Tomasz Wróblewski: Deregulacja nie działa. Potrzebujemy nowego Balcerowicza
Gdy tylko słyszę o „wspomaganiu” firm, dostaję dreszczy. Przedsiębiorcy zazwyczaj najbardziej boją się sytuacji, w której państwo przychodzi, by im „pomóc”. Jeśli naprawdę chcemy ułatwić im życie, to zacznijmy od przebudowy systemu podatkowego, który jest obecnie uznawany za drugi najgorszy i najbardziej skomplikowany w całym OECD. Po drugie, możemy ograniczyć biurokrację i regulacje do absolutnego minimum wymaganego przez Unię Europejską, zamiast bezmyślnie dokładać własne obostrzenia – mówi Tomasz Wróblewski w rozmowie z podcastem Pola. Kapitał Pokoleń.
Panie Tomaszu, premiera książki wydanej przez WEI Kolebka polskiej motoryzacji odbędzie się na terenie dawnego FSO. Miała tam być wielka fabryka, a dziś zostały jedynie śladowe ilości dawnej potęgi i skromne muzeum. Jak do tego doszło, że ten wielki sen o polskiej potędze motoryzacyjnej się nie spełnił?
Zostały trzy rzeczy. Pierwsza to oczywiście budynki, które tam widzimy. Druga to orkiestra – FSO miało własną orkiestrę, która przetrwała wszystkie wzloty i upadki. Trzecia to syndyk zarządający tą upadłą masą. Historia tego miejsca – jak to zwykle bywa z sukcesami i porażkami – jest wypadkową różnych zbiegów okoliczności.
Po pierwsze, polski przemysł samochodowy zawsze funkcjonował w cieniu wielkich gigantów, zwłaszcza niemieckich koncernów. Nigdy nie stworzyliśmy własnej, niezależnej marki, tak jak zrobiła to chociażby Rumunia ze swoją Dacią.
Po drugie, jako państwo mieliśmy chyba pecha do wyboru partnerów. W pewnym momencie postawiliśmy na Koreę, a potem przez długi czas brakowało pomysłu, jak z tego układu wyjść.
To nie oznacza jednak, że w ogóle nie mamy przemysłu motoryzacyjnego. Przeciwnie – nasz sektor motoryzacyjny jest jednym z najsilniejszych w regionie. Być może wyszliśmy na tym nawet lepiej, niż gdybyśmy produkowali własne auta. Nasz przemysł jest specyficzny, bo skoncentrowany na produkcji komponentów i części.
I to powód do radości?
Oczywiście część tych zakładów należy do globalnych koncernów, takich jak Volkswagen czy BMW, ale istnieje też wiele dobrze prosperujących, rodzimych firm podwykonawczych. Mało kto wie, że większość foteli samochodowych montowanych w najlepszych autach w Europie powstaje w Nowej Soli, w polskiej, dobrze prosperującej firmie.
Co więcej, patrząc na to, co dzieje się obecnie z tradycyjnym przemysłem samochodowym w Europie Zachodniej, średniej wielkości firmie produkującej komponenty może być znacznie łatwiej przestawić się na inne tory i szukać nowych rynków. Nie można powiedzieć, że przespaliśmy motoryzacyjny boom.
Owszem, nie mamy własnego samochodu. We wstępie do drugiego wydania książki zwracam uwagę na pewną ironię: posiadanie narodowej marki samochodów było kiedyś naszą wielką aspiracją. To trochę tak, jak dzisiaj Centralny Port Komunikacyjny czy własna elektrownia atomowa – projekty, które po prostu bardzo chcemy mieć. W PRL-u te aspiracje zrealizowano.
To był wielki, gierkowski projekt, który miał dać Polakom powód do dumy. Z dzieciństwa pamiętam, że te auta rzeczywiście budziły ogromne emocje. Ojciec zabierał mnie na prezentacje nowego Fiata. Pamiętam te tłumy, powszechne zainteresowanie i autentyczną ekscytację – najpierw dużym Fiatem, potem Maluchem.
To był prawdopodobnie największy projekt aspiracyjny w historii PRL-u. Dziś, na szczęście, albo już tego tak bardzo nie potrzebujemy, albo nasze aspiracje sięgają dalej.
Naszą wielką i już zupełnie współczesną nadzieją miała być Izera. Zapowiadano milion elektrycznych samochodów i przekonywano, że skorzystamy na nowej transformacji przemysłowej. Dziś jednak widać, że ten projekt raczej się nie uda i ostatecznie zostaniemy bez polskiej marki samochodów osobowych. Wspomniał pan o aspiracjach. W debacie publicznej często powraca temat potrzeby budowy „narodowych czempionów” – firm, które pozwoliłyby nam wejść na wyższy poziom marży. Chodzi o to, byśmy przestali być jedynie podwykonawcą i producentem części, a stali się podmiotem, który kreuje rynek i liczy największe zyski. A może wcale tego nie potrzebujemy? Może tak jak pan mówił na początku pomimo braku własnej marki i tak jesteśmy znaczącym graczem w motoryzacji, a podmiotowości gospodarczej powinniśmy szukać zupełnie gdzie indziej?
Nie tylko w branży motoryzacyjnej! Właśnie dzięki temu, że nie mamy takich wielkich czempionów – a w każdym razie mamy ich niewiele – nasz rynek jest niezwykle zdywersyfikowany. Jesteśmy krajem o jednym z najbardziej zdywersyfikowanych poziomów eksportu w całym OECD.
To daje nam przewagę. Oznacza to, że niemal zawsze mamy w zanadrzu branżę, która akurat nie przechodzi kryzysu lub wręcz znajduje się na fali wznoszącej. Dysponujemy przestrzenią, wyedukowanymi pracownikami i zapleczem menedżerskim, które potrafi sprawnie zaabsorbować nowe inwestycje. W tym przypadku nasza słabość paradoksalnie stała się naszą siłą.
Warto zadać sobie pytanie: gdzie są dzisiaj tacy giganci jak BASF, Volkswagen czy BMW? Kiedy cały ten wielki przemysł wpada w kryzys – wywołany kosztami energii czy globalną konkurencją – pociąga za sobą całą gospodarkę kraju.
Dobrym przykładem są Czechy, których gospodarka w blisko 30 proc. zależy od motoryzacji i które przez to mierzą się dziś z poważnymi problemami. Polska, nie mając jednego dominującego czempiona, jest w stanie elastycznie utrzymywać się na fali.
Oczywiście mamy też wiele obszarów, które wymagają gruntownej reformy. Wciąż dużym obciążeniem dla gospodarki jest ogromny, upolityczniony sektor spółek Skarbu Państwa. Mierzymy się z poważnymi problemami demograficznymi, na które brakuje nam systemowego pomysłu.
Mieliśmy trochę szczęścia w nieszczęściu, bo lukę na rynku pracy uzupełnili pracownicy z Ukrainy i Białorusi, ale długofalowo demografia pozostaje naszą piętą achillesową. Do tego dochodzi brak kluczowych reform – nie uzdrowiliśmy służby zdrowia, edukacji ani wymiaru sprawiedliwości. Przed nami mnóstwo pracy i zaległości do nadrobienia, jeśli chcemy skutecznie wykorzystać przewagi, które budowaliśmy przez ostatnie dwadzieścia lat.
Nie da się ukryć, że przez ostatnie 3 dekady bazowaliśmy głównie na niskich kosztach, a w szczególności na niskich kosztach pracy. Jak zreformować ten dotychczasowy model rozwoju polskiej gospodarki, aby nie tylko nie stracić obecnego tempa, ale wręcz utrzymać dynamikę jednego z najszybciej rozwijających się krajów na świecie?
W Warsaw Enterprise Institute co roku przygotowujemy specjalny indeks, w którym badamy m.in. efektywność sektora publicznego w różnych krajach na świecie – czyli to, na ile sprawnie państwo zarządza powierzonymi mu środkami.
Polska wypada w nim fatalnie. O ile nasz sektor małych i średnich przedsiębiorstw jest doskonale skonstruowany i każde 100 złotych zainwestowane w polskie MŚP przynosi wyjątkowo wysoki zwrot na tle innych krajów europejskich, o tyle cały sektor publiczny w zasadzie leży.
Wspomniałem już o tych wszystkich niezreformowanych obszarach. Uważam, że naprawa instytucji państwa to kluczowy element – bez tego pewnych barier rozwojowych po prostu nie przeskoczymy. To zresztą paradoks: sukces transformacji z lat 90. został opłacony ogromnymi kosztami społecznymi i systemowymi, które dzisiaj ciążą na naszym dalszym rozwoju.
Dlatego uważam, że potrzebujemy dziś „drugiego Balcerowicza”. Kogoś, kto przełamie ten opór i będzie miał odwagę zaproponować głębokie reformy strukturalne.
Pytanie tylko, czy ten drugi Balcerowicz nie doprowadziłby nas znowu do ponad 20 proc. bezrobocia?
Trudno powiedzieć. Dzisiaj chyba jednak jesteśmy w innej sytuacji. Nasza gospodarka jest znacznie bardziej elastyczna i potrafi błyskawicznie dostosowywać się do nowych warunków. Jesteśmy członkiem Unii Europejskiej, mamy otwarty rynek i funkcjonujemy w zupełnie innych realiach.
Przede wszystkim wytwarzamy produkty, które świat chce kupować – w przeciwieństwie do czasów transformacji, gdy wiele wyrobów nadawało się tylko do sprzedaży w GS-ach albo do eksportu do Związku Radzieckiego, a poza tym nikt nie chciał na nie patrzeć.
Jeśli chcemy skutecznie walczyć z kryzysem demograficznym, musimy przede wszystkim zwiększyć poziom aktywizacji zawodowej Polaków. Musimy uwolnić energię i przywrócić rynkowe zasady funkcjonowania tym sektorom, które dziś są zdominowane przez upolitycznione spółki Skarbu Państwa.
To może być bolesne dla części społeczeństwa, ale w długiej perspektywie okaże się korzystne. Obecnie zamiast realnych reform budujemy wokół niedziałających systemów swoiste protezy. Służba zdrowia nie funkcjonuje sprawnie, więc rozbudowujemy sektor prywatny, który udaje, że jest tylko drobnym dodatkiem do publicznego.
Mamy też coraz bardziej niesprawiedliwy system edukacji, w którym dzieci z zamożniejszych domów uciekają do szkół prywatnych, podczas gdy dzieci z biedniejszych rodzin skazane są na publiczne placówki. Tam zaś, jak pokazują kolejne raporty, nauczyciele są sfrustrowani, wypaleni zawodowo i masowo chcą rzucać pracę.
Powoli dryfujemy w stronę fikcji: fikcyjna staje się publiczna edukacja, fikcyjna jest publiczna służba zdrowia. To chyba najgorszy możliwy scenariusz. Zaczyna to przypominać koniec lat 80., kiedy instytucje państwa istniały już właściwie tylko na papierze.
Czyli podsumowując: aby wejść na wyższy poziom rozwoju gospodarczego – albo chociażby utrzymać ten, który już mamy – wcale nie potrzebujemy narodowych czempionów i globalnych marek, tylko bolesnych reform strukturalnych?
Moim zdaniem ich nie potrzebujemy. Ekonomista Marcin Piątkowski twierdzi, że istnieją dwa główne modele dynamicznego wzrostu gospodarczego państw, nazwijmy to, rozwijających się czy aspirujących.
Pierwszy to model koreański – oparty na czebolach, czyli wielkich narodowych czempionach, gdzie państwo odgrywa rolę sterującą. Drugi to model polski, który w dużej mierze został rzucony na żywioł.
Nasz sukces opierał się przede wszystkim na napływie kapitału zagranicznego wraz z know-how wielkich korporacji oraz na ogromnej, oddolnej energii Polaków. Można powiedzieć, że oba te kraje osiągnęły podobny poziom sukcesu, choć warto zauważyć, że Korea mierzy się dziś z własnymi problemami.
Co ciekawe, są one bardzo podobne do naszych: to kryzys demograficzny, niewydolne instytucje publiczne oraz zbyt duża kontrola państwa nad gospodarką.
Odłóżmy na chwilę na bok duże spółki państwowe. Jak realnie wspomóc małe i średnie firmy w przechodzeniu na wyższy poziom marżowości, unowocześnianiu produkcji i zdobywaniu zagranicznych rynków?
Gdy tylko słyszę o „wspomaganiu” firm, dostaję dreszczy. Przedsiębiorcy zazwyczaj najbardziej boją się sytuacji, w której państwo przychodzi, by im „pomóc”. Jeśli naprawdę chcemy ułatwić im życie, to zacznijmy od przebudowy systemu podatkowego, który jest obecnie uznawany za drugi najgorszy i najbardziej skomplikowany w całym OECD.
Po drugie, możemy ograniczyć biurokrację i regulacje do absolutnego minimum wymaganego przez Unię Europejską, zamiast bezmyślnie dokładać własne obostrzenia. Kolejną kwestią jest zależność od wielkich spółek Skarbu Państwa.
Dominują one w kluczowych, newralgicznych sektorach gospodarki, a dopóki ich działanie jest nieprzewidywalne, upolitycznione, a zarządy zmieniają się z dnia na dzień pod dyktando polityków, będą one fatalnymi i niestabilnymi partnerami dla mniejszych podmiotów.
Uwalnianie energii społeczeństwa to także dawanie przestrzeni małym i średnim firmom. Cała ta dość zabawna dyskusja na temat deregulacji pokazuje, że odgórne, urzędnicze programy deregulacyjne po prostu nie działają.
Państwo i urzędnicy nie potrafią tego zrobić. Jedyne, co państwo może i powinno zrobić, to wycofać się z niektórych obszarów gospodarki i życia społecznego, pozostawiając je działaniu wolnego rynku. Im więcej sprywatyzujemy spółek, które są dziś kontrolowane przez partie rządzące, im bardziej uprościmy system podatkowy i im mniej narzucimy barier regulacyjnych, tym większa szansa, że firmy same sobie poradzą.
Czyli sama deregulacja nie zadziała?
Nie zadziała. Trzeba po prostu wycofać państwo z niektórych obszarów i zrezygnować z przeregulowywania gałęzi, którymi urzędnicy w ogóle nie powinni się zajmować – od gospodarki morskiej po kwestie klimatyczne. Jest mnóstwo obszarów, w których obecność państwa jest zwyczajnie zbędna.
Wychodzi więc na to, że koncepcja Izery – czyli wielkiego, publicznego podmiotu, który miał pchnąć polską motoryzację na zupełnie nowy poziom – to ślepa uliczka. Potrzebujemy dokładnie odwrotnego modelu, czyli całkowitego wycofania się państwa z tego typu projektów?
Jeżeli robimy coś wyłącznie po to, by zaspokoić narodową dumę, to jest to błąd. Gdybym miał wskazać obszary, w których państwo jest naprawdę potrzebne do budowy dumy i suwerenności, to skoncentrowałbym się na elektrowni jądrowej. Podobnie z CPK. Na szczęście ten projekt ruszył. Tak gigantyczne przedsięwzięcia infrastrukturalne rzeczywiście wymagają silnej koordynacji i gwarancji ze strony państwa.
Budowanie od zera fabryki samochodów osobowych przez państwo w dzisiejszych czasach nie ma sensu. Stworzenie auta to w gruncie rzeczy kwestia pieniędzy: kupuje się licencję na podwozie z jednego źródła, projektuje nadwozie we włoskim biurze i gotowe. Państwo ma jednak fatalną rękę do prowadzenia biznesu.
Nie mamy w tej materii żadnych dobrych doświadczeń, począwszy od kosztownego i czysto wizerunkowego projektu FSO w czasach PRL, a skończywszy na współczesnej Izerze. Państwo się do tego po prostu nie nadaje.
Spójrzmy jednak na branże nowoczesne, wysokomarżowe, które dziś dynamicznie rozwijają się na świecie. Mamy polskie przykłady jak ElevenLabs czy Booksy. Wszystkie one na pewnym etapie dynamicznego wzrostu zderzyły się w Polsce z barierą kapitałową i aby dalej rosnąć, musiały szukać finansowania za granicą. Skąd polskie firmy mają brać kapitał na rozwój, jeśli nie poprzez instytucje takie jak PFR, BGK czy inne państwowe rundy finansowania dłużnego i zabezpieczającego?
Państwowe fundusze rozwoju, takie jak nasz PFR, funkcjonują w wielu krajach i potrafią działać sprawnie. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że spora część projektów ratowanych czy przejmowanych przez PFR to były podmioty schyłkowe, które same sobie nie radziły.
Oczywiście trafiają się tam udane inwestycje, ale jest też mnóstwo nietrafionych. Dopóki taki fundusz działa na zdrowych zasadach rynkowych – czyli wymaga realnego zwrotu z inwestycji i trzyma się twardych trendów rynkowych – może być pożytecznym narzędziem wspierającym.
Nie rozwiąże on jednak kluczowego problemu: nie zastąpi inicjatywy i determinacji samego przedsiębiorcy, który musi ten biznes najpierw wymyślić, uruchomić i rozwinąć. Kapitał na świecie jest. Kluczem jest stworzenie na tyle atrakcyjnego projektu, by ten kapitał skutecznie do siebie przyciągnąć.
Jednak kiedy mówimy o kapitałowej zależności, dotykamy innej kwestii – dostępu do długu, czyli pożyczek, a nie konieczności wyprzedawania udziałów w firmie. Jedną z bolesnych zaszłości trudnych lat 90. jest to, że kluczowe gałęzie naszego przemysłu i usług zostały zdominowane przez kapitał zagraniczny.
Prawdopodobnie był to koszt konieczny, by transformacja w ogóle się udała. Być może dzięki temu uniknęliśmy też oligarchizacji gospodarki na wzór ukraiński. Wejście wielkich globalnych koncernów przyniosło ze sobą nowoczesny know-how, zachodnie standardy zarządzania i przejrzyste procedury, co pomogło ucywilizować nasz rynek.
Niemniej skutek jest taki, że dziś znaczna część zysków wypracowanych przez polski przemysł transferowana jest za granicę w formie dywidend. Nie ma w tym nic złego, dopóki młode, rosnące polskie firmy są w stanie stopniowo przejmować udziały na rynku.
I to się powoli dzieje, choć na mniejszą skalę, niż byśmy chcieli. Widzimy już polskie podmioty, które odkupują i przejmują restrukturyzowane zakłady w Niemczech czy we Francji, należące wcześniej do kapitału brytyjskiego lub niemieckiego.
Chcielibyśmy, aby ten proces przebiegał szybciej, ale daje to realną nadzieję, że z czasem polski prywatny kapitał zatoczy koło i odzyska te aktywa. Zupełnie natomiast nie radzimy sobie na innym polu i tu znowu wracam do kwestii prywatyzacji.
O ile polskie prywatne firmy potrafią przejmować podmioty na Zachodzie, o tyle w ogóle nie widzimy procesu przejmowania przez rodzimy biznes spółek Skarbu Państwa. Na tym polu panuje zastój. Państwowe giganty to zamrożone, często fatalnie zarządzane pieniądze. To ogromny majątek narodowy, który jest marnotrawiony.
A o których spółkach Skarbu Państwa mówimy?
Mówimy o Orlenie, o PGE i o wszystkich kluczowych spółkach infrastrukturalnych.
Pytanie tylko, czy nie są to branże na tyle strategiczne, że państwo powinno jednak zachować nad nimi jakąś formę kontroli?
Mamy przecież ustawę o spółkach strategicznych, która pozwala nawet zablokować sprzedaż TVN-u, a co dopiero takiego PGE. Na świecie istnieją sprawdzone mechanizmy, które pozwalają państwu pozostać współwłaścicielem strategicznych aktywów bez jednoczesnego pełnienia roli szkodnika zarządzającego firmą.
Nawet w bardzo wolnorynkowych Stanach Zjednoczonych – i to już za czasów prezydentury Trumpa – wprowadzono przepisy, które ograniczają funduszom inwestycyjnym możliwość aktywnego wpływania na spółki, jeśli przekroczą one próg dwudziestu 5 proc. udziałów.
Nie ma więc żadnego powodu, dla którego polskie państwo nie mogłoby funkcjonować jako bierny akcjonariusz. Taki, który nie zasiada w radzie nadzorczej, nie wymienia zarządu za każdym razem, gdy zmienia się wiceminister, i nie podejmuje absurdalnych decyzji o tym, że spółka paliwowa czy energetyczna musi nagle dofinansować lokalne przedszkole albo jakąś fundację charytatywną.
Jeśli odetniemy te podmioty od bieżącej polityki i pozwolimy im działać na czysto rynkowych zasadach, będą one funkcjonowały znakomicie. Niech państwo po prostu czerpie z nich korzyści w postaci dywidend.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że ze względu na uwarunkowania historyczne i zaszłości z lat 90., przeprowadzenie klasycznej prywatyzacji byłoby dziś politycznie niezwykle trudne, o ile nie niemożliwe.
Gdyby jednak rząd ogłosił, że państwo staje się biernym udziałowcem, który oddaje zarządzanie w ręce profesjonalnych menedżerów, ale jednocześnie zachowuje pakiet kontrolny, by – powiedzmy – Rosjanie nie kupili jutro Orlenu, nikt by się na to nie obraził.
Myślę, że rynek i społeczeństwo przyjęliby takie rozwiązanie z oklaskami. Dlaczego nikt nie składa takiej propozycji? Bo spółki Skarbu Państwa to główne pole walki politycznej. Służą do obsadzania stanowisk lojalnymi ludźmi.
Przed każdymi wyborami słyszymy od kolejnych partii politycznych obietnice: „Gdy dojdziemy do władzy, zrobimy z tym porządek, skończymy z nepotyzmem i odpolitycznimy spółki”. Potem tworzy się wielopiętrowe, skomplikowane procedury, które rzekomo mają temu zapobiec, a polityka i tak przecieka do gabinetów prezesów. Tymczasem rozwiązanie jest banalne i sprowadza się do jednej, prostej zasady: państwo powinno być biernym udziałowcem, bez prawa wchodzenia do budynku.
Czy ma pan nadzieję, że jeśli wprowadzimy te rozwiązania, o których pan mówi, to Polska będzie miała szansę utrzymać dotychczasowe tempo rozwoju i stać się naprawdę dużym graczem na arenie międzynarodowej?
Nie ma żadnego powodu, dla którego Polska nie miałaby dalej być istotnym i rosnącym graczem. Przemawia za tym nasze położenie geograficzne, zdobyte doświadczenie, ogromna elastyczność struktur gospodarczych oraz sam model naszej gospodarki. To wszystko są silne atuty.
Jednak, powtórzę to raz jeszcze, wymaga to głębokich reform instytucji państwa. Zresztą takich reform potrzebuje dziś większość krajów europejskich. Symboliczny „nowy Balcerowicz” jest potrzebny nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie.
To znaczy?
Przed nami jest trudny rok. Będą wybory w Niemczech, we Francji, w Grecji, w Hiszpanii, a także w Polsce. W zasadzie w większości najważniejszych państw unijnych dojdzie do weryfikacji politycznej. Jeśli degradacja ekonomiczna i społeczna w Europie będzie postępować, to ten rok może przynieść tąpnięcie.
I to jest bardzo niebezpieczny moment dla Unii Europejskiej, dla projektu wspólnego rynku. Różnice między partiami antyestablishmentowymi, które zdobywają coraz większe poparcie u ludzi zmęczonych dotychczasowym kursem, są ogromne.
Trudno wyobrazić sobie płaszczyznę porozumienia między nimi – przykładowo, żadna licząca się partia polityczna w Polsce nie wejdzie w układ z niemiecką AfD. Wielu ugrupowaniom bardzo trudno byłoby też znaleźć wspólny język z Marine Le Pen we Francji. Jeśli każdy zacznie ciągnąć w swoją stronę, może się okazać, że w ogóle stracimy możliwość dyskusji o wspólnym rynku.
Co ciekawe, w samej Komisji Europejskiej obserwuję już pewne ruchy świadczące o tym, że urzędnicy zaczynają to powoli rozumieć. Nawet w głośnym pakcie migracyjnym, o którym tak wiele się pisze, mniej istotne są same zapisy, a bardziej intencje.
To próba wyjścia naprzeciw nastrojom społecznym i ciche przyznanie, że dotychczasowy projekt multikulturalizmu po prostu poniósł klęskę. Dziś oficjalnie mówi się o deportacji jako o realnym narzędziu polityki migracyjnej.
Gdyby 10 lat temu ktoś stwierdził, że deportacje będą fundamentem unijnej polityki, uznano by to za niebywałe. A dziś to się dzieje. Podobnie wygląda dyskusja na temat klimatu. Widzimy opóźnianie i wycofywanie się z niektórych radykalnych założeń czy odkładanie ich w czasie.
Oczywiście te ruchy są jeszcze zbyt nieśmiałe i niewystarczająco poparte twardymi decyzjami politycznymi, ale kierunek zmian jest widoczny. W Komisji Europejskiej pojawia się zrozumienie powagi sytuacji, a wraz z nim strach, że za chwilę cały ten dotychczasowy unijny porządek zostanie, mówiąc potocznie, zaorany.
Dlaczego strach? Czy to nie jest normalne, że władza się zmienia?
Przez 5 lat regularnie jeździłem do Brukseli i przyglądałem się temu środowisku z bliska. Urzędnicy unijni to ludzie, którzy tam żyją, mają rodziny i dzieci. Ich dzieci chodzą do szkół i przedszkoli prowadzonych lub dotowanych przez Komisję Europejską, potem idą na studia i otrzymują unijne stypendia.
Ta cała biurokratyczna elita będzie walczyć o utrzymanie swojej pozycji i dotychczasowego status quo. Myślę, że właśnie z tego strachu przed utratą wszystkiego narodzi się przyspieszenie i zgoda na realne reformy w Europie. Liczyłbym na to, bo w przeciwnym wypadku może to się bardzo źle skończyć dla całego projektu.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
Tomasz Wróblewski
Marcin Kawko
Mateusz Perowicz
