Luddyści mieli rację. Uratuje nas tylko sprzeciw wobec technologii
Krytycy Doliny Krzemowej, nieograniczonego użycia AI i władzy wielkich korporacji często spotykają się z zarzutem, że są „luddystami”. Chcieliby jakoby palić serwerownie, tak jak robotnicy w dawnej Anglii niszczyli maszyny tkackie. Wbrew czarnej legendzie, luddyści wcale nie byli szaleńcami. Walczyli o ocalenie wspólnoty i godnych warunków pracy, których w pogoni za zyskiem chcieli ich pozbawić właściciele technologii. Po latach okazało się, że opór luddystów był skuteczny. Czego możemy nauczyć się od nich dzisiaj?
Wybór jest prosty: albo jesteś za postępem i korzystasz z jego owoców, albo zostajesz zjedzony przez system i lądujesz na śmietniku historii. Nie korzystasz z Ubera albo Bolta? Tylko ostatni frajer nie zamawia przejazdu za dziesięć złotych mniej.
Krytykujesz model biznesowy Żabek? Daj ludziom zarabiać pieniądze tak, jak chcą. Wątpisz, że ChatGPT ułatwi pracę? Najwyraźniej nie nadajesz się do pracy umysłowej. Boisz się, że AI zlikwiduje twoje stanowisko? Trzeba było wybrać lepszy zawód.
Tak nas pouczają influencerzy na LinkedInie i eksperci ekonomiczni. Postęp jest dobry. Postęp jest nieuchronny. Postęp ma swoją logikę, której nie możesz kwestionować, bo zapiszesz się do „ciemnogrodu”.
Tak samo mówiono 200 lat temu, gdy angielscy tkacze zaczęli nocami włamywać się do manufaktur i niszczyć maszyny przędzalnicze. Nazwano ich luddystami od nazwiska pończosznika Neda Ludda, który według legendy zbuntował się przeciwko maszynom, choć prawdopodobnie nigdy nie istniał. Luddystom dorobiono legendę zacofanych głupców, którzy bali się przyszłości.
Książka Briana Merchanta Krew w maszynie. Luddyści i pierwszy bunt przeciwko technologicznym gigantom precyzyjnie demontuje czarną legendę buntowników, oddając im rację. Czytając ją, trudno nie zauważyć, że ta sama maszyneria retoryczna skierowana przeciw krytykom postępu pracuje także dziś.
Komu zależało na tym, by oczernić luddystów? Co dostrzegali angielscy tkacze? Czy współczesny opór wobec technologii to krzyk głupców, czy rozsądne podejście tych, którzy nie są właścicielami technologii?
Kara śmierci za niszczenie maszyn
Angielscy tkacze nie byli ani zacofanymi rzemieślnikami, ani bezmyślnymi wandalami. Byli klasą pracowniczą, która rozumiała zwalczaną technologię i wiedziała, co konkretnie chce zniszczyć.
Atakowali nowe krosna, które dawały wyrób gorszej jakości, ale tańszy, a jednocześnie odbierały rzeszom ludzi pracę. To nie była walka z postępem jako takim, lecz walka o to, kto ma prawo decydować, jaki wpływ na życie lokalnej społeczności ma postęp, nad którym kontrolę sprawują fabrykanci.
Niszczenie maszyn było formą zbiorowej negocjacji w sytuacji, w której każda inna jej forma została zakazana. Brytyjskie Combination Acts z 1799 i 1800 r. zakazywały bowiem tworzenia związków zawodowych, a negocjacje zbiorowe i strajk były nielegalne.
W XVIII i XIX wieku każdy właściciel miał świadomość, że narzucając pracownikom nieakceptowalne przez nich warunki, ryzykuje nie tyle utratę zysków, ile zniszczenie posiadanych maszyn. Nienawiść pracowników nie była skierowana w kierunku maszyn jako takich. Były one najsłabszym ogniwem w łańcuchu produkcji, w który można było skutecznie uderzyć.
Największe powstanie przeciwników szybko postępujących zmian technologicznych i społecznych miało miejsce w 1812 i 1813 r. W trakcie rozruchów rebelianci zniszczyli dziesiątki fabryk oraz zabili Williama Horsfalla – właściciela jednego z zakładów. Zjednoczone Królestwo odpowiedziało na ten sprzeciw w sposób, którego wcześniej nie używano przeciwko obywatelom. Parlament uchwalił w 1812 r. karę śmierci za niszczenie maszyn.
Państwo pokazało, że w celu budowy nowego ładu społecznego nie pyta o zdanie obywateli, których zmiany dotyczą, i jednoznacznie staje po stronie właścicieli technologii. Ludzi występującym przeciwko maszynom należało przykładnie ukarać, a ich postulaty zastąpić karykaturalną opowieścią, która przetrwała 200 lat i funkcjonuje do dziś.
Historię piszą zwycięzcy. Nie inaczej było w przypadku luddystów, których historię napisali bezpośredni beneficjenci ich klęski. Podobnie jest współcześnie.
Każdy, kto kwestionuje sposób wprowadzania AI, automatycznej kontroli czasu pracy czy modelu działania platform takich jak Glovo, dostaje natychmiast etykietę „nowoczesnego luddysty”. To nie jest argument, lecz figura retoryczna, która ma stłumić jakąkolwiek poważną dyskusję.
Fabryki pożarły życie pracowników
Czy luddyści przewidzieli, że zmiany odbiją się negatywnie na życiu pracowników? W ciągu 30 lat między ostatnią dekadą XVIII wieku a latami 20. XIX wieku, liczba robotników potrzebna do wyprodukowania sukna spadła o 75%. To nie była „optymalizacja poziomu zatrudnienia”, o jakiej dziś mówią medialni eksperci.
To było zlikwidowanie całej kultury pracy w ciągu jednego pokolenia. Dziesiątki tysięcy rodzin straciły dotychczasowe środki utrzymania, a setki miasteczek – rację bytu. Tysiące ludzi musiało przenieść się do fabryk, które „pożarły” ich życie.
W nowej fabrycznej rzeczywistości robotnik pracował 14 godzin dziennie, podporządkowany rytmowi maszyny, która musi działać bez przerwy. To człowiek musiał dostosować się do maszyny, nie odwrotnie.
Tkacz pracujący w domu mógł przerwać pracę, by zjeść obiad z rodziną, iść na targ lub zrobić przerwę na modlitwę. Robotnik fabryczny takiej możliwości nie miał. Po kilkunastu latach pracy był całkowicie wyczerpany, o ile wcześniej nie został okaleczony lub zabity przez pracującą maszynę.
Do radykalnych aktów sprzeciwu doprowadzała ludzi nie maszyna jako taka, lecz świadomość, że właściciele zakładów swobodnie organizowali pracę tak, by pogorszyć położenie pracowników, choć doskonale wiedzieli, do jakiego cierpienia to prowadzi.
Zanim nastała rewolucja przemysłowa, rzemieślnik bezpośrednio uczestniczył w procesie ustalania ceny tworzonych przez siebie produktów. Tę regułę zmienił kapitalizm, który wykorzystał do tego maszyny.
W nowym porządku tę rolę przejęli właściciele maszyn i fabryk, którzy, przejmując kontrolę nad zasobami, mogli decydować, jak dużo wydzielą pracownikom, których sobie podporządkowali. Bezwzględne prawo własności wygrało z prawem do godnego życia mas ludzi, bez których duży kapitał by nie powstał.
To klucz do zrozumienia luddyzmu. Historyk Adrian Randall, którego przywołuje Merchant, napisał, że bunt luddystów wydobył na światło dzienne ideologiczny spór pomiędzy ekonomią polityczną starego typu (opartą na regulacjach i prawie zwyczajowym) a nową ekonomią, której kluczowym elementem była wiara w siły wolnego rynku. Bunt luddystów nie był, jak podkreśla Randall, walką z maszynami. To była walka z nowym porządkiem społeczno-gospodarczym, którego maszyna była tylko symbolem.
Robotnicy zakładów włókienniczych toczyli bój nie tyle z urządzeniami, ile z kapitalizmem przemysłowym, którego narodzin byli świadkami. Nowe porządki, które stworzyły z robotników nową klasę społeczną ściśle podporządkowaną fabrykantom, obudziły potwora.
Kapitalizm Frankensteinów
W 1818 r. Mary Shelley opublikowała swoje najsłynniejsze dzieło – Frankensteina. Młody naukowiec, Victor Frankenstein, tworzy ze szczątków zmarłych żywą istotę, ale przerażony własnym dziełem porzuca ją, nie nadając jej nawet imienia. Odrzucony przez twórcę oraz innych ludzi potwór mści się, zabijając kolejno bliskich Victora, a na końcu jego samego.
W powszechnej interpretacja powieść stanowi ostrzeżenie przed pychą człowieka bawiącego się w Boga. Merchant proponuje interpretację znacznie ciekawszą. W jego opinii Frankenstein jest alegorią luddyzmu.
Badaczka Ann Mellor zwróciła uwagę na podobieństwa między doktorem Frankensteinem a właścicielami fabryk, zatrudniającymi ludzi do pracy przy maszynach. Frankenstein zaczyna od zebrania ciał. Dokładnie tak, jak fabrykant zbiera pracowników do pracy.
Potwór pragnął początkowo akceptacji. Chciał, by twórca uznał go za swoje dzieło, a ludzie pozwolili mu żyć pośród nich. Nauczył się mówić, próbował nawiązać kontakt ze światem, jednak za każdym razem spotykał się z przerażeniem. Gdy doktor Frankenstein odmówił stworzenia mu towarzyszki, postanowił się mścić.
Podobnie klasa robotnicza, którą stworzyły fabryki. Przemysł dał masom miejsca pracy, ale ujawnił jednocześnie, że są oni tylko przedmiotem w rękach właścicieli technologii. Dlatego też – jak pisze Ann Mellor – pracownicy „mogą stać się potężniejsi od swych stwórców, co mogłoby się skończyć krwawą rewolucją, w której uciśnieni obalą swych panów”.
Z tego powodu właściciele technologii powinni ponosić odpowiedzialność za swoich pracowników, jak Frankenstein-stwórca miał obowiązki względem swego dzieła. Frankenstein nie jest więc ostrzeżeniem przed technologią, lecz przed jej właścicielem, który, choć stworzył istotę od siebie zależną, nie czuje się za nią odpowiedzialny.
Czy stwórca powinien mieć obowiązki względem swego dzieła? Tak było nie tylko w XIX wieku. To pytanie powraca dwa stulecia później, z każdym zwolnieniem uzasadnionym przez rozwój AI. Z każdym kierowcą Ubera zablokowanym przez algorytm bez prawa odwołania. Z każdym pracownikiem call center w Bangalore pracującym w nocy, by obsłużyć klienta z Kalifornii.
„Owocowe czwartki” zamiast udziału w zyskach
Czy diagnoza luddystów pozostała aktualna? Przyjrzyjmy się, jak współcześnie dla milionów ludzi wygląda praca. Kierowca Ubera spędza 12 godzin za kierownicą, bo aplikacja „sugeruje”, że ma teraz szansę na bonusy. Właścicielka sklepu osiedlowego pracuje siedem dni w tygodniu od 6:00 do 23:00, bo model franczyzowy narzuca jej takie warunki „współpracy”.
Czas pracy pracownika magazynu Amazona jest monitorowany w sekundach – algorytm mierzy nawet czas spędzony w toalecie. Pracownik korporacji ma na komputerze software śledzący ruch myszy, co pozwala kontrolować jego aktywność. Polak na umowie B2B pracuje w Poniedziałek Wielkanocny, bo amerykański klient nie ma tego święta w kalendarzu.
Dzisiejsze warunki pracy przypominają fabryki, które luddyści usiłowali zniszczyć i przed którymi próbowali ostrzec swoich współczesnych. Zmieniła się tylko obudowa. Maszyna przędzalnicza była mechaniczna, dzisiejsza maszyna jest cyfrowa, ale logika jest taka sama: optymalizacja procesu kosztem życia człowieka, który ten proces obsługuje.
Współczesne biuro stanowi kolejną iterację tego samego mechanizmu – zwielokrotnioną monotonię, której rytm narzucają procesy i algorytmy. Wszystko to jest bezpośrednim dziedzictwem XIX-wiecznej rewolucji przemysłowej.
Współczesny Frankenstein niewiele różni się od pierwowzoru. Współczesna korporacja, nastawiona przede wszystkim na zaspokojenie oczekiwań inwestorów giełdowych, nie poczuwa się do odpowiedzialności za tworzących ją pracowników.
Dorabia do tego ledwie fasadę troski. Oferuje owocowe czwartki czy pakiety medyczne, troszczy się o work-life balance, ale HR-owe benefity to erzac odpowiedzialności. To ledwie rzucane pracownikom ochłapy, które można jednostronnie ograniczyć lub cofnąć. Nie chronią przed zwolnieniem, nie gwarantują udziału w zyskach, który wypracowują zatrudnieni, nie zapewniają pracownikom udziału w realnej władzy.
Są tym, czym dla robotników z XIX-wiecznej fabryki była miska zupy przy bramie. Gestem fabrykanta, który ma uspokoić jego sumienie, ale nie zmienia niczego w relacji, która pracownika uczyniła zależnym. Prawdziwa odpowiedzialność oznaczałaby coś, czego żaden pakiet benefitów nie obejmuje – współdecydowanie o kształcie firmy i większy udział w owocach pracy.
Zmieniła się natomiast technika wypierania tej odpowiedzialności. Kierowca Ubera nie jest „pracownikiem”, lecz „partnerem”. Kurier nie jest zatrudniony, lecz „korzysta z platformy”. Ekspedientka w Żabce nie pracuje dla sieci, lecz „prowadzi własną działalność gospodarczą”.
Każda z tych formuł to zaklęcie prawne, którego jedynym celem jest zerwanie więzi między stwórcą a stworzeniem. Tak aby w razie wypadku, choroby czy bankructwa „potwór” nie miał się do kogo zwrócić z żądaniem wsparcia.
Dawny fabrykant przynajmniej mógł się obawiać, że jego robotnicy, którzy mieszkają kilka ulic dalej, pewnego dnia zapragną zniszczyć jego maszyny. Dzisiejszy właściciel technologii ma ten problem z głowy. „Potwór”, którego stworzył, jest rozproszony i zbyt słaby, by coś zmienić w pojedynkę. Każdy z setek tysięcy kierowców i dostawców jest „przedsiębiorcą” i każdy z osobna ponosi własne ryzyko.
W odróżnieniu od powieściowego doktora Frankensteina, za którym żądny zemsty potwór podążał i którego prześladował, dzisiejszy doktor Frankenstein rozpływa się w algorytmie, regulaminie i łańcuchu spółek zależnych. Do tego przekonano „potwora”, że sam jest swoim własnym stwórcą, i jeśli w życiu mu się nie powiedzie, to jest to wyłącznie jego wina.
Monopoliści i miliarderzy chcą zagarnąć owoce postępu
Luddyści nie bali się maszyny samej w sobie. Bali się tego, że garstka ludzi, pierwszych właścicieli technologii, zgromadzi w swoich rękach tak wielkie zasoby, że robotnicy nie będą mieli innego wyjścia, jak poddać się ich woli i przyjąć narzucone warunki.
Trudniący się pracą najemną widzieli, że w obliczu gwałtownych przemian społecznych nikt inny nie zadba o ich interes. Ani fabrykanci, którzy eksploatowali ich bez ograniczeń, ani państwo, które wysyłało przeciwko nim wojsko.
Kierunek przemian nadawali ci, którzy wykazywali się największą bezwzględnością. Richard Arkwright, ojciec mechanicznej przędzalni, śledził pojawiające się technologie i podkradał je konkurentom. Do tego opracowywał metody dyscyplinowania robotników, podporządkowując ich rytmowi nieustannie pracującej maszyny.
James Watt, wynalazca silnika parowego, zaczął pobierać opłaty za korzystanie ze swojego wynalazku i pozywał każdego, kogo podejrzewał o naruszenie patentu. Zachowywał się dokładnie tak, jak dzisiejszy cyfrowi giganci.
Dążył do monopolu, kradnąc cudze pomysły i zwalczając konkurencję. Celem była intensyfikacja pracy robotników, a ich wynagrodzenie traktował jako koszt, który należy zminimalizować.
Po 200 latach te diagnozy zmieniły się o tyle, że obecnie trwające technologiczne przyspieszenie jeszcze mocniej dzieli świat na garstkę wygranych i masy dla nich pracujące. Owoce postępu skoncentrowane są w ręku nielicznych. Największe firmy Doliny Krzemowej kontrolują większość globalnej mocy obliczeniowej dla sztucznej inteligencji.
Obecnie zaledwie cztery czołowe korporacje planują wydać na inwestycje w AI setki miliardów dolarów. Kilka prywatnych podmiotów decyduje, jak będzie wyglądać praca, komunikacja i dostęp do wiedzy dla miliardów ludzi.
Właściciele wielkich firm stają się coraz bogatsi, a ich poziom zamożności jest niewyobrażalny dla reszty społeczeństwa. Według raportu Oxfam z 2026 r. majątek miliarderów wzrósł w 2025 r. o 16%. Trzy razy szybciej niż średnia z poprzednich pięciu lat.
Nadzwyczajnej koncentracji pieniądza towarzyszy koncentracja władzy. Najwięksi gracze dysponują dziś budżetami i wpływami przewyższającymi niejedno średniej wielkości państwo oraz całym arsenałem instrumentów, dzięki którym kierunek rozwoju ich firmy nie musi już zależeć od zdania pracowników i użytkowników.
Giganci zmieniają regulaminy obowiązujące użytkowników jednostronnie, z dnia na dzień, bez negocjacji – a ich odrzucenie oznacza po prostu utratę dostępu do usługi. Mają algorytmy ustalające ceny i wynagrodzenia w sposób nieprzejrzysty, niepodlegający odwołaniu ani kontroli.
Mają armie prawników i lobbystów współtworzących prawo, które ich dotyczy. Mają pozycję monopolisty, która sprawia, że „przejście do konkurencji” bywa fikcją, bo konkurencji nie ma.
I mają dane o miliardach ludzi, pozwalające przewidywać oraz kształtować ich zachowania, zanim te zdążą przerodzić się w zorganizowany sprzeciw. Postęp pozostaje więc niedemokratyczny w najściślejszym sensie: jego kierunek wyznacza kapitał, a jego owoce trafiają do właścicieli, nie do tych, którzy pracę realnie wykonują.
Demokracja w najlepszym razie reaguje z opóźnieniem i za pomocą prawa, które stara się ugasić pożar wywołany przez zmiany. Nigdy nie ma ostatecznego wpływu i na charakter postępu. Pytanie, kto kontroluje postęp, przestaje być pytaniem ekonomicznym. Staje się pytaniem o to, kto naprawdę rządzi. Luddyści zadali je jako pierwsi.
Buntownicy wygrali w długim okresie
Historia luddystów uczy ważnej rzeczy: ich bunt przegrał w krótkim okresie, ale wygrał w długim. Choć sami luddyści zostali zapamiętani negatywnie, późniejsze brytyjskie ustawodawstwo – zniesienie Combination Acts w 1824 r., Factory Acts z 1833 r., ustawy o zakazie pracy dzieci, kodyfikacja praw związkowych – w dużej mierze odpowiadały na te problemy, z którymi walczyli luddyści.
Państwo socjalne, jest dziedzictwem 150 lat walki, której pierwszym epizodem był bunt luddystów na początku XIX wieku. Bunt nie musi zakończyć się natychmiastowym zwycięstwem, by mieć wpływ na relacje pracy. Często ma znaczenie właśnie dlatego, że pokazuje, gdzie znajduje się granica, której wykorzystywani pracownicy nie chcą przekroczyć.
Pozostaje pytanie: czemu właściwie ma służyć sprzeciw wobec technologii, skoro, jak słyszymy, i tak niczego nie zatrzyma? Odpowiedź jest prosta: nie chodzi o zatrzymanie postępu, lecz o ocalenie wspólnoty, która może być jedyną siłą zdolną okiełznać jego negatywne skutki.
Luddyści bronili sposobu życia, w którym sąsiad znał sąsiada, praca miała rytm pozwalający na obiad z rodziną, a cena towaru była umową między ludźmi, nie wyrokiem algorytmu. Tymczasem szalona logika optymalizacji i pogoni za gigantycznymi zyskami rozrywa tkankę społeczną.
Aplikacje randkowe, które miały łączyć ludzi, wyhodowały pokolenie zmagające się z kryzysem samotności. Media społecznościowe, które miały budować wspólnotę, rozbiły ją na walczące ze sobą plemiona karmione gniewem. Dostawa „w 15 minut” zlikwidowała osiedlowy sklep, w którym ludzie zamieniali ze sobą chociaż kilka słów.
Każda z tych zmian była nam sprzedawana jako wygoda i każda po cichu zabierała kawałek tego, co czyni nas ludźmi żyjącymi razem, a nie obok siebie. Dlatego sprzeciw wobec technologii nie jest tęsknotą za przeszłością, lecz aktem obrony przyszłości, w której wciąż będzie istniało „my”.
Nie chodzi o to, by rozbić serwery, tak jak luddystom nie chodziło naprawdę o rozbicie krosien. Chodzi o to, by odzyskać prawo do zadawania pytania, na które Dolina Krzemowa nigdy nie chce odpowiedzieć: czy konkretna maszyna powinna służyć wszystkim ludziom, czy tylko jej właścicielom?
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
