Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Ciche pożegnanie z ostatnim prawdziwym Rzecznikiem Praw Obywatelskich

Ciche pożegnanie z ostatnim prawdziwym Rzecznikiem Praw Obywatelskich Źródło: commons.wikimedia.org

W Polsce Rzecznikiem Praw Obywatelskich zostawał zazwyczaj szanowany nauczyciel akademicki, często z doświadczeniem pracy w administracji publicznej. Uosobieniem tego modelu był żegnający się ze stanowiskiem prof. Marcin Wiącek, który prezentował merytoryczny sposób wypowiedzi i wobec bardzo trudnego politycznego krajobrazu starał się unikać partyjnej afiliacji. Niestety, wygląda na to, że z dotychczasowym standardem sprawowania tego urzędu możemy się bezpowrotnie pożegnać.

Spośród trzech organów kontroli państwowej i ochrony prawa, które w rozdziale IX przewiduje Konstytucja RP – Najwyższej Izby Kontroli, Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz Rzecznika Praw Obywatelskich – jedynie ten ostatni uniknął poważnych kryzysów wizerunkowych, trwale podważających zaufanie obywateli.

O ile działalność KRRiT wciąż odbiega od konstytucyjnych założeń, a NIK wchodzi w okres stabilizacji po wielu politycznych turbulencjach (z działalnością byłego prezesa Mariana Banasia na czele), to RPO zdaje się zachowywać, pomimo upływu lat i kolejnych kadencji Sejmu, niekwestionowaną legitymację społeczną. W dodatku, jest obecnie jedynym, respektowanym w równej mierze przez wszystkich organem państwa w obszarze szeroko rozumianego wymiaru sprawiedliwości.

W takim klimacie, ze stanowiskiem tym żegna się Marcin Wiącek, który zajmował je od 2021 r., utrwalając w ten sposób tradycję sprawowania go przez wszystkich dotychczasowych Rzeczników przez tylko jedną kadencję, z dwóch dopuszczalnych przez prawo. Wszystko wskazuje na to, że zastąpi go Sylwia Gregorczyk-Abram – prawniczka znana powszechnie z aktywności w organizacjach pozarządowych (m.in. jedna z twórców inicjatywy Wolne Sądy).

Zgodnie z ustawą zasadniczą, Rzecznik „stoi na straży wolności i praw człowieka i obywatela”, a przepisy regulujące jego działalność przewidują, że może być nim jedynie „obywatel polski wyróżniający się wiedzą prawniczą, doświadczeniem zawodowym oraz wysokim autorytetem ze względu na swe walory moralne i wrażliwość społeczną”.

Nie mamy więc do czynienia ze sztywno określonymi wymaganiami formalnymi, a raczej wskazaniem na kluczową wagę przymiotów charakteru i kompetencji osoby, która sprawuje ten urząd. Tym większego znaczenia nabiera procedura wyboru i grono przedstawionych kandydatów. Niestety, na obu tych płaszczyznach jesteśmy właśnie świadkami drastycznego pogorszenia standardów.

Rozsądek ma swoją cenę

Przyglądając się osiągnięciom prof. Marcina Wiącka w roli Rzecznika Praw Obywatelskich, warto przypomnieć, że sam wybór jego kandydatury był efektem wyjątkowo rozsądnego, jak na standardy polskiego parlamentaryzmu, kompromisu. W ramach transakcji wiązanej pomiędzy PSL-em a Zjednoczoną Prawicą objął on urząd RPO – wówczas jako konstytucjonalista z UW, kojarzony ze środowiskami Ludowców i partii Jarosława Gowina – a prezesem IPN-u został nie kto inny jak Karol Nawrocki.

Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że okoliczności wyboru prof. Wiącka były w pewnym sensie zwiastunem stylu, w jakim sprawować on będzie urząd Rzecznika. Prezentował on bowiem wyważony, merytoryczny sposób wypowiedzi i wobec bardzo trudnego politycznego krajobrazu starał się unikać kontrowersji, a tym bardziej partyjnej afiliacji.

Miarą słuszności jego postępowania mogą być pretensje kierowane pod jego adresem z obu stron debaty publicznej. Jednoznacznie krytykował procedurę tzw. pushback’ów w czasie kryzysu na granicy polsko-białoruskiej czy późniejsze zawieszenie prawa do azylu przez rząd Donalda Tuska.

Potrafił jednak narazić się aktywistom, doprowadzając nawet do protestów przed siedzibą RPO, gdy odwołał z funkcji swojego zastępcy dr Hannę Machińską, współpracującą wcześniej z Adamem Bodnarem i znaną medialnie m.in. z kontrowersyjnej działalności na granicy czy dużego zaangażowania w pracę organizacji wspierających LGBTQ+.

Wskazując na kryzys władzy sądowniczej jako największe wyzwanie z punktu widzenia przestrzegania wolności i praw człowieka w Polsce, nawoływał do wdrożenia standardów wynikających z orzecznictwa ETPCz i TSUE w tej sprawie. Jednocześnie w jasny sposób krytykował tzw. ustawę praworządnościową Waldemara Żurka, odmawiając jednoznacznego odebrania statusu sędziego wszystkim sędziom powołanym przez „neo-KRS”, którą to nadal jednak uważał za niekonstytucyjną.

Poprzez swoją działalność starał się zwracać uwagę na fakt, który często umyka politykom i rozemocjonowanym komentatorom – za kryzys tak bardzo istotnych instytucji państwa, niezależnie od jego winowajców, płacą zawsze pojedynczy obywatele. Niestety zazwyczaj ci, którym sytuacja ekonomiczna nie pozwala latami czekać na wyrok czy wynająć najlepszych pełnomocników.

Codzienność Biura RPO to jednak przede wszystkim mozolna, urzędnicza praca. W ubiegłym roku wpływało do niego średnio 70 nowych spraw dziennie. Prof. Wiącek zwracał także uwagę na rosnącą liczbę wniosków dotyczących problemów z legalizacją pobytu cudzoziemców oraz ciągłe trudności we współpracy ze służbami w kwestii prewencji tortur i standardów traktowania osób zatrzymanych. Jednym słowem – sprawy, którym najlepiej służy instytucjonalny spokój.

Ale to już było

Niestety, choć chciałbym mylić się w tej kwestii, wygląda na to, że z dotychczasowym standardem sprawowania tego urzędu możemy się bezpowrotnie pożegnać. Najważniejszą tego przyczyną nie są jednak zgłoszone kandydatury czy ewentualne poglądy polityczne przyszłego Rzecznika, lecz sam sposób podejścia klasy politycznej do tego wyboru.

Osoba, która przed Sejmem będzie ślubować „strzec wolności i praw człowieka i obywatela” oraz bezstronnie wypełniać powierzone jej obowiązki, zostanie wyłoniona na to stanowisko wskutek decyzji podjętej w zamkniętym kręgu liderów koalicji rządzącej. Bez realnej debaty publicznej na ten temat czy choćby bez zaproponowania alternatywnych kandydatów przez Lewicę lub PSL.

Możemy także założyć, że za wyborem nowego Rzecznika nie będzie stać szczera intencja zadbania o ochronę praw obywatelskich w nadchodzących latach. Jak słusznie wskazuje na łamach portalu Zero Szymon OsowskiPrezes Zarządu Stowarzyszenia Sieć Obywatelska Watchdog Polska – nie ukrywający zresztą bliskości ideowej z mec. Gregorczyk-Abram, sprawowanie przez nią tego stanowiska będzie kontrskuteczne w wymiarze społecznym, a każda ważniejsza interwencja zostanie zakwestionowana przez co najmniej połowę sceny politycznej.

Kandydatka KO nie tylko bowiem wielokrotnie występowała przeciwko rządom Zjednoczonej Prawicy w gronie najbardziej zagorzałych „obrońców praworządności” czy uczestniczyła w niesławnej „grupie Wejście” przygotowującej groteskowe przejęcie TVP po 13 grudnia 2023 r.

W ubiegłym roku została przewodniczącą Komisji do spraw wyjaśnienia mechanizmów represji wobec organizacji społeczeństwa obywatelskiego oraz działaczy społecznych w latach 2015–2023, a więc płatną pracowniczką Ministerstwa Sprawiedliwości kierowanego przez Waldemara Żurka. Niezależnie od oceny jej dotychczasowej działalności i niewątpliwych kompetencji prawniczych budzi to naturalne wątpliwości co do bezstronnego charakteru jej kandydatury.

Ten sam zarzut odnosi się niestety także do kontrkandydata mec. Gregorczyk-Abram, zgłoszonego przez PiS Adama Borowskiego. Nie można zaprzeczyć jego zasługom w walce o polską suwerenność w czasach antykomunistycznej opozycji ani poczuciu niesprawiedliwości, jaka spotkała go ze strony władzy sądowniczej w niedawnym konflikcie z Romanem Giertychem. Mimo to trudno poważnie traktować tę kandydaturę.

Człowiek pozostający w aktywnym sporze z politykami KO, który w ubiegłym roku wszedł w skład komitetu wspierającego kandydaturę Karola Nawrockiego na prezydenta RP, a następnie został powołany na członka jednej z prezydenckich rad, nie byłby w stanie w wiarygodny sposób przeprowadzać interwencje kontrolujące działalność polityków z obu tych środowisk.

Mamy więc do czynienia z kolejnym przykładem demonstracyjnego braku poszanowania dla instytucji państwa, jednego z grzechów głównych prawicy w III RP. Wydaje się bowiem, że pozycja i legitymacja społeczna Rzecznika Praw Obywatelskich warte były podjęcia próby wyjęcia tej dyskusji spod dyktatu bieżączki i skierowania jej na nieco wyższe standardy.

Tym bardziej, że najnowsza historia polityczna Polski pokazuje, iż instytucje raz owładnięte polityczną walką rzadko kiedy wracają do swojego pierwotnego przeznaczenia, a zaufanie społeczeństwa bardzo trudno jest odbudować.

Idealny Rzecznik – szeryf czy profesor?

Wszystkie te okoliczności skłaniają do refleksji jak dotąd raczej nieobecnej, a być może wartościowej w perspektywie wyboru nowego RPO – jakiego Rzecznika oczekujemy jako obywatele?

Dotychczasowi piastuni tego organu zdają się wpisywać w dość jednorodną linię. Choć pochodzili z różnych środowisk, to wszyscy byli szanowanymi nauczycielami akademickimi, doktorami lub profesorami nauk prawnych, często z doświadczeniem pracy w administracji publicznej lub innych organach wymiaru sprawiedliwości. Uosobieniem tego modelu był także prof. Marcin Wiącek, a w pewniej mierze nawet jego poprzednik, Adam Bodnar, który pomimo jasnej orientacji ideowej zachowywał podczas sprawowania stanowiska podstawy niezależności.

Takiej postawie niektórzy mogliby zarzucić jednak zbytnią „urzędowość”, oderwanie od prozaicznych historii ludzi zgłaszających do Biura RPO swoje problemy i jedynie następcze reagowanie na nadużycia władzy w formie apeli, które zwykle nie doczekają się żadnej reakcji.

W odpowiedzi na to, a także na skalę pokrzywdzenia jednostek przez organy państwa czy skandalicznie procedowane przepisy prawa choćby w czasach pandemicznych restrykcji, pojawia się czasem oczekiwanie na szeryfa – sprawnego medialnie obrońcę uciśnionych, który w zdecydowany sposób zainterweniuje i wskaże winnych, przy okazji wzbudzając lęk wśród sprawujących władzę.

Takie inklinacje zdaje się przejawiać prawdopodobna przyszła Rzecznik Praw Obywatelskich – Sylwia Gregorczyk-Abram – tak samo zresztą jak niemający szans na objęcie stanowiska Adam Borowski. W podobnym duchu można było czytać wysuwane w przeszłości kandydatury lewicowego społecznika Piotra Ikonowicza czy wyraziście wolnorynkowego publicysty prof. Roberta Gwiazdowskiego.

Pozostawiając na moment na boku kwestie ideowych czy nawet partyjnych powiązań, problem polega na tym, że koncepcja przedstawiana przez każdego z potencjalnych „szeryfów” odpowiada wyłącznie na potrzeby określonej grupy społecznej, którą chcieliby swoją działalnością reprezentować. Mniejszości seksualne, przedsiębiorcy, związkowcy, katecheci, etc. – wszyscy oni, w przypadku nadużycia władzy przez organy państwa wobec nich, potrzebują ze strony RPO merytorycznego wsparcia, a nie ustawiania tych grup przeciwko sobie.

Kolejna okazja do rzetelnego przeprowadzenia takiej dyskusji pojawi się jednak dopiero za pięć lat. W przypadku stworzenia rządu przez prawicę po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych – lat zapewne bardzo aktywnych w wykonaniu nowej Rzecznik Praw Obywatelskich.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.