Tyrania algorytmów może być groźniejsza niż dyktatury przeszłości. Jak ocalić wolną wspólnotę polityczną?
Przemówienie Peryklesa na pogrzebie poległych w wojnie peloponeskiej; źródło: wikimedia commons
Współczesny tyran nie mieszka w zamku czy cesarskim pałacu. Siedzi gdzieś w Dolinie Krzemowej lub w ogóle stał się bezosobowym algorytmem. Dawniej odpowiedzią na tyranię i arbitralną wolę władcy była republika. W tradycji republikanizmu mądre prawo, sprawne, zdecentralizowane instytucje i partycypacja obywatelska pozwalają wspólnocie oprzeć się dyktatorskim zapędom jednostek. Czy środki te wystarczą w naszych czasach, kiedy możliwa jest tyrania o niemal nadludzkich możliwościach?
Republikańska wolność jako nie-dominacja
Tradycja republikańska swoje korzenie ma w starożytnych Atenach i w Rzymie, później rozwijała się w renesansowych Włoszech, w Rzeczpospolitej Obojga Narodów, a w XVIII wieku stała się jednym z kluczowych punktów odniesienia dla rewolucji francuskiej i amerykańskiej.
Niezależnie jednak od tego, o którym momencie historycznym mówimy, w tej tradycji absolutnie kluczowym pojęciem jest wolność. Co istotne, jest ona interpretowana w kontrze do elementarnego podziału na wolność pozytywną i negatywną. Już w czasach rzymskich uznani prawnicy, historycy i filozofowie, tacy jak Cyceron, Salustiusz czy Iulius Paulus, rozumieli bowiem wolność jako nie-dominację, niepodleganie arbitralnej woli drugiego człowieka.
Współcześnie najważniejszym reprezentantem takiego sposobu myślenia jest irlandzki filozof Philip Pettit, dla którego punktem wyjścia było przekonanie o niewystarczalności liberalnego, negatywnego rozumienia wolności. Aby przedstawić swój punkt widzenia, posłużył się metaforą „dobrego pana”.
Wyobraźmy sobie niewolnika, któremu jego pan pozwala na wszystko. Nie wydaje mu żadnych rozkazów, niczego mu nie zabrania. W liberalnym, negatywnym ujęciu wolności taki niewolnik jest wolny, ponieważ nie ma zewnętrznych ograniczeń jego działania.
Pettit przekonuje jednak, że taki człowiek bynajmniej nie jest wolny, ponieważ stale podlega arbitralnej woli swojego pana, który w każdej chwili może zmienić zdanie i całkowicie go zniewolić.
Dla Pettita prawdziwa wolność istnieje zatem, jak już wspominałem, gdy dana jednostka nie podlega arbitralnej woli innego człowieka. Aby osiągnąć ten stan, należy wprowadzić odpowiedni system prawny i rozwinąć solidne instytucje, które będą stać na jego straży i zapewnią odpowiednią decentralizację władzy.
Dobrze skonstruowane, niearbitralne prawo jest w myśli koncepcji Pettita „ingerentem nie-panującym” (non-mastering interferer). Zamiast niszczyć wolność, faktycznie ją konstytuuje, chroniąc jednostki przed dominacją ze strony innych obywateli (dominium) oraz samego państwa (imperium).
Idealnym przykładem takiego prawa są przepisy ruchu drogowego. Nakładają one na nas wiele ograniczeń, ale to właśnie te ramy tworzą przestrzeń, z której wszyscy uczestnicy ruchu drogowego mogą korzystać na równych warunkach.
Co ważne, przepisy te są również niezależne od arbitralnych decyzji polityków czy urzędników. To, czy mam czerwone światło, zależy od tego, jak zaprojektowane zostało dane skrzyżowanie, a nie od tego, czy ten lub inny urzędnik ma dziś akurat gorszy dzień.
Irlandczyk jest oczywiście świadomy, że nie ma powrotu do ateńskiej agory, na której wszyscy obywatele mogli na równych prawach uczestniczyć w życiu publicznym. Postuluje zatem „redakcyjny” model partycypacji obywatelskiej. Obywatele nie muszą ciągle rządzić, ale muszą mieć realną możliwość zakwestionowania decyzji władzy, np. w drodze referendum.
Formy arbitralnej władzy znajdziemy w życiu prywatnym czy w społeczeństwie
Tradycyjnie republikanizm skupiał się na politycznej wolności obywateli. Patronką takiego sposobu myślenia jest Hannah Arendt, która za najwyższą formę ludzkiej aktywności postrzegała wolne działanie w sferze publicznej (action), które jest niezależne od aktywności ekonomicznej (work) i podtrzymywania biologicznej egzystencji (labor).
Według Arendt najważniejsze jest zatem uniknięcie tyranii, która zamyka przed człowiekiem przestrzeń publicznego działania. Współcześnie wielu badaczy zwraca jednak uwagę, że dominacja pojawiająca się w obrębie work i labor również może mieć niszczący wpływ na wspólnotę polityczną.
Przedstawiciele republikanizmu rynkowego i socjalistycznego, mimo że różnią się w proponowanych receptach, wskazują, że istnienie dominacji w sferze ekonomicznej sprawia, że poszczególni obywatele nie mogą na równych zasadach uczestniczyć w życiu społeczno-politycznym.
Właściciel firmy posiadającej w danym sektorze monopol może realnie wpływać na polityczne decyzje swoich pracowników, skoro w każdej chwili jest w stanie ich zwolnić i pozbawić środków utrzymania.
Takie nurty jak republikanizm feministyczny czy republikanizm krytyczny wskazują z kolei, że istnienie arbitralnej władzy w obrębie życia prywatnego, np. w rodzinie czy w lokalnych wspólnotach, również może mieć destruktywny wpływ na wszystkich członków zbiorowości.
Aby tę dominację zniwelować, autorzy związani z tymi nurtami postulują m.in. dowartościowanie tzw. pracy opiekuńczej, zarówno tej niewidocznej z ekonomicznego punktu widzenia, którą wykonują m.in. matki czy gospodynie domowe, jak i tej, którą wykonują np. pracownicy żłobków i domów starców, a która na rynku i w społeczeństwie nie jest zbytnio ceniona. Innym postulatem jest tworzenie tzw. rozsądnych kompromisów, uwzględniających punkt widzenia grup zmarginalizowanych, np. mniejszości religijnych czy osób LGBT.
Inni autorzy zwracali z kolei uwagę na to, że pewne struktury arbitralnej władzy mają charakter ponadpaństwowy, wręcz globalny. Republikanizm kosmopolityczny podkreśla w związku z tym konieczność wzmacniania instytucji międzynarodowych, takich jak UE czy ONZ, za pośrednictwem których obywatele poszczególnych państw mieliby większy wpływ na globalne procesy.
W tym tekście nie będę podejmował się oceny rozwiązań proponowanych przez poszczególne nurty. Interesuje mnie wskazanie na takie formy arbitralnej władzy, które wymykają się podręcznikowej definicji tyranii.
Współcześnie taką władzą mogą bowiem dysponować giganci technologiczni, dostarczający nam wielu usług, bez których nie wyobrażamy sobie życia, a które w jednej chwili mogą zostać przez nich wyłączone lub zmodyfikowane w niekorzystny dla nas sposób.
Czy cyfrowa dominacja już wymknęła się republikańskiej kontroli?
Zaryzykuję tezę, że wyzwania związane z nowymi technologiami są największym zagrożeniem dla republikańskiego ustroju politycznego oraz powiązanej z nim koncepcji wolności jako nie-dominacji.
Funkcjonowanie mediów społecznościowych, wyszukiwarek czy narzędzi AI, które kontrolowane są przez koncerny o zasięgu globalnym, trudno poddać obywatelskiej kontroli. A przecież są to usługi, z których korzystamy na co dzień niemal wszyscy. Inną kwestią są z kolei systemy, które często te same firmy dostarczają rządom, służbom czy siłom zbrojnym poszczególnych państw.
Jeśli uznamy, że właściciele gigantów technologicznych mają niemalże nieograniczoną kontrolę nad dostarczanymi produktami, to można uznać ich za Pettitowskich „dobrych panów”, którzy dziś dostarczają nam usługi na korzystnych (przynajmniej na pierwszy rzut oka) warunkach, ale jedna decyzja CEO może przecież tę sytuację diametralnie zmienić.
Media społecznościowe mogą w każdej chwili przestać być przestrzenią do swobodnego wyrażania poglądów, a wyszukiwarki mogą przestać dostarczać wyników rzeczywiście najlepiej odpowiadających na zapytanie użytkownika. W przeszłości choćby Google oskarżany był o faworyzowanie w wynikach wyszukiwania polityków Partii Demokratycznej względem tych należących do Partii Republikańskiej.
Takie praktyki, przynajmniej otwarcie, nie mają miejsca ze względu na logikę zysku, którą kierują się wielkie korporacje. Aby przyciągnąć użytkowników do swoich produktów, trzeba przygotować dla nich atrakcyjną ofertę.
Republikanie pokroju Pettita wskazywaliby jednak już na sam potencjał odcięcia użytkowników od potrzebnych im usług. Jeśli giganci technologiczni mają de facto taką możliwość, to już nas zniewalają, posiadają nad nami tyrańską władzę.
Jak przeciwstawić się tyranii big techów? Stowarzyszajmy się
Walkę z takim stanem rzeczy znacząco utrudnia specyfika funkcjonowania gigantów technologicznych, którzy wpływają zarówno na gospodarkę i politykę w skali globalnej, jak i na codzienne życie miliardów użytkowników.
Macki globalnych koncernów sięgają tak daleko, że trudno uregulować ich działalność nie tylko w ramach krajowych systemów prawnych, lecz także w strukturach ponadpaństwowych, takich jak Unia Europejska.
Nie oznacza to jednak, że nie mamy żadnych możliwości wpływu na nasze położenie. Oprócz rozwiązań systemowych opartych na silnych instytucjach politycznych, republikanie podkreślają wielkie znaczenie partycypacji obywatelskiej. Ludzie muszą wziąć odpowiedzialność za cyfrowy świat, w którym funkcjonują, za internetową przestrzeń publiczną.
Musimy zatem budować „cyfrowe cnoty obywatelskie”. Chodzi mi m.in. o odpowiedzialne korzystanie z usług cyfrowych. Musimy mieć świadomość, z jakimi skutkami gospodarczymi, politycznymi, społecznymi czy środowiskowymi wiąże się korzystanie z takich lub innych mediów społecznościowych czy narzędzi AI.
Ważna jest także samoorganizacja w różne stowarzyszenia i grupy, które będą zajmować się oddolną kontrolą gigantów technologicznych. Dla przykładu, naukowcy z Bolonii założyli organizację Big Tech Watch, która bada strategie stosowane przez duże firmy technologiczne w celu ugruntowania ich pozycji oraz ich wpływ na rządy i polityki publiczne.
Na ile to możliwe, odpowiedzialni obywatele i powołane przez nich społeczności powinny także próbować dostać się do ciał decyzyjnych, które mają wpływ na działalność i kierunki rozwoju cyfrowych koncernów. Można próbować to robić, kupując udziały w takich firmach lub angażując się w działalność organów państwowych i międzynarodowych, takich jak unijny DG CONNECT (Dyrekcja Generalna ds. Sieci Komunikacyjnych, Treści i Technologii).
Amerykański autor Robert S. Taylor podkreśla również, że ważnym zabezpieczeniem przed arbitralną władzą jest realna możliwość wyjścia z relacji, w której czujemy się zdominowani. Powinniśmy zatem promować dywersyfikację usług cyfrowych, aby użytkownicy nie byli zakładnikami jednej platformy. Warto również poszukiwać skutecznych środków zapobiegania i leczenia uzależnień od mediów społecznościowych czy internetowej pornografii.
Dlatego cieszy mnie, że działania Unii Europejskiej, mimo że niekiedy wydają się niewystarczające, jednak idą w kierunku regulacji największych firm technologicznych. Z jednej strony, instytucje unijne próbują ująć działalność gigantów cyfrowych w ramy prawne, a z drugiej, promują tworzenie europejskich alternatyw dla cyfrowych usług z USA czy Chin. Przeciwnik jest jednak potężny i czas pokaże, czy unijne środki kontroli i nacisku nie okażą się koniec końców całkowicie bezzębne.
Nie dajmy się zwieść zwolennikom autorytaryzmu
Ważne jest również, abyśmy wyznając republikańskie wartości, wiedzieli, o jaką stawkę toczy się gra i nie zaufali różnym pseudorepublikańskim teoriom w rodzaju The Technological Republic Alexandra Karpa, prezesa korporacji Palantir, świadczącej dla rządu amerykańskiego usługi m.in. w zakresie inwigilacji. Niedawno dużym echem odbił się tzw. manifest Palantira, bazujący na wspomnianej książce Karpa i postulujący m.in. bardziej siłową politykę USA na arenie międzynarodowej.
Ostatecznie możemy bowiem wylądować nie we wspólnocie wolnych i równych obywateli, lecz w technokratycznym autorytarnym imperium, o którym marzą (mniej lub bardziej skrycie) niektórzy CEO cyfrowych korporacji.
Mogą oni stawiać kuszące tezy, że państwo powinno przejąć od Doliny Krzemowej kulturę organizacyjną zorientowaną na wyniki, a nie na teatr polityczny. Należy jednak pamiętać, że agora, która w pewnym sensie jest właśnie takim politycznym teatrem, jest również fundamentem sfery publicznej i obywatelskiej partycypacji w rządzeniu. Oczywiście często współczesna debata polityczna przybiera skrajnie patologiczne formy, ale całkowite zanegowanie jej sensowności to prosta droga do autorytaryzmu.
Karp może słusznie krytykować pustkę moralną współczesnego liberalizmu, lecz czy proponowana przez Dolinę Krzemową alternatywna moralność, w której „nowa arystokracja” inżynierów i informatyków może stać ponad „prostym ludem” i manipulować nim przy pomocy algorytmów w imię rzekomej obrony „zachodnich wartości”, jest czymś, na co chcielibyśmy się zgodzić?
***
Na koniec chciałbym podzielić się krótką anegdotą. Gdy porządkowałem moją wiedzę na temat współczesnego republikanizmu, skorzystałem z narzędzia, które przerabiało przygotowane przeze mnie materiały i notatki na podcasty.
Za każdym razem, mimo że w moim prompcie niczego takiego nie sugerowałem, „prowadzący” ostrzegali, że największym zagrożeniem dla współczesnego republikanizmu są giganci technologiczni. Skoro nawet AI przestrzega przed swoimi twórcami, to coś musi być na rzeczy.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
