Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Dobre chęci to za mało. O konstytucjonalizmie dobra wspólnego Adriana Vermeulego

Dobre chęci to za mało. O konstytucjonalizmie dobra wspólnego Adriana Vermeulego autor ilustracji: Marek Grąbczewski

Pojedyncze nuty utworu Adriana Vermeulego brzmią miło dla uszu konserwatystów. Nie zmienia to jednak faktu, że jego teoria konstytucjonalizmu dobra wspólnego może służyć jako uzasadnienie dla osłabiania mechanizmów, które przez wieki chroniły obywateli przed władzą. Choć liberalny gorset legalizmu jest czasami zbyt ciasny, wciąż pozostaje najlepszym narzędziem ograniczania arbitralności rządzących.

U podstaw każdego porządku prawnego leży określona filozofia polityczna. Marek Piechowiak stwierdził, że w przypadku polskim, to art. 1 Konstytucji RP – który definiuje Rzeczpospolitą jako dobro wspólne wszystkich obywateli – formułuje zasadę ustrojową, wyrażającą „filozofię państwa”. Co jednak, gdyby potraktować tę zasadę jako zasadę naczelną? Za swego rodzaju normę norm?

Taki postulat względem konstytucjonalizmu wysuwa Adrian Vermeule i wokół takiego założenia konstruuje swoją teorię konstytucjonalizmu dobra wspólnego (common good constitutionalism). Jego projekt jest ambitną próbą odrzucenia liberalnego paradygmatu w naukach prawnych. Ale czy udaną?

Powrót do korzeni

Vermeule wychodzi od pytania, wydawałoby się, czysto akademickiego: czym właściwie ma być prawo? Czy jego zadaniem jest tylko zabezpieczanie wolności obywateli – tak jak chce tego liberalna tradycja konstytucyjna, która wyrosła z nieufności wobec absolutyzmu? A może prawo powinno robić coś więcej, czyli – jak myśleli starożytni – aktywnie prowadzić obywateli ku szczęściu, rozkwitowi i dobru wspólnemu?

Odpowiedź Vermeulego jest jednoznaczna. Autor sięga do tradycji prawa rzymskiego, kanonicznego i klasycznej filozofii politycznej – do dziedzictwa, które nazywa ius commune – i twierdzi, że współczesny konstytucjonalizm liberalny zdradził tę spuściznę. Jego zdaniem prawo powinno wrócić do swoich korzeni i znów pełnić rolę narzędzia urzeczywistniającego dobro wspólne całej politycznej wspólnoty.

Punktem wyjścia jest klasyczne rozróżnienie na lex – prawo stanowione przez władzę – i ius – porządek prawny rozumiany szerzej, zakorzeniony w prawie naturalnym. Dla Vermeulego prawo pozytywne nigdy nie jest po prostu rozkazem suwerennej władzy, kaprysem rządzących.

Powinno być podporządkowane wyższym, uniwersalnym zasadom sprawiedliwości. To echo średniowiecznej formuły św. Tomasza z Akwinu, według której prawo to „rozporządzenie rozumu dla dobra wspólnego”.

Samo dobro wspólne Vermeule definiuje w opozycji do liberalnego, utylitarystycznego myślenia algebraicznego – odrzuca pomysł, że jest ono po prostu sumą interesów jednostek. Dobro wspólne, twierdzi, jest niepodzielne, jakościowo różne od dóbr indywidualnych, choć ściśle z nimi powiązane: kto zabezpiecza dobro całej wspólnoty, zabezpiecza też dobro każdego z jej członków.

Posługuje się przy tym metaforą drużyny piłkarskiej – zwycięstwo zespołu nie sprowadza się do sumy indywidualnych występów zawodników, jest czymś więcej.

Na tym poziomie ogólności trudno się spierać. Każdy chyba zgodzi się, że sprawiedliwość, pokój i dobrobyt to wartości, które prawo powinno wspierać. Diabeł, jak zwykle, tkwi w szczegółach – a właściwie w tym, kto i na jakiej podstawie ma owe szczegóły ustalać.

Koniec sędziokracji

Vermeule nie ukrywa, że jego zdaniem uszczegółowienie ogólnych zasad prawa naturalnego – proces, który za św. Tomaszem nazywa determinatio – powinno należeć przede wszystkim do silnej władzy wykonawczej, a konkretnie do biurokracji. To administracja, tzn. urzędnicy agencji rządowych, mają być głównymi „architektami” konkretyzującymi ogólne cele wyznaczone przez ustawodawcę.

A sądy? Mają znać swoje miejsce w trójpodziale. Vermeule podnosi postulat powściągliwości sędziowskiej – władza sądownicza powinna ustąpić miejsca administracji i ingerować tylko wtedy, gdy ta przekroczy granice racjonalności w sposób rażący.

Innymi słowy: dopóki urzędnik działa w miarę rozsądnie, sąd nie powinien się wtrącać, nawet jeśli nie potrafi przekonująco uzasadnić, dlaczego wybrał akurat takie, a nie inne rozwiązanie spośród wielu możliwych.

To moment, w którym warto się zatrzymać. W tradycyjnym trójpodziale władzy to właśnie niezawisłe sądy stanowią ostatnią linię obrony obywatela przed nadużyciami administracji. Vermeule proponuje, byśmy tę linię obrony znacząco osłabili – w zamian za obietnicę, że władza wykonawcza, kierując się dobrem wspólnym, sama będzie działać rozważnie.

Prawa jednostki a dobro wspólne

Zmienia się rola, jaką Vermeule wyznacza prawom i wolnościom obywatelskim. W liberalnej tradycji konstytucyjnej uprawnienia jednostki są traktowane jako coś, co władza musi respektować niezależnie od tego, czy akurat jej to pasuje. W sytuacji konfliktowej, interes jednostki musi być równoważony z interesem ogółu.

Vermeule odwraca tę logikę. W jego ujęciu prawa jednostki nie są przeciwwagą dla interesu wspólnoty, lecz są mu podporządkowane. Nie istnieje, jak twierdzi, prawo sprzeczne z dobrem wspólnym – a to oznacza, że staje się ono swoistym „ogranicznikiem ograniczeń”, najwyższą instancją decydującą, gdzie kończą się wolności obywatela.

Brzmi to abstrakcyjnie, dopóki nie przejdziemy do konkretów – a tych Vermeule, trzeba przyznać, nie unika, choć formułuje je dość ostrożnie. Broni tradycyjnego, wyłącznie heteroseksualnego rozumienia małżeństwa, twierdząc, że jego cel – prokreacja i trwałość wspólnoty – wynika wprost z prawa naturalnego, a uznanie związków jednopłciowych nazywa próbą rozbicia naturalnej instytucji „siłą woli” w imię programu liberacjonistycznego.

Krytykuje amerykańskie orzecznictwo dotyczące prawa do aborcji, domagając się uznania konstytucyjnego prawa do życia od poczęcia. Postuluje też odrzucenie tego, co nazywa „ideologią wolności słowa” – przekonania, że państwo nie powinno oceniać moralnej wartości wypowiedzi publicznych, dając do zrozumienia, że niektóre formy ekspresji – wymienia choćby bluźnierstwo – powinny podlegać większej kontroli.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że za fasadą uniwersalnych, klasycznych kategorii kryje się dość konkretny, konserwatywny program polityczny, wciśnięty w język filozofii prawa.

Symptomatyczne jest też słownictwo, którym posługuje się Vermeule. Mówi nie o obywatelach, lecz o poddanych. Na pewno nie jest przywiązany do demokracji. Deklaruje on „agnostycyzm” co do formy ustroju – monarchia, republika, system parlamentarny, wszystkie mogą w jego ujęciu służyć dobru wspólnemu albo je niszczyć. Właśnie dlatego demokracja musi się wytłumaczyć przed dobrem wspólnym, a nie odwrotnie.

Najsłabszym punktem całej konstrukcji jest pytanie, które samo nasuwa się czytelnikowi: skąd właściwie mamy wiedzieć, na czym polega realizacja dobra wspólnego?

Vermeule kwieciście opisuje formalne kryteria – racjonalność, sprawiedliwość, orientację na rozwój wspólnoty – ale nie proponuje żadnej wiarygodnej metody, która pozwoliłaby w sposób intersubiektywny i sprawdzalny ustalić, jakie konkretnie działania władzy rzeczywiście temu dobru służą.

W takiej sytuacji pojęcie dobra wspólnego grozi staniem się pustym naczyniem, które każda rządząca ekipa wypełni własnymi preferencjami politycznymi – ogłaszając je przy tym nie jako swój partykularny program, lecz jako nakazy wynikające w sposób oczywisty z prawa naturalnego.

Marzenie konserwatysty koszmarem dla prawa?

Powrót do prawa naturalnego, ograniczenie sędziokracji, nawoływanie do sprawczego państwa, które nie boi się działać, zdjęcie jednostki z piedestału i dowartościowanie myślenia wspólnotowego. Nie będzie kontrowersją stwierdzenie, że pojedyncze nuty utworu Vermeulego brzmią miło dla ucha konserwatysty.

Czy jednak faktycznie chcielibyśmy, żeby wola przejęła prymat nad prawem? Bo przecież do tego sprowadza się ta wizja. Z jednej strony osłabione sądy, które nie powinny zbyt mocno kontrolować administracji. Z drugiej – brak jasnych kryteriów pozwalających ocenić, czy administracja rzeczywiście działa w interesie wspólnoty, czy tylko się na niego powołuje.

W rezultacie ten, kto sprawuje władzę, zyskuje w praktyce monopol na definiowanie tego, co dobre – pod płaszczykiem neutralnej, klasycznej filozofii prawa. Krytycy Vermeulego, tacy jak Jan-Werner Müller czy Bruce Frohnen ostrzegają, że to projekt ustroju, w którym jedyną gwarancją przed nadużyciem władzy pozostaje wiara w dobre intencje rządzących, ich racjonalność i przywiązanie do dobra wspólnego.

Vermeule sam zresztą, z rozbrajającą szczerością, przyznaje, że „domagać się pewności, to prosić o więcej niż może zaoferować dowolny system rządów”. To zdanie, choć brzmi pokornie, w istocie obnaża słabość całego projektu – bo to właśnie systemowa pewność, instytucjonalne mechanizmy kontroli, a nie zaufanie do mądrości i dobrej woli rządzących, od stuleci stanowią fundament konstytucjonalizmu chroniącego obywateli przed tyranią.

Dobre pytania, gorsze odpowiedzi

Można by machnąć ręką – w końcu to spór akademicki, toczony głównie w murach amerykańskich uczelni, może nawet obcy dla europejskiej jurysprudencji, bo przecież osadzony w realiach zupełnie innej kultury prawnej. Byłby to jednak błąd.

Pytania, które stawia Vermeule – o granice władzy sądowniczej, o swobodę władzy, o relację między prawami jednostki a interesem zbiorowym, wreszcie o to, czy demokracja jest wartością samą w sobie, czy jedynie narzędziem, które można odłożyć na bok, gdy „okoliczności” tego wymagają – to pytania, z którymi mierzymy się i na Starym Kontynencie.

Pojawiają się, w takiej czy innej formie, w każdej debacie o kondycji państwa prawa, także w Polsce, gdzie spory o granice władzy, niezależność sądów i miejsce wartości konstytucyjnych w prawie pozytywnym znamy aż nadto dobrze z ostatnich lat.

Konstytucjonalizm dobra wspólnego pokazuje, jak łatwo szlachetnie brzmiące hasła – dobro wspólne, rozkwit wspólnoty, sprawiedliwość – mogą posłużyć jako uzasadnienie dla osłabiania mechanizmów, które przez wieki chroniły obywateli przed władzą.

Liberalny konstytucjonalizm, mimo wszystkich swoich słabości, które Vermeule trafnie wytyka – fetyszyzm indywidualizmu, ślepota na nadużycia aktorów prywatnych, jurystokracja – wciąż pozostaje najlepszym znanym nam narzędziem ograniczania arbitralności rządzących.

Być może liberalny gorset legalizmu jest czasami zbyt ciasny. Może czasami państwo działa przez to za wolno. Zgadzam się z tym. Mimo wszystko jedynie prawo, którego nie można naginać, w imię dobra wspólnego, racji stanu, wyższej konieczności, daje przynajmniej pewność przed całkiem arbitralnym uciskiem.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.