Wojna rasowa o Helenę Trojańską. Wokół „Odysei” Christophera Nolana
W kinach właśnie pojawia się długo oczekiwana „Odyseja” – hollywoodzka superprodukcja w reżyserii Christophera Nolana. W rolę Heleny Trojańskiej wciela się czarnoskóra aktorka Lupita Nyong’o. Ta decyzja castingowa ponownie rozpaliła, nieco wygasły już, spór o obsadzanie mniejszości etnicznych w adaptacjach dzieł kultury zachodniej. Co ma zarówno swoich przeciwników (zazwyczaj po stronie prawicowej), jak i zwolenników (głównie na lewicy). Obie strony przerzucają się nawzajem argumentami i inwektywami. Sam spór jednak wydaje się tkwić w martwym punkcie. Warto więc go przekroczyć i zastanowić się, co faktycznie mówi o naszej kulturze.
Obecna walka o Helenę nie toczy się już między Achajami i mieszkańcami Ilionu, a pomiędzy progresywistami i konserwatystami. Na pole bitwy wysyłani są kolejni eksperci, argumenty i fakty historyczne.
Do sporu angażuje się lingwistów, rozwodzących się nad słowami użytymi przez Homera do opisu koloru skóry Heleny, etnografów, starających się zrekonstruować wygląd mieszkańców dawnej Anatolii, czy nawet teatrologów, zwracających uwagę na umowność antycznego teatru.
Tego typu rozważania rozmieniają jednak problem na drobne, skupiają się na detalach, tracąc z pola widzenia to, co jest w nim najważniejsze i co sprawia, że ludzie tak bardzo angażują się w pozornie błahe zagadnienie filmowej obsady.
To nie jest zwykła fikcja
Istotę problemu uchwyciła osoba znajdująca się w centrum całej afery, czyli odtwórczyni roli Heleny. W magazynie „Elle” powiedziała, że Odyseja nie jest historycznym dramatem, lecz adaptacją mitologicznej opowieści.
W domyśle – nie ma co troszczyć się o to, czy osoba czarnoskóra mogła być zamieszana w oblężenie Troi. Sądziła zapewne, że to zamyka sprawę, bo przecież dla nowoczesnego człowieka mity są nieistotnym wymysłem.
W rzeczywistości mity są czymś wprost przeciwnym – najważniejszymi opowieściami danej cywilizacji, kształtującymi jej wyobraźnię, aspiracje i poglądy. Samo Hollywood od dekad tworzy współczesne mityczne opowieści – jak choćby sagę superbohaterskich filmów Marvela – promujące określone wartości, symbole i wzorce zachowań.
Sprawa Odysei nie dotyczy jakiegoś tam fikcyjnego opowiadania, tylko mitu, który przez stulecia kształtował tożsamość zachodniego społeczeństwa. Jest to opowieść między innymi o tym, jak człowiek mierzy się ze światem, jak przezwycięża trudności losu, walczy ze swymi słabościami i innymi ludźmi. A także o tym, jak finalnie łączy się ze swoją rodziną i przywraca porządek, który został zachwiany w trakcie jego nieobecności.
Dzieło to stanowiło inspirację dla całych pokoleń Europejczyków, formując pośrednio charakter kontynentu. Można w nim doszukiwać się nawet pewnego pierwowzoru dla charakterystycznego dla Europy indywidualizmu czy humanizmu.
Próbując więc cokolwiek zmienić w tej opowieści, nie zmienia się po prostu bajki – zmienia się część autoidentyfikacji Zachodu. Sposób opowiedzenia historii, użyta symbolika, język i obsada mają znaczenie, bo będą dialogiem z dziedzictwem Starego Kontynentu.
Kolor skóry nie ma znaczenia?
Za poglądem mówiącym, że nie powinniśmy zwracać uwagi na kolor skóry, stoją, skądinąd szlachetne, założenia myśli liberalnej, mówiące iż o wartości jednostki powinny stanowić przede wszystkim jej umiejętności i dokonania, a nie to, z jaką karnacją się urodziła. Obecnie wydaje się, że jest to pogląd bardziej postulatywny niż opisowy, który nie do końca przystaje do pełnej napięć etnicznych rzeczywistości współczesnego Zachodu.
W ciągu ostatnich dekad sam liberalizm zaczął się bowiem zmieniać. W jego klasycznej wersji wolność łączyła się z odpowiedzialnością i racjonalizmem. Jednostka mogła cieszyć się swobodą w ramach ustalonych reguł współżycia społecznego.
Dziś mamy do czynienia z czymś, co można nazwać liberalizmem autokreacji, w którym dominuje przekonanie, że każdy może być każdym, a łamanie norm i przekraczanie ograniczeń jest pożądane, bo staje się dowodem na prawdziwą wolność autoekspresji.
Aby zilustrować tę różnicę, można przywołać film Robin Hood: Książę złodziei z 1991 roku, w którym pojawia się czarnoskóry aktor Morgan Freeman. Mimo że było to 30 lat temu, decyzja nie budziła żadnego sprzeciwu ani kontrowersji. Wprowadzenie przez twórców czarnoskórego bohatera do opowieści wiązało się bowiem z logicznym uzasadnieniem fabularnym, które nie naruszało zasady decorum świata przedstawionego.
Współczesna logika castingowa w kwestii rasowej jest już inna. Nie tylko nie przejmuje się tym, czy określona postać mogła być danego koloru skóry (tzw. color-blind casting), ale też celowo dokonuje transgresji oczekiwań odbiorców co do pochodzenia danej postaci. Pragnie wstrząsnąć przyzwyczajeniami widzów i zmienić ich postrzeganie świata.
Stoi za tym pewna idea, szczególnie popularna na progresywnej lewicy, którą czasem sprowadza się do hasła: „reprezentacja ma znaczenie”. Chodzi o to, że umieszczanie osób z mniejszości w filmach jest ważne, bo ich przedstawiciele będą mogli lepiej utożsamiać się z bohaterami.
Miles Morales jako czarnoskóry Spider-Man zainspiruje młodych Afroamerykanów do bohaterskich czynów. Natomiast wizja Kleopatry o ciemnej karnacji sprawi, iż czarnoskóre dziewczynki poczują, że one także mogą dzierżyć władzę. W tej perspektywie reprezentacja jest ważna dla mniejszości, bo określa ich tożsamość. Ma pokazywać, że ich członkowie mogą aspirować do ról, które w ich kulturze są kojarzone z białymi.
To więc zupełnie inne podejście niż dawna, liberalna obojętność na kolor skóry. Jest ono bowiem świadome podziałów rasowych i siły oddziaływania kodów kulturowych w kształtowaniu ludzkich postaw.
Reprezentacja ma znaczenie
Co więc wygląd Heleny z nowej Odysei nam przekazuje? Nie jest to przecież przypadkowa czy mało znana postać. Nie jest Nickiem Furym z serii filmów o superbohaterach Marvela, który miał kolor skóry inny niż w oryginalne – ale mało kto się tym przejął, bo przed premierą filmów nikt poza fanami komiksu tego bohatera nie kojarzył.
Helena nie jest „znikąd”. W kulturze europejskiej niesie silny ładunek symboliczny. Jak zauważył Jonathan Pageau w swoim wideoeseju, Helena jest nierozłącznie związana z legendarnymi początkami naszej kultury. W końcu Grecy nazywali siebie Hellenami, właśnie od jej imienia, a Rzymianie wywodzili swoje pochodzenie od Trojan.
Niezależnie od tego, czy decyzja reżysera została podyktowana względami estetycznymi, praktycznymi czy koniunkturalizmem, niesie ze sobą znaczenie symboliczne, które w uproszczeniu można sprowadzić do następującego przesłania:
„Epos Homera nie jest już wyłączną własnością etnicznie białych Europejczyków – od tej pory należy do wszystkich ludów i ras (a przynajmniej do wszystkich mniejszości wchodzących w skład amerykańskiego społeczeństwa)”.
Nawet jeśli nikt nie nazwie tego w ten sposób, to tak problem jest odbierany przez obie strony sporu. Dlatego zwolennicy multikulturalizmu się z tego cieszą, a zwolennicy zachowania dawnej tożsamości są temu przeciwni.
Właśnie tu leży sedno sporu. Nie chodzi o historyczne nieścisłości, których w filmie Nolana jest masa (jak choćby dziwaczny hełm Agamemnona), ani o to, czy ktoś jest rasistą i nie chce oglądać czarnoskórych aktorów. W rzeczywistości walka toczy się o to, do kogo należy europejskie dziedzictwo.
Globalizm kontra lokalizm
Mamy do czynienia ze sporem globalistów z lokalistami – tych, którzy chcą zachować przynależność określonych symboli do danych kultur, z tymi, którzy chcą je umiędzynarodowić. W oparciu o ten podział możemy zastanowić się, jakie argumenty ma każda ze stron i wyjść poza standardowe wyzywanie się od „rasistów” i „marksistów”.
Argumenty strony globalistycznej są dość znane i opierają się o uniwersalność ludzkiego doświadczenia. Skoro bowiem uważamy, iż Odyseja to wartościowa historia, to może powinniśmy ją promować jako dzieło ogólnoludzkie?
W takim wypadku obsadzanie aktorów o różnym pochodzeniu pomogłoby trafić z tą opowieścią także do osób, które nigdy o niej nie słyszały. Zresztą sama Lupita Nyong’o przyznała, że zanim dostała angaż do filmu – nie tylko nie czytała Odysei, ale w ogóle nie wiedziała o jej istnieniu. W tym ujęciu uniwersalizacja nie jest oznaką słabości Stanów Zjednoczonych, ale wręcz przeciwnie – ich umiejętności adaptacyjnych, a nawet kulturowego imperializmu. Stanowi próbę poszerzenia oddziaływania i tak już potężnego soft power.
Jeżeli ktoś okazuje słabość, to Europa, która nie potrafi już kręcić filmów o własnym dziedzictwie kulturowym i musi polegać na Wielkim Bracie. Tracą na tym kultury lokalne wciągnięte do wielkiej, hollywoodzkiej maszyny, w której zostają przemielone i przetworzone na popkulturę. Poszczególne elementy dziedzictwa kulturowego zostają wyrwane z kontekstu, zunifikowane, wyprane z niezrozumiałych dla masowego odbiorców elementów i przerobione w produkt łatwostrawny.
W żadnej z głównych ról Odysei nie gra aktor greckiego pochodzenia, nikt nie używa greckiego języka, a same stroje są jedynie luźno inspirowane tamtą kulturą. Jest to twór na wskroś amerykański, korzystający jedynie z wybranych elementów śródziemnomorskiej stylistyki. Pojawia się tu rozziew porównywalny do tego między stekiem zrobionym według lokalnej receptury, z mięsa krów pasących się na pobliskiej farmie, a hamburgerem kupionym w McDonaldzie, który przyrządza się według tego samego wzorca zarówno w Krakowie, jak i w Bangkoku.
Rozmywanie lokalnych tożsamości w teorii ma prowadzić ludzkość do większej jedności. Otwarte pozostaje pytanie, czy ta nowa tożsamość faktycznie byłaby czymś lepszym niż tradycyjne tożsamości lokalne. Bowiem globalizacja sama w sobie nie jest ani dobra, ani zła – wszystko zależy od tego, czemu służy.
Chrześcijaństwo miało w sobie globalistyczne zacięcie, a jego celem było szerzenie określonych wartości moralnych, nawracanie oraz zbawienie ludzi na całym globie. Ale komuniści również byli globalistami – promowali znoszenie podziałów narodowych i etnicznych po to, aby na całym świecie mogła zapanować ideologia komunistyczna, a wszyscy stali się poddanymi jednej, totalitarnej partii.
Wszystko więc zależy od tego, jakie wartości będzie promować Odyseja i inne filmy hollywoodzkie. Czy będą to wartości jednoczące ludzi i rozwijające ich duchowo, czy może przeciwnie – wywołujące w nich poczucie osamotnienia, zagubienia i pustki.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
