Gianni Infantino, technologia i wielkie pieniądze. Piłka nożna nie umarła dziś
Za kolejne dwie dekady dzisiejsi 11-latkowie będą utyskiwać, że kiedyś to byli twardziele jak Gyokeres, a nowi piłkarze to dbają bardziej o fryzurę. Oni również za 20 lat, będąc już dorosłymi, pracującymi obywatelami, zobaczą nowe pokolenie i to już nie będzie to pokolenie, co kiedyś. Nie może być, bo człowiek dzieciństwo przeżywa tylko raz.
Polacy nie żyją mundialem?
Często słyszę narzekania na współczesny futbol. Wyraz frustracji w związku z kształtem tej dyscypliny AD 2026 dał na łamach Klubu Jagiellońskiego Konstanty Pilawa, a ostatnio również prof. Rafał Chwedoruk w rozmowie z Rochem Zygmuntem.
Oczywiście, mundial 2026 skupia w sobie kilka czynników, które obniżają nasze zainteresowanie. Przede wszystkim po raz pierwszy od 12 lat na dużą imprezę nie zakwalifikowała się Polska, a nadwiślański kibic zdążył się już odzwyczaić, że nie ma nas na wielkich turniejach.
Drugi powód, dla którego trudniej żyć tym turniejem, jest różnica czasu. Większość spotkań rozgrywana jest w godzinach nocnych polskiego czasu. To naturalnie zniechęca wiele osób, zwłaszcza dorosłych, które nie mają wakacji. Z drugiej jednak strony – nie możemy oczekiwać, że każdy turniej będzie europocentryczny.
Mimo tych przeciwności, według sondażu CBOS 45% Polaków deklaruje zainteresowanie mundialem, a 51% obejrzało co najmniej jeden mecz. Podobne badanie pracownia przeprowadziła w 2014, kiedy po raz ostatni na mundialu brakowało Polski. Pytania zadano przed mundialem i niestety sformułowano je inaczej niż dzisiaj, ale jedną wartość można porównać.
Wówczas 45% ankietowanych deklarowało, że nie będzie oglądać transmisji. Dane zestawiające zainteresowanie mundialem w 2026 i piłką nożną w 2014 niemal się nie różnią. To pokazuje, jak niewielka zmiana zaszła w emocjach polskiego społeczeństwa względem najważniejszej z nieważnych rzeczy.
Wielokrotnie podnoszonym argumentem przeciwko trwającym właśnie mistrzostwom świata było także zwiększenie liczby drużyn – z 32 do 48. Mimo że zmiana ta jest w oczywisty sposób podyktowana chęcią osiągnięcia wyższych dochodów, nie jest ona czymś nowym.
Liczbę uczestników turnieju zwiększano w 1934, 1982, 1998 i teraz w 2026. Za każdym razem budziło to pewne kontrowersje. Nie spełniły się jednak czarne sny malkontentów o dopuszczaniu przypadkowych drużyn, a nawet wskazywane jako niepoważne Curacao czy Republika Zielonego Przylądka zdobyły punkty podczas turnieju.
Inflacja liczby drużyn spowodowała inny problem. Ze względu na rozszerzenie turnieju w fazie grupowej odpada zaledwie ⅓ zespołów (wcześniej ½) a większość drużyn z 3. miejsca gra dalej. Zaburzyło to emocje grupowe i obniżyło stawkę meczów w pierwszej części imprezy.
Z drugiej strony – mimo tych negatywnych konsekwencji, nowy system dał szansę zabłysnąć wielu nacjom i napisać piękne mundialowe historie. A większa stawka powróci wraz z kolejną fazą turnieju.
FIFA już od dawna toleruje reżimy
Oczywiście, wiele z zarzutów kierowanych w stronę FIFA jest zasadnych. Kapitalistyczna chciwość i wyciskanie każdego grosza kosztem sportu? Oczywiście. Miłe spotkania z dyktatorami? Oczywiście. Korupcja i oszustwa? Oczywiście.
Tylko czy to faktycznie jakaś nowa jakość? Katar otrzymał możliwości organizacji mundialu w 2022 roku za sprawą korupcji.
Działo się to w 2010 roku, kiedy po piłkarskich boiskach biegali wspomniani przez Konstantego Pilawę Paul Scholes, Rio Ferdinand czy Wayne Rooney. W 2002 roku na mundialu prawdopodobnie kupowano mecze, żeby gospodarze zaszli dalej w turnieju.
Sędziowskie cuda w ⅛ finału i ćwierćfinale oraz późniejsze skazanie jednego z arbitrów tych spotkań za korupcję (na mundialu jej nie udowodniono) bardzo uprawdopodabniają ten scenariusz.
Również w kwestii dobrych relacji z dyktatorami Gianni Infantino nie jest żadnym trendsetterem. Oczywiście bryluje on na salonach państw, dla których prawa człowieka nie są normą. Ostatnie mundiale odbywały się w Katarze, gdzie do budowy stadionów stosowano w praktyce niemal niewolniczą pracę, oraz w Rosji, która 4 lata wcześniej napadła Ukrainę, zaś 8 lat wcześniej – Gruzję.
To jednak nic nowego. W 1986 roku, podczas poprzedniego mundialu, którego gospodarzem był Meksyk, temu państwu wiele brakowało do demokracji. Prześladowano opozycję, stosowano cenzurę, fałszowano wybory. Nie przeszkadzało to FIFA. W 1934 roku drugie mistrzostwa świata odbywały się w faszystowskich Włoszech Benito Mussoliniego.
Jeżeli więc mielibyśmy konsekwentnie uważać, że tolerowanie niedemokratycznych, autorytarnych reżimów przez światową federację dowodzi tego, że piłka nożna się skończyła, to skończyła się na długo, zanim w ogóle się zaczęła.
Technologia pomaga w sprawiedliwej rywalizacji
Dziwi mnie również narzekanie na technologię obecną we współczesnym futbolu. Jest ona obecna na stadionach od lat. VAR zaś to jedna z najlepszych rzeczy, jaka przytrafiła się piłce nożnej w ostatnich latach.
Błędy sędziowskie – szczególnie te rażące i „ważące” w kontekście wyniku – nie miały wiele wspólnego ze sportowym współzawodnictwem, zwłaszcza że technologia umożliwiająca szybką weryfikację od dawna była dostępna.
Błędy sędziów widział każdy, bo kamery dawały nam jako widzom możliwość zobaczenia powtórek. Nie było nic zdrowego w tym, że każdy telewidz mógł zobaczyć, jak wyglądała sytuacja, a wyłącznie arbiter był w swojej wiedzy ograniczony. Logika podpowiada, żeby to właśnie sędzia miał największą wiedzę i szeroką możliwość weryfikacji sytuacji.
Czy sędziowie wyglądają dziś jak cyborgi, bo mają mikrofon i kamerkę? Kamerkę, która pozwala lepiej zrozumieć drugiego człowieka, jakim jest sędzia, i daje możliwość kibicom dostrzec jego perspektywę. Nawet jeśli ten wygląd miałby nam w czymś przeszkadzać – a nie wiem dlaczego miałby – to jest to cena, którą jako kibic mogę zapłacić.
Nieporozumieniem jest natomiast zarzut – również formułowany przez Pilawę – w myśl którego to sztuczna inteligencja podejmuje decyzję za sędziego. Pół-automatyczny VAR pomaga wyrysować linię spalonego, co usprawnia pracę arbitrów, ale to człowiek ostatecznie sprawdza pracę maszyny i podejmuje decyzję.
Można stwierdzić, że jest to zastosowanie sztucznej inteligencji zgodnie z tym, co w encyklice Magifica humanitas proponuje nam Ojciec Święty Leon XIV. Technologia służy człowiekowi i to on bierze za nią odpowiedzialność.
Nie musimy również drżeć o to, co stanie się, jeśli zabraknie AI. Technologia jest zawodna i już nie raz widzieliśmy tego dowód. Wówczas mecze były sędziowane jak dawniej, po prostu nieco częściej sędziowie się mylili (również – jak dawniej). Rezygnacja z technologii prowadziłaby nas do sytuacji, w której każdy mecz byłby dotknięty problemami, które teraz mamy tylko wtedy, gdy sprzęt zawiedzie.
Kiedyś to (nie) były czasy
Na koniec warto zmierzyć się z mitem, jakoby dziś piłkarze byli przepłacony gwiazdami, a niegdyś self-made manami z klasy ludowej.
„Ekipa Manchesteru United wychodzi na miasto. Jest 2005 rok, mam 11 lat i właśnie przeżywam apogeum fascynacji piłką nożną. To zdjęcie jest jak pocztówka z dawno zapomnianego świata.
Na pierwszym planie Wayne Rooney, Paul Scholes i John O’Shea, na drugim – Rio Ferdinand, Alan Smith i Ruud van Nistelrooy. Nikt nie chciałby ich spotkać w ciemnym zaułku. Wyglądają jak robotnicy, którzy przed chwilą skończyli pracę w fabryce i właśnie wybierają się na piwo do pubu” – pisał na tych łamach wiceprezes Klubu Jagiellońskiego.
Wizja tych twardzieli zestawiona jest z napastnikiem szwedzkiej reprezentacji, który powiedział „[…] włosy mają szczególne znaczenie dla piłkarzy i są nawet traktowane jako fetysz. Podczas wielkich turniejów nasze twarze są oglądane przez miliony widzów”.
To o tyle paradoksalne, że jednym z piłkarzy najlepiej pasujących do słów owego napastnika jest nie kto inny jak Rio Ferdinand, który częścią swojego wizerunku uczynił charakterystycznie zaplecione warkoczyki.
Lata 00. to wręcz złota era charakterystycznych fryzur, a Manchester United jest wręcz klasycznym tego przykładem. Co prawda nie było już w tym zespole wówczas Davida Beckchama, który jak rewię mody przeniósł z Old Trafford na Santiago Bernabeu, ale godnym następcą był grający już wtedy dla Czerwonych Diabłów Cristiano Ronaldo, który słynął wówczas z pasemek i obfitego korzystania z żelu do włosów.
Wszyscy wymienieni przez Pilawę piłkarze zarabiali przy tym astronomiczne kwoty, nieosiągalne dla zwykłego człowieka. W 2005 roku Wayne Rooney inkasował 50 tysięcy funtów tygodniowo. Pieniądze w piłce od tego czasu zrobiły się jeszcze większe, ale już wtedy było to turbokapitalistyczne show. Po prostu jako dzieci nie zwracaliśmy na to aż takiej uwagi.
Dziś patrzymy na gwiazdy nowego pokolenia z większym sceptycyzmem, ale nie wątpię, że wśród młodszych fanów są tacy, którzy zachwycają się twardym wikingiem Haalandem, dorastającym w skromnej pracowniczej rodzinie Gyokeresem – wychowanym w twardej dyscyplinie, który po założeniu maski (cieszynka) może budzić grozę i nie chcielibyśmy go spotkać w ciemnym zaułku wieczorem.
Być może 20 lat temu dorośli fani piłki również narzekali, że to już nie to pokolenie, że dawniej to była gra dla klasy ludowej, a dzisiaj mamy wypacykowane marki osobiste jak Rio Ferdinand, Alan Smith i Ruud van Nistelrooy.
Za kolejne dwie dekady zaś dzisiejsi 11-latkowie będą utyskiwać, że kiedyś to byli twardziele jak Gyokeres, a nowi piłkarze to dbają bardziej o fryzurę. Oni również za 20 lat, będąc już dorosłymi, pracującymi obywatelami zobaczą nowe pokolenie i to już nie będzie to pokolenie, co kiedyś. Nie może być, bo człowiek dzieciństwo przeżywa tylko raz.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
