Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Pytania do liberałów o liberalizm

przeczytanie zajmie 12 min
Pytania do liberałów o liberalizm autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Czy liberalizm jest w odwrocie, czy po prostu stoi przed koniecznością głębokiej redefinicji? W debacie spotykają się dwie różne tradycje myślenia o wolności, państwie i demokracji. Prof. Jan Zielonka i Łukasz Warzecha zastanawiają się nad źródłami kryzysu liberalizmu, jego największymi słabościami oraz tym, czy ta idea może jeszcze wyznaczać kierunek rozwoju współczesnych społeczeństw.

Czy są panowie liberałami?

Łukasz Warzecha: Od początku mojej obecności w życiu publicznym reprezentuję nurt konserwatywnego liberalizmu. Połączenie konserwatyzmu i liberalizmu wiele osób uważa dzisiaj za niemożliwe, traktuje tę postawę jako anachronizm wywodzący się z okresu wykuwania się praktycznych paradygmatów politycznych na początku lat 90. Nie zgadzam się z tą oceną, podkreślam, że pojęcie liberalizmu jest dzisiaj traktowane bezzasadnie rozszerzająco, a właściwie wprost fałszowane.

Słowo „liberał” uznaje się za rodzaj obelgi, odnosi się je głównie do kwestii światopoglądowych. Z mojego punktu widzenia zaś dotyczy ono przede wszystkim dwóch dziedzin: gospodarczej (tutaj mówimy o klasycznym liberalizmie wywodzącym się od Adama Smitha, którego kontynuatorem była zwłaszcza austriacka szkoła ekonomii z tak wybitnymi przedstawicielami jak  Carl Menger, Ludwig von Mises, Fryderyk Hayek) oraz wolności obywatelskich.

Pierwszą z nich nie tylko daje się bez najmniejszego problemu pogodzić w prawie wszystkich przypadkach z konserwatywnym światopoglądem, ale wręcz jedno nie istnieje w pełni bez drugiego. Człowiek wolny, który rozumie wartość własnej pracy i gromadzi majątek z myślą o jego trwałości, zachowaniu i przekazaniu kolejnym pokoleniom, aby te mogły go pomnażać, niejako z automatu staje się zwolennikiem konserwatywnej polityki. Zależy mu na tym, aby państwo było stabilne i w swoich podstawowych – podkreślam: podstawowych – funkcjach silne. Człowiekiem zaś pozbawionym majątku i uzależnionym od państwa znacznie łatwiej jest manipulować i robić z niego groźnego rewolucjonistę, co historia doskonale pokazała.

W przypadku wolności obywatelskich pojawia się dzisiaj napięcie przede wszystkim między nacjonalizmem brnącym w upodobanie do etatyzmu a klasycznym liberalizmem, który wysoko – aczkolwiek niekoniecznie najwyżej – stawia wolność jednostki. Wychodzę z założenia, że podstawą dla szacunku do własnego państwa musi być relacja zwrotna: państwo także musi szanować obywatela. Szacunek ten nie polega jednak na wymuszaniu rozmaitych postaw życiowych czy mnożeniu zakazów lub nakazów.

Tylko państwo szanujące autonomię i wolność własnych obywateli może być państwem silnym i przez tych obywateli szanowanym. Siła narzucona to, by sięgnąć po słynne słowa Napoleona Bonaparte, siedzenie na bagnetach. Nie da się w tej pozycji długo trwać.

Jestem bardzo krytyczny wobec silnie zaznaczającego się w ostatnim czasie, zwłaszcza na narodowej prawicy, trendu do wynoszenia na piedestał tzw. polityk publicznych czy pochwalania agresywnego etatyzmu. Wychowywanie dorosłych ludzi nie jest rolą państwa. Może ono natomiast, a nawet powinno, w ograniczonym zakresie tworzyć warunki, w których pewne idee i postawy będą promowane. Nie może to jednak polegać na systemie nakazów i zakazów, ta metoda będzie bowiem kontrproduktywna.

Trzeba wyodrębnić fundamentalne reguły, których egzekwowanie nie jest tożsame z zakazami i nakazami. Dla przykładu: istnienie fundamentalnej dla społeczeństwa kategorii małżeństwa wyłącznie jako związku kobiety i mężczyzny nie jest pogwałcaniem wolności obywateli, bo nikt nie zabrania im – i nie powinien zabraniać – funkcjonować w innego rodzaju związkach, które jednak nie mogą mieć statusu małżeństwa lub przypominającego małżeństwo.

Prof. Jan Zielonka: Zdecydowanie uważam się za liberała, ponieważ identyfikuję się z liberalnym zespołem norm i wartości, takich jak wolność, równość, tolerancja polityczna i kulturowa oraz neutralność religijna państwa. W polityce międzynarodowej liberalizm promuje integrację europejską, wolny handel i dyplomatyczny multilateralizm – idee, które popieram z pełnym przekonaniem.

Podpisuję się również pod liberalną koncepcją demokracji, zgodnie z którą władza jest podzielona między parlament, rząd i niezależne sądy. Niezależność powinna przysługiwać także mediom oraz różnego rodzaju stowarzyszeniom obywatelskim. Wybory muszą być wolne i równe dla wszystkich uczestników procesu politycznego, a rządy prawa powinny stanowić fundament systemu politycznego.

Liberalne państwo prawa powinno gwarantować szeroki katalog wolności osobistych i gospodarczych. Prawa mniejszości muszą być chronione konstytucyjnie i respektowane w praktyce. Do podstawowych wartości liberalnych należy również rozdział Kościoła od państwa, podobnie jak wolność religijna.

Bliski jest mi także sposób, w jaki liberałowie chcą zmieniać świat. Liberalizm odrzuca rewolucję, zwłaszcza tę opartą na przemocy. Nie można uznać, że cel uświęca środki. Proces wprowadzania zmian jest równie ważny jak ich rezultat. Liberalna recepta na reformy opiera się na dialogu, kompromisie i współpracy.

Ten katalog liberalnych norm i wartości jest szeroki. Przez dekady łączył tak różne ugrupowania polityczne, jak socjaldemokracja i chadecja. Dziś jednak obie te tradycyjne formacje znajdują się pod presją polityków nieliberalnych zarówno z lewej, jak i z prawej strony sceny politycznej. W jednej ze swoich książek pisałem wręcz o antyliberalnej kontrrewolucji, która odrzuca nie pojedyncze wartości czy normy, lecz cały liberalny pakiet ideowy.

Oczywiście ktoś może powiedzieć, że Donald Trump czy Viktor Orbán również deklarują przywiązanie do wolności, że PiS czy Die Linke odwołują się do równości, a Marine Le Pen czy Geert Wilders mówią o rządach prawa. W rzeczywistości jednak liberałowie i ich przeciwnicy mają zupełnie odmienne rozumienie normalności i racjonalności w polityce.

Stawiają na piedestale innych bohaterów, cenią inne książki, muzykę i filmy, a także posługują się odmiennym językiem i stylem komunikacji. W takiej sytuacji coraz trudniej prowadzić dialog, budować wzajemne zaufanie czy realizować wspólne cele. Dlatego dziś nie sposób mówić o wspólnym interesie państwa, Europy czy narodu.

Jakie słabości liberalizmu jako nurtu myślowego mogą panowie wskazać?

Łukasz Warzecha: Moja krytyka dotyczy przede wszystkim nie liberalizmu, ale bardziej libertarianizmu, choć ten nurt myślowy szanuję i uważam za cenny. Libertarianizm zbyt mocno jednak kwestionuje rolę państwa, a w niektórych przypadkach kategorię interesu publicznego. Sprzeciw wielu libertarian wobec restrykcyjnej polityki imigracyjnej, a nawet jakiejkolwiek polityki imigracyjnej – takie stanowisko jest dość rozpowszechnione nie tylko w polskich kręgach libertariańskich – to modelowy przykład.

Natomiast gdy idzie o liberalizm, połączenie go z konserwatyzmem sprawia, że w moim przekonaniu dobrze wyważa się kategorie dobra wspólnego i dobra indywidualnego. Obce są mi skrajności, a więc zarówno twierdzenie, że samoistne dobro wspólne na poziomie państwa i narodu nie istnieje, a może być jedynie sumą indywidualnych korzyści i potrzeb, jak i twierdzenie, że indywidualne cele muszą być bezwzględnie podporządkowane wspólnemu dobru definiowanemu przez państwo.

Trzeba pamiętać, że państwo nie jest jedynie bytem abstrakcyjnym. To również, a może przede wszystkim, aparat polityczny i urzędniczy obsadzany przez ułomnych ludzi, którzy z racji samego zajmowania państwowego stanowiska nie stają się nadludźmi wolnymi od wad czy pokus.

Prof. Jan Zielonka: Moim zdaniem problemem nie są wartości, jakim hołduje liberalizm, lecz polityka liberalnych rządów, które wartości te stopniowo dewaluowały, a niekiedy wręcz zdradzały.

U swoich początków liberalizm był próbą ograniczenia absolutnej władzy monarchy. Po II wojnie światowej partie liberalne przejęły jednak władzę w większości państw europejskich, a każda władza ma tendencję do podporządkowywania norm i zasad własnym celom politycznym. Dodatkowo do „rządzącego pociągu” zaczęły wskakiwać środowiska i politycy, którzy rozmywali liberalne ideały.

Przez lata namawiałem liberałów sprawujących władzę do rachunku sumienia i krytycznego spojrzenia w lustro. Nie oznacza to jednak nawoływania do samobiczowania czy odrzucenia pozytywnych aspektów liberalnej wizji człowieka, społeczeństwa i świata. Liberałowie byli często oskarżani o nadmierny indywidualizm, materializm, permisywizm, kosmopolityzm oraz brak zakorzenienia w lokalnej wspólnocie. Zarzuty te są jedynie częściowo uzasadnione.

Nie każdy liberał był przecież ekonomicznym neoliberałem gotowym nagradzać wielkie firmy oraz ich właścicieli kosztem pracowników i konsumentów. Liberałowie – zarówno chadeccy, jak i socjaldemokratyczni – stworzyli systemy opieki społecznej dla szerokich grup mniej zamożnych obywateli, regulacje chroniące uczciwą konkurencję gospodarczą oraz różne formy demokracji lokalnej.

Wielu z nich większy nacisk kładło na pozytywny wymiar wolności („wolność do”), a nie wyłącznie na jej wymiar negatywny („wolność od”). Liberalni filozofowie, tacy jak Michael Walzer czy Philip Selznick, pisali przecież o dobru wspólnym, znaczeniu oddolnych więzi społecznych i sprawiedliwości społecznej.

Nacjonalizm pozostaje dla liberałów jednym z głównych zagrożeń częściowo dlatego, że historycznie prowadził do wojen i pogromów, a częściowo dlatego, że często wiąże się z dyskryminacją mniejszości etnicznych, religijnych czy seksualnych, nie wspominając o migrantach. Warto zauważyć, że wiele z tych zasad pokrywa się z chrześcijańskim kodeksem etycznym, co czyni część krytyki liberalizmu wewnętrznie sprzeczną.

Nie zgadzam się również z często podnoszonym zarzutem, że demokracja liberalna ogranicza władzę obywateli, przekazuje ją instytucjom niewyłanianym w bezpośrednich wyborach, takim jak sądy konstytucyjne, banki centralne czy Komisja Europejska. Banki centralne otrzymały swoje kompetencje po to, aby kolejne rządy nie mogły nagradzać własnych wyborców kosztem przyszłych pokoleń lub przeciwników politycznych.

Bez Komisji Europejskiej i Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości państwa mogłyby bez większych konsekwencji łamać wspólne ustalenia. Praktyka pokazała również, że większości parlamentarne mają tendencję do obchodzenia konstytucyjnych ograniczeń, co uzasadnia potrzebę istnienia niezależnego arbitra w postaci trybunałów konstytucyjnych.

Nie zgadzam się także z twierdzeniem, że polityka zagraniczna liberalnych rządów (oparta na dyplomacji, handlu i wymianie kulturowej) była błędem. To właśnie ona przyczyniła się do upadku Związku Sowieckiego, którego potencjał militarny był znacznie większy niż dzisiejszej Rosji Putina. Słabość Unii Europejskiej czy ONZ wynika raczej z ignorowania zasad liberalnych niż z ich nadmiernego przestrzegania.

Polityka otwartych granic dla kapitału, dóbr, usług i siły roboczej uczyniła Europę wyjątkowo zamożną. Nie można obarczać wyłącznie liberałów odpowiedzialnością za to, że owo bogactwo nie zostało sprawiedliwie podzielone. Również politycy antyliberalni nie mogą pochwalić się sukcesami w ograniczaniu potęgi globalnych korporacji technologicznych czy wielkich inwestorów finansowych.

Czy liberalizm przeżywa dziś kryzys? Jeżeli tak, to jaka jest jego przyczyna?

Łukasz Warzecha: Klasyczny liberalizm przeżywa kryzys (mówimy tutaj przede wszystkim o Zachodzie, bo oddziaływanie klasycznych idei politycznych należy rozpatrywać głównie w zachodnim kontekście), a przyczyn tego stanu rzeczy jest wiele. Ich pełne omówienie dalece przekraczałoby wymiary tej ankiety.

Za główny powód można uznać postępujące odzwyczajanie ludzi od samodzielności decyzyjnej, umysłowej i życiowej. Liberalizm to system, który wymaga takiej samodzielności. Daje wolność, ale w zamian nakłada odpowiedzialność za własne działania. Dzisiejszy Zachód kwestionuje ten układ. Na piedestał wynoszone jest bezpieczeństwo kosztem wolności. Jak w przypadku każdego procesu kształtowania ludzkich zachowań, tak i ten zaczął przynosić skutki w postaci coraz powszechniejszej akceptacji antywolnościowego modelu funkcjonowania w społeczeństwie.

Ci, którzy domagają się samodzielności i w zamian są gotowi wziąć na siebie odpowiedzialność za własne działania, pozostają w mniejszości. Model pożądany to dzisiaj głównie ten, w którym państwo steruje obywatelem na różnych polach, zdejmuje z niego odpowiedzialność za jego własne działania. Państwo niańka, a nie państwo nocny strażnik.

Szczególnie interesujące jest połączenie na polskim gruncie antyliberalnego podejścia z tendencją przedstawicieli orientacji narodowej, aby wykorzystywać owo podejście do realizacji prymatu państwa nad indywidualnymi aspiracjami i wolnością jednostek. W tym wypadku inspiracją jest swoiste rozumienie „dobra narodu”.

Można również wskazać przyczyny o zasięgu globalnym, np. chęć zwiększenia kontroli władzy nad obywatelami czy dominacja koncernów, które na odbieraniu ludziom samodzielności lub też na rządowych poczynaniach po prostu zarabiają. To samo zresztą dzieje się w Polsce. Dla przykładu: jeśli obywatelom utrudnia się kupowanie alkoholu, tłumacząc to ich własnym dobrem, to jasne jest, że skorzystają na tym producenci innych używek.

Tu ważna uwaga: wbrew pozorom nie jest to zjawisko paradoksalne, tzn. liberalizm nie staje się ofiarą siebie samego. Okoliczności, w których władza ogranicza możliwości wyboru, a korzysta na tym ten czy inny podmiot, nie mają wiele wspólnego z liberalnym podejściem.

Prof. Jan Zielonka: Mamy dziś do czynienia z kryzysem liberalizmu zarówno jako ideologii, jak i projektu politycznego. Ten drugi wymiar kryzysu wynika z faktu, że partie liberalne coraz częściej przegrywają wybory z ugrupowaniami antyliberalnymi. Jeszcze niedawno różne partie liberalne sprawowały władzę naprzemiennie, a dziś żadna z nich nie może być pewna zwycięstwa nad przeciwnikami reprezentującymi odmienną ideologię.

To prowadzi do kryzysu ideowego polegającego na tym, że politycy liberalni coraz częściej zaczynają naśladować swoich nieliberalnych rywali. Widać to choćby w retoryce dotyczącej migracji, w rosnącym suwerenizmie, protekcjonizmie i nacjonalizmie obecnym także w szeregach partii liberalnych, a nawet w ograniczaniu wolności obywatelskich i praw człowieka. Co więcej, taka polityka bywa wspierana przez część liberalnych intelektualistów, którzy obawiają się, że krytyka „własnych” partii mogłaby wzmocnić antyliberalnych przeciwników.

W rezultacie liberałowie zaczynają myśleć, mówić i działać podobnie jak ich nieliberalni adwersarze, przejmują ich definicje dobra i zła, racjonalności i irracjonalności, bezpieczeństwa i zagrożenia, postępu i regresu. Nie oznacza to oczywiście politycznego pojednania, choć część partii centroprawicowych weszła we współpracę z ugrupowaniami antyliberalnymi, zresztą z ograniczonym sukcesem. Dobrym przykładem jest niedawny upadek koalicyjnego rządu w Holandii pod przywództwem partii Geerta Wildersa.

Dlaczego liberałowie przejmują nieliberalną agendę? Moim zdaniem brakuje im odwagi i wyobraźni, by zaproponować wiarygodną alternatywę wobec programu nacjonalistów i suwerenistów. Ci drudzy oferują powrót do państwa narodowego jako uniwersalnego rozwiązania współczesnych problemów, to recepta dobrze znana wyborcom z przeszłości.

Owa przeszłość bywa oczywiście idealizowana. Państwa, takie jak Polska, wielokrotnie nie były w stanie zapobiec obcej dominacji przybierającej różne formy i niosącej często tragiczne konsekwencje. W języku politycznej propagandy niemal każdą porażkę można jednak przedstawić jako sukces, zwłaszcza gdy odwołuje się do emocji.

Nie każdy wyborca gloryfikuje historię, ale wielu z nich nie dostrzega wiarygodnej wizji przyszłości. Problem w tym, że liberałowie – podobnie jak ich przeciwnicy – nadal postrzegają państwo narodowe jako podstawowego aktora politycznego w świecie cyfrowych połączeń i wielopoziomowych współzależności. Różnica sprowadza się jedynie do przekonania, że system ten będzie działał właściwie pod warunkiem, iż władzę sprawują liberałowie. W efekcie zarówno liberałowie, jak i ich przeciwnicy propagują nostalgiczne wizje rzeczywistości.

Paradoks polega na tym, że partie konserwatywne i nacjonalistyczne są bardziej przekonujące w opowieści o przeszłości. Liberałowie powinni więc przedstawić wiarygodną wizję przyszłości – taką, która da sfrustrowanym, a często wręcz zdesperowanym obywatelom nadzieję na lepsze jutro.

Niestety współczesnemu liberalizmowi często brakuje wyobraźni i odwagi, by taką wizję stworzyć. Kiedy pojawia się intelektualista proponujący nową perspektywę, bywa on szybko uznawany przez liberalne partie i media za niebezpiecznego prowokatora.

Dzieje się tak dlatego, że liberalizm stał się dziś w dużej mierze ideologią i ruchem politycznym broniącym status quo. Po dekadach sprawowania władzy naturalnym odruchem staje się ochrona dotychczasowych osiągnięć. W dłuższej perspektywie może się to jednak okazać strategią zgubną.

Jaka jest przyszłość liberalizmu? Czy świat potrzebuje tej idei?

Łukasz Warzecha: To, że świat bez liberalizmu byłby gorszy, nie budzi moich wątpliwości, wskazałem już wyżej, dlaczego tak uważam. Jedną z konstytutywnych cech człowieka jest wolna wola, która łączy się z ponoszeniem odpowiedzialności za własne wybory. To w moim przekonaniu wspólny fundament idei liberalnej i doktryny konserwatywnej. Aby człowiek mógł wybrać dobro i aby ten wybór miał wartość, człowiek ów musi być wolny.

Na pytanie, jaka jest przyszłość liberalizmu, nie jestem w stanie odpowiedzieć. Żyjemy bowiem w okresie radykalnych przemian skoncentrowanych w wyjątkowo krótkim okresie. Wystarczy uświadomić sobie, że zaledwie trzy lata temu modele językowe oparte na sztucznej inteligencji dopiero raczkowały, podczas gdy dziś moduły SI wciskane są praktycznie do każdego konsumenckiego cyfrowego rozwiązania. A mówimy o rozwiązaniach wpływających nie tylko na nasz sposób myślenia, ale również fizjologię naszych mózgów.

Nie jestem optymistą. Staram się być realistą. Obawiam się, że droga liberalna jest obiektywnie najmniej atrakcyjna, bo najtrudniejsza. Z jednej strony łatwiej jest powierzyć swoje życie nadopiekuńczemu państwu, wierząc, że wielka mądrość polityków i urzędników pokieruje nim lepiej niż my sami. Z drugiej strony w reakcji na coraz radykalniejsze próby podważania tradycyjnego porządku kuszące będzie poddanie się presji, aby indywidualną wolność poświęcić na ołtarzu obrony narodu i jego tradycyjnych wartości.

Prof. Jan Zielonka: W swoich badaniach pokazuję, że Europa coraz bardziej przypomina cyfrową wersję średniowiecza, podczas gdy system władzy pozostaje w istocie XIX-wieczny. Suwerenizm i nacjonalizm napędzające antyliberalną rewolucję oferują złudne recepty na skuteczną organizację życia publicznego.

Liberalizm jest intelektualnie lepiej przygotowany do funkcjonowania w nowym świecie pod warunkiem jednak, że nie ograniczy się jedynie do obrony istniejącego status quo. Konieczne jest wypracowanie liberalnej wizji transformacji instytucji politycznych i prawnych.

Istota tego procesu powinna polegać na przekształceniu Europy państw narodowych w Europę sieci. Demokracja narodowa nie jest dziś w stanie skutecznie kontrolować połączeń cyfrowych, ponieważ nie da się ich zamknąć w granicach terytorialnych ani podporządkować jednej narodowej tożsamości.

Suwerenność w erze cyfrowej staje się fikcją, podobnie jak wąsko pojmowana tożsamość kulturowa. Trudno dziś wyobrazić sobie świat bez internetu, choć można sobie wyobrazić świat bez demokracji. Podobny argument odnosi się do sztucznej inteligencji, która jest nowym etapem rewolucji cyfrowej.

Nie oznacza to jednak, że demokracja pozostaje całkowicie bezbronna wobec technologii ani że państwa narodowe wkrótce znikną. Moim zdaniem taki scenariusz nie jest realistyczny w dającej się przewidzieć przyszłości. Możliwe jest natomiast ograniczenie monopolu państw narodowych na stanowienie prawa, podejmowanie decyzji administracyjnych oraz dystrybucję środków publicznych.

Innymi słowy, właściwą odpowiedzią na rewolucję technologiczną powinna być zmiana systemu zarządzania Europą i światem. Władzę należy podzielić nie tylko pomiędzy organy narodowe, europejskie i lokalne. Liczne organizacje pozarządowe będące w stanie generować dobra publiczne też powinny mieć dostęp do decyzji i pieniędzy publicznych.

Podobna transformacja systemu zarządzania odbyła się w XVII w., kiedy złożone średniowieczne sieci zostały zdominowane przez rodzące się państwa narodowe. Kluczem do sukcesu tych państw było stworzenie scentralizowanych struktur władzy obejmujących zazębiające się granice wojskowe, administracyjne, kulturowe i prawne. Dziś mamy do czynienia z procesem odwrotnym: granice te od dawna się nie pokrywają, podczas gdy władzę nadal sprawują scentralizowane państwa.

Zadaniem liberałów jest odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób prawa i wolności obywatelskie mogą rozkwitać w nowym systemie zarządzania. Innymi słowy, jak sprawić, by obywatel w epoce cyfryzacji i sztucznej inteligencji pozostał podmiotem politycznym. Jeśli uda się znaleźć wiarygodną odpowiedź na to pytanie, możliwy stanie się renesans liberalizmu.

 

Materiał pochodzi z 68. teki czasopisma idei Pressje zatytułowanej Liberalizm marnotrawny. Trwa zbiórka na jej wydanie.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.