Filip Rudnik: Powrót Rosji do światowego sportu jest nieunikniony
Dużym impulsem do tego, by normalizować obecność Rosjan na różnych międzynarodowych gremiach, jest postać Donalda Trumpa i jego słowa o grze mocarstw, które w praktyce relatywizują działania Kremla. Poza tym, międzynarodowy sport wykracza poza Europę. W krajach – szeroko rzecz ujmując – Globalnego Południa agresję Rosji postrzega się inaczej niż u nas czy na Zachodzie. Te kraje są za normalizacją obecności Moskwy na zawodach sportowych, bo na napaść patrzą jak na europejską, regionalną awanturę – mówi Filip Rudnik.
Dlaczego Międzynarodowy Komitet Olimpijski akurat teraz postanowił wycofać rekomendację w sprawie zawieszenia udziału w zawodach rosyjskich sportowców?
Złożyło się na to kilka rzeczy. Po pierwsze, kilka federacji poszczególnych dyscyplin już przetarło szlak. W 2025 roku dopuszczono rosyjskich sportowców do udziału w zawodach judo, a krótko przed wspomnianą przez ciebie decyzją podobną drogą poszła federacja szermiercza. Rosyjska agresja na Ukrainę opatrzyła się światu, a kremlowski lobbing w sprawie zniesienia barier również daje o sobie znać.
Po drugie, kilka osób w otoczeniu prezydenta USA – między innymi Paolo Zampolli, wysłannik Białego Domu ds. globalnych partnerstw – jest żywotnie zainteresowanych tym, żeby Rosjanie wystąpili na igrzyskach w Los Angeles w 2028 roku. Czas ucieka, więc żeby tak się stało, trzeba zacząć działać.
Po co Amerykanom Rosjanie na tej imprezie?
Część osób uważa, że im więcej reprezentacji sportowych – w tym przedstawicieli Rosji – tym lepiej dla prestiżu igrzysk. Będą one miały szczególny wymiar także dlatego, że staną się zwieńczeniem drugiej kadencji Donalda Trumpa.
Trzecim powodem, dla którego MKOl otworzył Rosjanom furtkę do światowego sportu, jest fakt, że przewodnicząca tej instytucji Kirsty Coventry osobiście uważa, że nie powinno się karać sportowców za to, co robią rządy, co było wyraźnym nawiązaniem do sytuacji Rosjan.
Na płaszczyźnie formalnej – jak rozumiem – MKOl nigdy wprost nie zakazał rosyjskim sportowcom udziału w rozgrywkach, ale wydał w tej sprawie rekomendację, do której poszczególne federacje się zastosowały.
Tak. Poszczególne federacje podejmują autonomiczne decyzje, natomiast stanowisko MKOl-u to z perspektywy Moskwy pozytywny sygnał do normalizacji stosunków. Zresztą niedługo po nim Międzynarodowa Federacja Siatkarska podjęła decyzję o przywróceniu Rosjan. Widzimy więc, że decyzja przyniosła skutki.
Mówisz, że decyzja MKOl-u wynikła z tego, że światu opatrzyła się wojna na Ukrainie. Ale jak w oficjalnych komunikatach tłumaczy się to praktyczne odwieszenie Rosjan?
Podstawą do zawieszenia rosyjskich sportowców w 2023 roku był fakt, że w skład Rosyjskiego Komitetu Olimpijskiego włączono nielegalnie okupowane obszary Ukrainy. Kreml jednak zmienił strukturę swojego komitetu w taki sposób, że nie ma on dziś charakteru terytorialnego, a jest po prostu zrzeszeniem konkretnych federacji poszczególnych dyscyplin.
Stworzono zatem fikcję, która miała stać się pretekstem, by MKOl wycofał rekomendację. Jednocześnie jednak część tzw. Z-patriotów ostro skrytykowała tę decyzję RKO.
Uznali, że to uległość wobec Zachodu?
Tak. Argumentowano, że to zostawienie na lodzie rosyjskich sportowców z tych okupowanych terenów oraz że to gra pod dyktando Zachodu. Dlatego właśnie minister sportu Michaił Diegtiariew powiedział, że Kreml absolutnie od nikogo się nie odcina, gdyż konstytucja Federacji Rosyjskiej rozpoznaje terytorium Rosji włącznie z ŁRL i DRL, wobec czego wszyscy sportowcy są dopuszczeni do aktywności w ramach RKO.
To pokazuje, że decyzja MKOl-u jest oparta na fikcyjnych przesłankach. Oczywiście w oświadczeniu komitetu zastrzeżono, że potępiona zostaje rosyjska agresja na Ukrainę i przypomina się, że MKOl solidaryzuje się z ukraińskimi sportowcami. To jednak tylko puste słowa.
Jak ta decyzja wpisuje się w klimat debaty o Rosji w świecie Zachodu i sytuację na froncie rosyjsko-ukraińskim?
Dużym impulsem do tego, by normalizować obecność Rosjan na różnych międzynarodowych gremiach, jest postać Donalda Trumpa i jego słowa o grze mocarstw itd., które w praktyce relatywizują działania Kremla. Zaczęto odbierać amerykańską głowę państwa jako kogoś, kto nie potrafi nazwać agresora agresorem i porównuje napaść Rosji do bijatyki pomiędzy dziećmi.
Poza tym musimy pamiętać, że międzynarodowy sport wykracza poza Europę. W krajach – szeroko rzecz ujmując – Globalnego Południa agresję Rosji postrzega się inaczej niż u nas czy na Zachodzie. Te kraje są za normalizacją obecności Moskwy na zawodach sportowych, bo na napaść patrzą jak na europejską, regionalną awanturę.
Dobrze to widać w tych dyscyplinach, w których rosyjscy zawodnicy zawsze byli mocni, a których turnieje odbywały się poza Europą.
Masz na myśli jakiś konkretny przykład?
W 2025 roku Grand Slam w judo miał miejsce w Abu Dhabi i był to jeden z pierwszych turniejów, w których Rosjanie mogli występować pod swoją flagą. Co więcej, judocy, którzy wzięli udział w tych zawodach, niejednokrotnie – jak w przypadku wielu dyscyplin – zdobywali pierwsze szlify w klubach wojskowych czy milicyjnych.
Ale nawet jeśli ów Zachód sumarycznie nie przeważa, jeśli chodzi o reprezentacje na zawodach światowej rangi, to jednak trzeba oddać, że są to państwa bardzo głośne. Każda impreza, w której mieliby wziąć udział zarówno Rosjanie, jak i przedstawiciele np. państw Unii Europejskiej, to gwarantowana awantura. To się opłaca organizatorom?
Po pierwsze, za rosyjskim sportem idą reklamodawcy i ich pieniądze. Po drugie, kreuje się wizerunek, w myśl którego Rosja oferuje poważny rynek sportowy.
Kreml bardzo tego potrzebuje, bo np. rosyjski futbol mocno stracił po 2022 roku. Europejscy zawodnicy nie jeżdżą do Rosji, nie ma też rozgrywek klubowych pomiędzy zespołami z Zachodu a tymi z Moskwy czy Petersburga. Co za tym idzie – reklamodawcy mniej chętnie łożą na rosyjską piłkę.
Co do determinacji Europy, by powstrzymać normalizację Rosji, to zobaczymy, jak się sprawy potoczą. Nie wiem, na ile poważnie można traktować doniesienia „The Guardian”, w myśl których UEFA będzie chciała zastopować dążenia Gianniego Infantino do tego, by przywrócić Moskwę do światowej piłki.
Gdyby tak było, to europejska federacja faktycznie mogłaby odegrać poważną rolę hamulcowego. Sądzę natomiast, że pomimo wzmożenia i krytyki MKOl-u, z którą mamy obecnie do czynienia, to nawet w Europie są tacy, którym powolne przywracanie Rosji byłoby na rękę.
Co masz na myśli?
Wydaje mi się, że to mechanizm podobny jak przy nakładaniu europejskich sankcji. Państwa starej Unii mają dziś problem, bo zniknął Orbán, na którego zawsze można było zrzucić odpowiedzialność za to, że pakiety sankcyjne są rozwodnione.
To była sytuacja bardzo wygodna, bo Niemcy czy Francja mogły retorycznie prężyć muskuły, a w praktyce – nie robić więcej niż pozwalał na to premier Węgier. Dziś poniekąd Bułgarzy przejęli tę rolę, ale mimo to Berlin i Paryż będą tonować swoje stanowiska na posiedzeniach Rady, bo nie chcą tak agresywnej polityki wobec Rosji, jak my czy Bałtowie.
Wniosek z tego jednak byłby taki, że w mentalu państw Zachodu niewiele się zmieniło względem czasów tzw. resetu z Rosją.
Nie chodzi tylko o mental Zachodu. Przypomnijmy sobie, jak szerokim gestem Węgrzy przyjmowali pod swoje skrzydła rosyjskich sportowców. Pęd do normalizacji stosunków z Rosją jest moim zdaniem nieunikniony. Widzimy to także w kulturze. Podczas weneckiego Biennale Rosja wystawiła swój pawilon.
Pewnym kontekstem oswajania powrotu Rosji na światowe salony są również hasła mówiące o tym, że kultura i sport powinny pozostać „apolityczne”.
To nic nieznaczące frazesy. Nigdy nie było tak, że te dziedziny w jakiś magiczny sposób odizolowywano od polityki. Akurat w Rosji związek pomiędzy władzą a sportem i kulturą jest na tyle widoczny, że naprawdę trzeba się porządnie postarać, by go nie dostrzec.
Wspomniany pawilon na Biennale był organizowany pod bardzo ścisłą ochroną państwa. Kobieta, która go tworzyła, współpracuje z wnuczką Siergieja Ławrowa. Rosyjscy judocy, o których mówiliśmy, posiadają rangi wojskowe.
Kuratela państwa nad sportem i kulturą jest więc szeroka i – prawdę mówiąc – od 2022 roku coraz szersza. Nie jest możliwe, by dziś w Rosji prowadzić międzynarodową działalność sportową lub kulturalną i nie mieć na to jakiejś państwowej zgody. Samowolka kończy się najprawdopodobniej albo koniecznością emigracji, albo więzieniem.
Jak działa rosyjski lobbing, którego celem jest powrót Rosjan do światowego sportu?
Przede wszystkim korzysta z krajów pozaeuropejskich, z którymi Kreml ma zażyłe stosunki, jak ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Tam Rosja może wykorzystać swoją dobrą prasę i kontakty osobiste oraz finansowe.
Często używa się przy tym argumentu, że przecież na sankcjach wobec sportowców z Rosji cierpią młodzi zawodnicy, którzy nie są winni decyzji rządu, szczególnie że gdy wybuchła wojna w 2014 roku, to byli dziećmi albo nastolatkami.
Gianni Infantino posłużył się też tym argumentem, dodając, że niejeżdżenie przez Rosjan na światowe zawody działa na ogólną niekorzyść dla wszystkich. Kreml próbuje więc grać na nucie zdroworozsądkowego w teorii współczucia wobec młodych i niezależnych sportowców.
Ale dotąd ci niezależni zawodnicy mogli brać udział w międzynarodowych imprezach, jeśli zgodzili się na występ pod neutralną flagą i zostali pomyślnie zweryfikowani pod kątem dopingu i poparcia dla wojny.
To prawda, choć dla części rosyjskiej opinii publicznej – publicznej w cudzysłowie – takie osoby były utożsamiane ze zdrajcami. Z tego powodu wiele osób rezygnowało z udziału, bo nie chciało mierzyć się z noszeniem takiej propagandowej łatki.
Chodziło oczywiście głównie o sporty indywidualne, bo w tych drużynowych dużo trudniej byłoby namówić ileś osób do zgody na występ pod neutralną flagą. Szczególnie jeśli nie jest to taki sport jak tenis, w którym komponent finansowo-przygotowawczy bardziej zależy od zawodnika niż federacji, którą reprezentuje.
Państwo w jakiś sposób rekompensowało sportowcom ten brak startu w międzynarodowych zawodach?
W pewnym sensie tak. Zwiększono dotacje dla rosyjskich federacji i komitetu olimpijskiego, natomiast główną rekompensatą miała stanowić organizacja alternatywnych imprez – Igrzysk Przyjaźni i Igrzysk BRICS. One miały wyrównać straty za to, że Rosjanie są poza międzynarodowym obiegiem oraz brak transmisji igrzysk z Paryża w oficjalnych mediach. Zawody pokazywały tylko stacje alternatywne.
Z drugiej jednak strony – przebieg tych rosyjskich zawodów był dość komiczny. Dochodziło do sytuacji, w których w pewnych dyscyplinach występował wyłącznie jeden zawodnik.
Czyli jednak nie udało się zmobilizować do udziału tej prorosyjskiej bańki pozaeuropejskich państw?
Nie udało się. Jeśli – dajmy na to – chiński sportowiec miałby przygotowywać się na rosyjską imprezę albo na Igrzyska Olimpijskie, to bez wahania wybierze ten drugi wariant.
Czemu służyło to sportowo-biznesowe perpetuum mobile, które Rosjanie rozkręcili? Rozumiem chęć demonstrowania potęgi na płaszczyźnie wyników czy medali, ale z drugiej strony taki Gazprom przez wiele lat wykładał ciężkie pieniądze na Ligę Mistrzów, mimo że Zenit Sankt Petersburg czy CSKA Moskwa nie liczyły się na poważnie w tych rozgrywkach.
W Zenicie do dziś grają może nie topowi, ale bardzo dobrzy zawodnicy światowi. Dzięki pieniądzom z Gazpromu udało się z drużyny z Petersburga uczynić namiastkę europejskiego futbolu w Rosji. Mimo że poziom tamtejszej ligi jest bardzo nierówny, to Zenit z pewnością wyróżnia się in plus.
Co do Gazpromu – jeśli przypomnimy sobie słowa szefa Gazpromu Aleksieja Millera z 2008 roku, mówiące o tym, że będzie to największa spółka na świecie i że osiągnie poziom biliona dolarów kapitalizacji, to musimy pamiętać, że taka ekspansja wymaga odpowiedniej prezencji.
Gazprom chciał to robić, sponsorując Ligę Mistrzów i konkretne kluby, np. Schalke 04 Gelsenkirchen. Przez wiele lat to działało, byliśmy przyzwyczajeni do widoków banerów Gazpromu na stadionach czy w telewizji. Była to manifestacja wpływu i soft power Kremla.
Poza tym dochodzi tu ten czynnik, o którym wspomniałeś. Rosjanie chcą jeszcze raz poczuć się jak w czasach Związku Radzieckiego, kiedy rywalizowali jak równy z równym z drugim supermocarstwem, czyli Stanami Zjednoczonymi, i wschodzącym mocarstwem – Chinami. Dla rosyjskiego samopoczucia to ważne, by mieć powody do uznania się za supermocarstwo, mimo że obiektywnie ich liczba maleje.
W 2027 roku odbędą się w Polsce mistrzostwa świata w siatkówce, a federacja tej dyscypliny dała niedawno Rosji zielone światło na powrót do rywalizacji. Co się może wydarzyć? Spodziewasz się bojkotu tej imprezy z naszej strony, jeśli faktycznie Rosjanie mieliby wziąć w niej udział?
Nie mam pojęcia, co się wydarzy. Aktywność działaczy sportowych często owiana jest specyficznym nimbem tajemniczości i nietransparentności. Powinni oni na pewno – podobnie jak polscy politycy – podnosić, że rosyjski sport nie jest wolny od polityki, a decyzja o przywróceniu Rosjan do występów i wywindowaniu ich w rankingu – mimo że od dawna nie brali udział w poważnych turniejach – to skandal.
Gdyby sytuacja stanęła na ostrzu noża, to uważałbym bojkot za wskazany. Rosjanie nie usunęli przyczyn, dla których kilka lat temu objęto ich sportowców sankcjami. Okupowane terytoria wciąż są okupowane, a tamtejszy sport ma bezpośredni związek z Kremlem.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
Roch Zygmunt
Filip Rudnik

