Polska oczami ukraińskiego studenta. Między wdzięcznością a niepewnością
W moim otoczeniu Polska funkcjonowała głównie jako miejsce, gdzie dzieci z zamożnych rodzin i szeroko rozumianej elity jeździły na studia. Dla zwykłych ludzi, takich jak moja rodzina, była to opcja poza zasięgiem finansowym, czyli coś, o czym się wiedziało, ale czego się nie rozważało. Wojna zupełnie zmieniła tę kalkulację. Nagle Polska stała się dla mnie realną możliwością i, jak się okazało, bardzo dobrą.

Publikujemy rozmowę przeprowadzoną z ukraińskim studentem, który chciał zachować anonimowość. Jego opowieść nie przedstawia zdania redakcji portalu Klubu Jagielloński, ale przybliża optykę ukraińskiego imigranta na kwestie, które nas dzielą, ale i na te, z których możemy być dumni.
Kiedy i w jakich okolicznościach przyjechałeś do Polski?
Przyjechałem do Polski po wybuchu wojny na Ukrainie w maju 2022 roku. Nie znałem żadnego słowa po polsku. W tym samym roku zacząłem studia w Krakowie. Razem z rodziną rozważałem wiele krajów do przeprowadzenia się, jednak wybrałem Polskę.
Jakie było pierwsze wrażenie, pierwsze myśli?
Szczery zachwyt. Po miesiącach spędzonych w kraju ogarniętym wojną, Polska jawiła mi się jako miejsce, w którym można było wreszcie swobodnie odetchnąć bez nieustannego lęku o własne bezpieczeństwo. Uderzyła mnie przede wszystkim czystość i porządek przestrzeni publicznej. Ulice zadbane, brak śmieci, brak bezpańskich zwierząt. W krajach postsowieckich wygląda to niestety zgoła inaczej.
Im dłużej mieszkałem w Polsce, tym wyraźniej dostrzegałem coś szczególnie mi bliskiego – wasz głęboki szacunek do otaczającej przyrody. Widać to zarówno w codziennym życiu, jak i w debacie publicznej.
Największe emocje społeczne budziły nie skandale polityczne, lecz informacje o planowanej wycince lasu pod inwestycję hotelową czy przypadki znęcania się nad zwierzętami. To mówi bardzo wiele o hierarchii wartości danego społeczeństwa.
Niemałym zaskoczeniem była dla mnie również wszechobecność elektrowni wiatrowych. Na Ukrainie energetyka wiatrowa pozostaje sektorem słabo rozwiniętym, więc widok ogromnych turbin był dla mnie czymś zupełnie nowym i fascynującym. Ogólnie, rzecz biorąc, pierwsze wrażenia były bardzo pozytywne i – jak się później okazało – w pełni uzasadnione.
Jakie były twoje plany w chwili przyjazdu? Miałeś pomysł, co dalej?
Od początku wiedziałem, że chcę studiować. Nie ukrywam, że bezpłatna edukacja dla ukraińskich uchodźców była argumentem, który robił wrażenie. Ale za tym rozwiązaniem stała konkretna logika. Polska chciała, żebyśmy mogli się uczyć, kiedy nasz kraj płonie, a potem wrócić i go odbudować jako ludzie z europejskim wykształceniem. Wahałem się między Krakowem a Łodzią, ale Kraków wygrał. Nie żałuję.
Z czasem jednak zaczęły się pojawiać komentarze ze strony niektórych polskich kolegów, że studiuję na ich koszt. Szczerze mówiąc, nie miałem ochoty tego słuchać. Po roku więc zdałem państwowy egzamin z polskiego jako obcego na poziomie C1.
Ten certyfikat to osobne kryterium, niezwiązane ze statusem uchodźcy, samo w sobie uprawniające do bezpłatnych studiów. Zamknąłem tym samym temat najpierw dla siebie, potem dla innych: nie jestem tu dlatego, że mi się coś należy, tylko dlatego, że na to zapracowałem. Zresztą, nie był to ostatni raz, kiedy miałem okazję to udowodnić.
Kiedy jeszcze musiałeś coś komuś udowadniać?
Dużo spraw. I zawsze w tej samej kolejności: najpierw sobie, potem innym.
Oddając w Polsce honorowo krew, pokazałem, że korzyść z obecności Ukraińców nie kończy się na podatkach. Publikując artykuły naukowe i reprezentując Polskę na międzynarodowych konferencjach, dowiodłem, że Ukraińcy to nie są, jak niektórzy lubią myśleć, prości ludzie znikąd, bo spoza Unii.
Organizując zbiórki dla dzieci chorych na nowotwory oraz dla schronisk dla zwierząt, udowodniłem, że są sprawy, które stoją ponad wszelkimi podziałami. Bezdomne zwierzę i chore dziecko nie muszą mieć właściwej narodowości, żeby zasługiwać na pomoc.
Wiele rzeczy udowodniłem w tym kraju sobie i innym. Ci drudzy czasem to dostrzegają, a czasem nie. Przeszkadza nam tylko to, że Polacy zbyt często chcą rozmawiać o tematach ciężkich dla naszej wspólnej historii, niekiedy przesadzając. A Ukraińcy nie chcą o nich rozmawiać wcale. Prawda, jak zwykle, leży gdzieś pośrodku.
Co wiedziałeś o Polsce przed przyjazdem? Jakie było postrzeganie Polski wśród twoich znajomych i bliskich?
Szczerze? Niezbyt wiele. Wiedziałem, że to rozwinięty kraj Unii Europejskiej. Na tym w zasadzie moja wiedza się kończyła. W moim otoczeniu Polska funkcjonowała głównie jako miejsce, gdzie dzieci z zamożnych rodzin i szeroko rozumianej elity jeździły na studia. Dla zwykłych ludzi, takich jak moja rodzina, była to opcja po prostu poza zasięgiem finansowym, czyli coś, o czym się wiedziało, ale czego się nie rozważało.
Wojna zmieniła tę kalkulację zupełnie. Nagle Polska stała się dla mnie realną możliwością i, jak się okazało, bardzo dobrą.
Co przed przyjazdem wiedziałeś o drażliwych kwestiach polsko-ukraińskich?
Absolutnie nic. I mówię to bez cienia wstydu. W pierwszym roku pobytu w Polsce usłyszałem imię Stepana Bandery więcej razy niż przez całe 18 lat życia na Ukrainie.
Moja rodzina pochodzi z obwodu połtawskiego. Jest to centralno-wschodnia Ukraina, ziemia rolników. To miejsce, gdzie jeszcze kilkadziesiąt lat temu wieści o wojnach i epidemiach docierały z opóźnieniem kilku miesięcy. O tym, że ktoś mordował kogoś w lasach na Wołyniu, tym bardziej nikt nie rozmawiał przy stole.
Kult Bandery to zjawisko charakterystyczne dla zachodniej Ukrainy. Na wschodzie żyło się inaczej. Centralny plac w moim mieście nosił nazwę Bohaterów Majdanu (rewolucji 2014 roku – red.). Ulica, przy której mieszkałem, nosiła imię Bohdana Chmielnickiego.
Gdzieś niedaleko była ulica Symona Petlury, ale to raczej wyjątek. Były też ulice Europejska i Tarasa Szewczenki. Żadnej szczególnej ideologii – ani prawicowej jak na Podkarpaciu, ani lewicowej jak w Poznaniu.
U nas wszyscy byli po prostu niezadowoleni z każdej władzy i to niezależnie od opcji politycznej.
Świetnie ilustruje to zdjęcie, które załączam. Kolejne transparenty z ukraińskich protestów na przestrzeni lat głoszą: won KPZR, won Kuczma, won Juszczenko, won Janukowycz, won Poroszenko, a na końcu po prostu: won wszyscy.

To nie jest cynizm. To jest odpowiedź społeczeństwa, które przez dekady zmagało się z korupcją, zapaścią ekonomiczną, marzeniem o eurointegracji i wojną na Donbasie. Gdy codzienność stawia przed tobą takie wyzwania, to kwestie historyczne schodzą na dalszy plan. Nie dlatego, że są nieważne. Po prostu były rzeczy pilniejsze.
Jak układają się stosunki z innymi studentami? Jak te relacje polsko-ukraińskie wyglądają na gruncie akademickim? Czy studenci polscy i ukraińscy integrują się, czy raczej zamykają w swoich bańkach?
Chciałbym powiedzieć, że jest między nami świetna chemia, że się rozumiemy i spędzamy razem czas, ale byłoby to mijanie się z prawdą.
Nie było mowy o żadnej wrogości, wyżywaniu się czy złym traktowaniu. Ale bliskości też nie było. Uważam, że jest to zresztą absolutnie normalne. Pozwolę sobie na pewną analogię: wyobraźmy sobie polskiego studenta, który jedzie na studia do Chorwacji.
Podobna kultura, podobna mentalność, słowiańskie korzenie – a jednak wszystko jest inne. Piosenki, których nie znasz, żarty, do których nie masz klucza, tematy rozmów, w których po prostu nie masz jak się odnaleźć. I nagle okazuje się, że bliskość to nie kwestia dobrej woli, lecz wspólnych doświadczeń.
To jest właśnie ta rzeczywistość. Integracja nie dzieje się przez samo przebywanie obok siebie. Moim zdaniem żeby zagraniczny student naprawdę poczuł się swojsko na polskiej uczelni, powinien spędzić znaczący czas w Polsce jeszcze przed rozpoczęciem studiów. Bez tego wspólnego gruntu nawet przy najlepszych intencjach po obu stronach pozostaje się uprzejmymi nieznajomymi.
Czy chciałbyś zostać w Polsce ?
Żyjemy w czasach, gdy nie wiadomo, co będzie jutro, więc planowanie całego życia to luksus, na który niewielu z nas może sobie pozwolić. Polska ma swoje plusy i minusy, ale jestem też szczery wobec siebie i jako osoba, która jak dotąd niewiele podróżowała, nie mam jeszcze punktu odniesienia. Trudno oceniać, nie mając porównania.
Jeśli jednak stawiać sprawę wprost – między Polską a Ukrainą? Polska, bez wahania. Natomiast ostateczna decyzja będzie zależeć w dużej mierze od tego, w jakim kierunku potoczą się relacje polsko-ukraińskie. To nie jest czynnik bez znaczenia.
Mam też pewien osobisty plan, bo chciałbym zobaczyć przynajmniej 30 krajów, zanim zdecyduję, gdzie chcę zapuścić korzenie. Bo wybór miejsca do życia to zbyt poważna decyzja, żeby podejmować ją bez wiedzy o tym, co świat ma do zaoferowania.
W Polsce nie tylko studiujesz, ale i pracujesz. Jakie jest twoje doświadczenie z pracodawcami ?
To akurat ciekawy obszar i – co zaskakujące – jeden z tych, gdzie Ukraińcy napotykają najmniej problemów.
Polska gospodarka rozwija się dynamicznie, a rynek pracy nadąża za tym tempem. Wystarczy spojrzeć na portale takie jak Pracuj.pl, gdzie ogłoszeń jest mnóstwo, a około połowa z nich wisi miesiącami bez obsadzenia. To mówi samo za siebie. Pracodawcy potrzebują rąk do pracy i w dużej mierze nie mają luksusu przebierania w kandydatach ze względu na narodowość.
Mówi się ostatnio, że Polska zaczyna powoli przechodzić od rynku pracownika do rynku pracodawcy, ale do tego momentu jeszcze sporo wody upłynie.
Jest jednak jedna tendencja, której nie można zignorować. Z roku na rok coraz więcej Ukraińców opuszcza Polskę. Powody są złożone: pogarszające się relacje polsko-ukraińskie, wyższe zarobki w innych krajach zachodnich, a także możliwość uzyskania obywatelstwa w innych państwach znacznie szybciej niż w Polsce. Polska pod tym względem pozostaje wciąż mało elastyczna, co dla ludzi myślących o stabilizacji ma niebagatelne znaczenie.
Innymi słowy, znaleźć pracę jest stosunkowo łatwo. Ale zostać na dłużej, poczuć się u siebie – to już zupełnie inna historia.
Co chciałbyś powiedzieć Polakom i Ukraińcom?
Jednemu i drugiemu społeczeństwu powiedziałbym to samo: nie wierzcie ślepo w to, co robią politycy po żadnej ze stron.
Pozwolę sobie na konkretny przykład, który doskonale ilustruje ten mechanizm. Niedawna decyzja Prezydenta RP Karola Nawrockiego o pozbawieniu Zełenskiego Orderu Orła Białego i cała otoczka, która po tym nastąpiła.
Z zewnątrz wygląda to jak poważny dyplomatyczny konflikt. Z mojego punktu widzenia jest to przede wszystkim spektakl, z którego zyski czerpią wyłącznie politycy.
Zacznijmy od strony polskiej. Nawrocki stoi przed wyborami w 2027 roku. Potrzebuje gestów, które zbudują mu poparcie wewnętrzne i taki gest właśnie wykonał. Polska sieć zawrzała od zachwytu. Za kilka zdań i jedną decyzję zebrać takie poparcie to prezent, którego nie można było się spodziewać nawet na urodziny.
Teraz strona ukraińska. Na Ukrainie od lat istnieją ulice i pomniki Stepana Bandery. Przez długi czas było o tym może nie cicho, ale na pewno nie głośno. Następnie prezydent Zełenski, kierowany nie wiadomo jaką logiką dyplomatyczną, nadaje jednej z jednostek wojskowych imię UPA.
Nie Symona Petlury, nie innego działacza ukraińskiego, mniej kontrowersyjnego, bardziej neutralnego. Właśnie UPA. Czy naprawdę nie wiedział, do czego to może doprowadzić? Wiedział doskonale. A efekt?
Zełenski, który jeszcze niedawno zmagał się z poważnymi zarzutami korupcyjnymi dotyczącymi jego najbliższego otoczenia, dziś znów jest bohaterem narodowym. Tym, który odesłał Order paczkomatem, mówiąc, że nikt nie będzie mu mówić, co ma robić. Ukraińcy są zachwyceni. Problemy korupcyjne tymczasowo schowane do szuflady.
Kto jest tu na plusie? Nawrocki ma poparcie przed wyborami. Zełenski zyskał chwilę oddechu od niewygodnych pytań. A kto jest na minusie? Polacy i Ukraińcy, czyli zwykli ludzie po obu stronach granicy.
Bo proszę zauważyć, że od tego całego zamieszania ceny ropy w Polsce nie spadły. Wojna na Ukrainie się nie skończyła. Ale politycy po obu stronach otwierają szampana.
Konsekwencje tego spektaklu są jednak bardzo realne. Badania już dziś pokazują, że negatywny stosunek do Ukraińców deklaruje około 40 proc. Polaków. W takiej atmosferze coraz więcej Ukraińców zaczyna myśleć o migracji na zachód.
A Polska, zamiast pracowników z najbliższego kręgu kulturowego i etnicznego, za kilka lat może się obudzić z koniecznością sprowadzania ich z Azji czy Ameryki Południowej z zupełnie innym językiem, mentalnością i realiami.
Mój wniosek jest prosty: wszystko, co mówią i robią politycy dzielić przez dwa. I zawsze zadawać sobie pytanie: kto tak naprawdę na tym korzysta?
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.