiem, który zna oryginał. Na czym polegają te aluzje?

Kiedy Peter Thiel – obecnie najbardziej hojny darczyńca administracji Donalda Trumpa – zakładał Palantir Technologies, nie wybrał nazwy przypadkowo. Mógł postawić na typowe nazwy sugerujące pogłębianie wiedzy czy technologiczny postęp. Zamiast tego sięgnął po jeden z najbardziej dwuznacznych artefaktów z uniwersum J. R. R. Tolkiena.

Palantíry w świecie wykreowanym przez brytyjskiego pisarza były instrumentami komunikacji, poznania i odpowiedzialnego sprawowania władzy. Tragedia ich użytkowników polegała jednak na tym, że prędzej czy później każdy, kto z nich korzystał, zaczynał wierzyć, że widzi całą rzeczywistość i jest w stanie ją kontrolować.

To dlatego Palantír pozostaje jedną z najbardziej trafnych metafor współczesnego kapitalizmu danych. Modele AI, algorytmy czy systemy analizy informacji również nie muszą fałszować rzeczywistości. Wystarczy selekcja danych, odpowiedni sposób ich prezentacji i przekonanie użytkownika, że patrzy na świat z obiektywnego punktu widzenia.

Trudno wyobrazić sobie bardziej przewrotną nazwę dla firmy, której ambicją jest właśnie organizowanie wiedzy o świecie. Pytanie nie brzmi jednak, czy Peter Thiel znał znaczenie tej nazwy. Pytanie brzmi, czy właśnie dlatego ją wybrał.

Tolkien kształtuje język elity

Wokół Thiela wyrósł cały tolkienowski słownik. Pojawiły się nazwy firm takie jak: Valar Ventures (od anielskich istot, mających kształtować świat i pomagać innym rasom), Mithril Capital (rzadki metal ze Śródziemia), Rivendell („głęboka dolina w rozpadlinie”), a w końcu również Arda (elfickie wyrażenie na królestwo).

W 2025 roku do tej listy dołączyła również „Samotna Góra” – Erebor, czyli bank tworzony z myślą o świecie AI, kryptowalut i przemysłu obronnego. Palmer Luckey, inny z baronów AI, nazwał swoją firmę produkującą autonomiczne systemy uzbrojenia Anduril Industries – od miecza Aragorna.

To już nie przypadek czy seria popkulturowych żartów. Tworzony jest spójny język środowiska, które coraz częściej przedstawia siebie jako elitę odpowiedzialną za przyszłość Zachodu. Technokraci nie opowiadają o sobie wyłącznie jako o twórcach kolejnych start-upów.

W ich własnej narracji stają się strażnikami cywilizacji, ludźmi zdolnymi dostrzec zagrożenia niewidoczne dla innych i podejmować decyzje, których demokratyczne społeczeństwa nie potrafią już podjąć. Twórczość Tolkiena dostarcza im do tego przekazu gotowej mitologii.

Dlaczego jednak środowisko budujące systemy masowej analizy danych, sztuczną inteligencję i technologie wojskowe tak konsekwentnie sięga po symbole autora, który całe życie ostrzegał właśnie przed pokusą technokratycznej pychy?

Na pierwszy rzut oka wygląda to jak paradoks. Być może jednak Peter Thiel i inni jemu podobni rozumieją Tolkiena znacznie lepiej niż sądzą ich krytycy.

Hołd nerdów? Nie, to kod kulturowy

Najprostszym wyjaśnieniem byłoby uznanie, że utożsamiają się oni z bohaterami Tolkiena. We własnym mniemaniu budują bowiem technologie mające zwiększyć konkurencyjność Zachodu względem potężnych technologicznie Chin. W takim odczytaniu Palantir jest narzędziem dobra, zaś Andúril – prawdziwym mieczem sprawiedliwości.

Ale dlaczego właśnie Tolkien? Dlaczego nie Frank Herbert czy Isaac Asimov? Dlaczego środowisko, które zwykle deklaruje przywiązanie do inżynierskiego pragmatyzmu, tak konsekwentnie sięga po język mitu?

Odpowiedzi należy poszukiwać w środowisku intelektualnym, z którego wyrósł Peter Thiel. W końcu od lat fascynuje go Leo Strauss – filozof przekonany, że wielkie teksty polityczne posiadają dwa poziomy znaczeń.

Jeden, egzoteryczny, przeznaczony dla większości odbiorców. Drugi, ezoteryczny – zrozumiały jedynie dla tych, którzy dysponują odpowiednimi kompetencjami kulturowymi. Strauss twierdził, że najwybitniejsi autorzy często ukrywali swoje najważniejsze przekonania pod warstwą pozornie niewinnych aluzji.

W tym sensie nazwy firm technologicznych są swoistymi sygnałami rozpoznawczymi. W tym przypadku dla czytelników Tolkiena, u których Palantir wywołuje skojarzenia z iluzją wszechwiedzy, polityczną manipulacją i przekonaniem, że istnieje punkt obserwacyjny pozwalający objąć wzrokiem całą perspektywę.

Elitarna ironia

Tłumaczenie, że wspomniani założyciele technologicznych molochów błędnie zrozumieli tolkienowski przekaz to wyraz skrajnej naiwności.

Bowiem, co jeśli zrozumieli oni symbolikę doskonale? Czy to sprawia, że my – przeciętni użytkownicy technologicznych „darów” – jeszcze bardziej mamy się czego obawiać?

Jeżeli założymy interpretację nazewnictwa właśnie przez pryzmat Straussa, możemy uznać, że jest to intelektualna prowokacja, skierowany do odbiorców czytających podobne książki.

Nie mamy oczywiście dowodów na to, że jesteśmy adresatami tego elitarnego dowcipu, ale trudno nie zauważyć, że taka interpretacja zaskakująco dobrze współgra ze sposobem myślenia, z którego znany jest Thiel.

Od lat powtarza on, że „konkurencja jest dla przegranych”. Dając tym samym wyraz swojemu przekonaniu, że najlepszą strategią w biznesie jest dążenie do monopolu, a nie „bezsensowna” walka z konkurencją. W przeszłości natomiast wielokrotnie krytykował liberalną demokrację za brak zdolności do podejmowania odważnych decyzji.

Podobny sposób myślenia odnajdziemy u René Girarda, którego Thiel od lat uważa za jednego ze swoich najważniejszych intelektualnych mistrzów. Girard przekonywał, że rywalizacja rodzi się z naśladownictwa, a wspólnoty budują swoją tożsamość wokół wspólnych zagrożeń.

Schemat ten opisuje sposób myślenia Doliny Krzemowej. W jej optyce Chiny, biurokracja, administracyjne regulacje, zachowawcze elity czy „stagnacja”, blokują rozwój cywilizacji w ich własnym rozumieniu.

Po drugiej stronie tej opowieści mają stać przedsiębiorcy technologiczni. Ci nieliczni „wizjonerzy”, którzy dostrzegają prawdziwą stawkę gry i działają, tam gdzie inni wciąż się wahają. Jednocześnie żywią oni przekonanie, że reguły, które obowiązują resztę społeczeństwa, ich nie dotyczą.

To właśnie tutaj Tolkien jest kimś w rodzaju niewygodnego świadka. Bowiem cała jego twórczość jest polemiką z przeświadczeniem, że istnieją ludzie tak mądrzy, iż wolno im przekroczyć granice obowiązujące pozostałych.

Technokraci w służbie zła?

Jest jednak jedna postać, której imienia nikt z Doliny Krzemowej prawdopodobnie nigdy nie umieści na fasadzie swojej firmy. Nie jest nią Sauron – główny antagonista Władcy Pierścieni. Jest nią Saruman.

Jeśli potraktujemy Tolkiena nie tylko jako autora literatury fantasy, lecz także jako myśliciela politycznego, to właśnie Saruman okaże się najtrafniejszym archetypem współczesnego technokraty.

Postać ta nie zaczyna jako tyran ani sługa zła. Jest uczonym, ekspertem i najpotężniejszym spośród czarodziejów. Kimś kto uważa, że dzięki swojej wiedzy rozumie świat lepiej od innych i potrafi podejmować za nich decyzje.

Odrzucając ograniczenia, jakie narzuca moralizatorstwo „jasnej strony mocy”, dochodzi do przekonania, że zła nie da się pokonać, przestrzegając reguł obowiązujących w czasach pokoju. Trzeba przejąć narzędzia przeciwnika, nauczyć się nimi posługiwać i wykorzystać je lepiej niż on sam.

J. R. R. Tolkien pokazywał w ten sposób wyraźnie, jak cienka jest granica między odpowiedzialnością a pychą. Saruman nie przegrywa dlatego, że pragnie zła, ale dlatego, że wierzy, iż jest odporny na deprawację, jaką niesie użycie pewnych środków.

Ostrzeżenie zamienione w emblemat

Rozwój sztucznej inteligencji, systemów analizy danych na skalę masową czy autonomicznych technologii wojskowych przedstawiany jest jako zadanie wymagające szczególnych kompetencji i odrzucenia skrupułów, które rzekomo mają krępować demokratyczne społeczeństwa.

Dla technokratów – którzy jeszcze do niedawna od roli szepczących w polityczne uszy lobbystów, a dziś przeszli do bycia niejako stronami w czasie szczytów takich jak G7 – narracja ta jest wysoce atrakcyjna.

Tymczasem Tolkien był jednym z najbardziej antymodernistycznych pisarzy XX wieku. Nie ufał industrializacji ani przekonaniu, że rozwój techniczny idzie w parze z rozwojem moralnym. Paradoksalnie to właśnie wydajność, optymalizacja i powszechna kontrola stały się najważniejszymi „cnotami” technokratów.

Ostrzeżenie przed pychą stało się emblematem tejże pychy. Przestroga przed iluzją wszechwiedzy została zamieniona w markę firm budujących technologie, których ambicją jest widzieć więcej (patrz. promocja „Meta okularów”), wiedzieć więcej (screeny twojego ekranu co kilka sekund wykonywane przez funkcję „Windows Recall”) i przewidywać więcej niż reszta świata.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.