Czerwony pasek wypaczył sposoby motywowania uczniów. Pozwólmy dzieciom być dziećmi
W polskiej szkole czerwony pasek i średnia ocen przyczyniają się do tego, że uczniowie zbyt późno rozpoznają swoje talenty. To przede wszystkim rodzicom zależy na tym, żeby ich dzieci „wyciągały” jak najlepsze stopnie, rywalizując o ułamki procenta średniej. Obecny system krzywdzi młodzież, zatruwa życie nauczycieli i wprowadza pogoń za oceną na poziom absurdu. Tymczasem w Wielkiej Brytanii, Francji, Szwecji czy we Włoszech nikt nie słyszał o „czerwonym pasku”. Jak można by zmienić system?
Polska podstawówka jak całoroczny wielobój
Uwielbiam sport. I lubię też metafory. Dlatego opowiem o corocznych zawodach w naszej klasie. To przecież duma całej szkoły: Czarny Pas Wieloboisty. Najpierw były sprinty i rzut piłeczką. Na 60 metrów, wiadomo, najlepsi byli Staś i Romek. Ale spokojnie, w rzucie dziewczyny odrobiły straty – w każdym razie te z czołówki. Potem przyszedł czas na kajaki.
Paru rodziców pytało, czy nie byłyby fajniejsze, gdyby załogi pływały w czwórkach, ale większość przypomniała im regulamin. Czarny Pas to konkurs solo, żadnych klasyfikacji zespołowych. Zgodnie ze szkolnym mottem: „każdy kowalem…” itd.
W grudniu ruszył oczywiście czas sportów zimowych. Mamy super instruktorów: nawet ci, co wcześniej nie stali na nartach, pod koniec obozu robili przepisowy slalom. No i wszystko dostosowane do wieku: skoki dopiero w VIII klasie, uff!
Wiosna to tenis, wspinaczka i judo. Byłem już pewny spokojnego miejsca w środku stawki. Ale tym razem rodzice stwierdzili, że zbliża się liceum. Co parę dni widziałem mamę siedzącą z nosem w Librusie, pytającą, czy te wyniki to już mój „limit starań”. Nie było wyjścia. Trzeba kombinować.
Pamiętam swój półfinał w tenisie, ostatnią piłkę w drugim secie. Było mi trochę głupio, gdy sędzia po raz drugi nie zauważył autu, ale nie przyznałem się oczywiście. Najważniejsze, żeby „potwierdzić starania wynikiem”, jak mówi mama. Na nic protesty, gem i set dla mnie!
Wspinaczka okazała się konkurencją bez historii – co roku ci sami mają najlepsze osiągi. Podobno w innych szkołach instruktorzy robią na tej ściance różne sztuczki i nawet potrafią „podciągać” zawodnika z dołu, jeśli kogoś lubią. Oczywiście nie u nas. W ogóle – jaki to by miało sens? U nas jest obiektywnie i bardzo uczciwie, przynajmniej w mojej klasie.
Przed judo byłem pewny miejsca w „top 5”. Jeśli tylko nie odpadnę przed trzecią rundą judo. Trzeba liczyć punkty. To u nas podstawa. Witek też obliczył: po prostu musi dotrzeć do półfinału.
Do klasa pamięta moją spektakularną serię: szybkie podcięcie, rzut i duszenie. Podobnie poradził sobie Witek z Elką. A potem z Basią, i był w półfinale. W judo zawsze są emocje. Basię trzeba było ocucić, na szczęście doszła do siebie.
Wszyscy byli zadowoleni: praca się opłaciła. Dlatego zdziwiło nas trochę to, co było później. Przez parę dni po Wieloboju żaden z nas nie mógł dogadać się z Witkiem. Chciał „po prostu odpocząć”. I jeszcze mówił, że „tego judo to w sumie chyba nie lubi”. „Rusz się, koleś – mówiliśmy – Masz Czarny Pas!”. Ale on tylko długo i tępo patrzył w przestrzeń.
Debata o czerwonym pasku nie może być wyłącznie teoretyczna
Absurd, prawda? Ale każda podstawówka w nim uczestniczy. Wyścig po „świadectwo o promocji z wyróżnieniem” to najbardziej nieracjonalny i szkodliwy pomysł, jaki udało się wdrożyć w polskich szkołach w XXI wieku.
System średniej ocen i biało-czerwonego paska szkodzi wszystkim, którzy biorą go na serio: młodzieży zabiera podmiotowość i utrudnia świadome poznawanie własnych atutów i uzdolnień. Nauczycieli konfliktuje i naraża na szantaż emocjonalny ze strony uczniów i rodziców.
Instytucję szkoły pozbawia resztek zaufania. Nawet państwowym symbolom odbiera powagę i powszechny charakter, wystawiając jak towar na targu próżności. Czy da się jeszcze to naprawić? Czy da się o tym rozmawiać?
Niestety, niedawny artykuł Karoliny Pilawy na ten temat na portalu Klubu Jagiellońskiego w wielkim stopniu spłyca problem. Ustawia bowiem krytyków „paska” w stereotypowym, choć dziwacznym narożniku. Jesteśmy zarazem akuszerami pokolenia „płatków śniegu” oraz przemocowcami, skorymi do odbierania dzieciom nagród i pochwał; promujemy ponoć równość w jej demonicznym, orwellowskim wydaniu.
„Biało-czerwony pasek” miałem w szkole bardzo często. Miały go też często moje córki, olimpijki, świetne uczennice. Obserwując przez lata własne dzieci oraz wielu innych uczniów, widziałem, jak „świadectwo z wyróżnieniem” przeradza się w coraz bardziej jałowy instrument manipulacji, szkodzący tym, których miał promować.
Napędzany ambicją rodziców, uszczelniany „realizacją programu” system uczy gonitwy w chomikowym kołowrotku. Zero współpracy. Zero przestrzeni na myślenie krytyczne albo chociaż na zastanowienie się: „w czym ja tak naprawdę jestem mocny/a?”.
W Wielkiej Brytanii, Francji czy Szwecji nikt nie słyszał o czerwonym pasku
Czy da się inaczej? Warto sprawdzić, jakie rozwiązania funkcjonują w Europie. Kiedyś podczas stażu w Wielkiej Brytanii zapytałem koleżankę: „Jak to jest, że w kraju tak prestiżowych rankingów szkół i uczelni uczniowie nie mają państwowego świadectwa ze stopniami?”.
„Oni chyba muszą trochę dorosnąć do tego prestiżu” – odpowiedziała Nicole. „Najpierw chcemy, żeby zrozumieli, czego i po co można się uczyć. Czy w Polsce już przedszkolaki to wiedzą?”.
Można więc dać uczniom dorosnąć do nauki świadomej, unikając formalnych świadectw przez co najmniej 5-6 klas początkowych (patrz: Anglia, Walia, Szwecja albo Finlandia). Czy to oznacza brak ocen i doceniania? Bynajmniej.
Wyniki, zaangażowanie, wkład w życie społeczności – to nagradza się regularnie. Czy to oznacza permanentny konkurs ocen? Niekoniecznie. Brytyjski uczeń znajduje miejsce w gimnazjum wyłącznie na podstawie egzaminów zewnętrznych – postrzega się to jako system najsprawiedliwszy, bo najmniej subiektywny.
Ale czy nie można by doceniać bieżącej pracy? To również da się zrobić. W szkołach francuskich są nie tylko liczne oceny, ale też trzy kategorie specjalnych pochwał, niektóre oparte o średnią, inne zaś – o dokonane postępy albo postawę ucznia. W szkołach włoskich rada pedagogiczna przyznaje premie z poszczególnych przedmiotów, kategoria „z wyróżnieniem” jest też dostępna w skali ocen egzaminów końcowych.
Co ważne: te bieżące oceny mogą mieć kluczowe znaczenie w rekrutacji (jak wspomniałem, inaczej jest w Wielkiej Brytanii). Bo funkcja selekcyjna egzaminów centralnych nie jest dogmatem.
W niemieckim, francuskim albo niderlandzkim systemie edukacyjnym kluczową rolę ma rekomendacja nauczycieli – nierzadko uwzględniająca również rozwój społeczny i emocjonalny ocenianych. W Szwecji na poziomie podstawówki nie ma żadnych egzaminów selekcyjnych.
Decydują stopnie, poparte wieloletnią obserwacją uczniów przez nauczycieli. Tylko dziwnym trafem minister edukacji nie wpadł na pomysł, żeby wyciągać współczynnik z absolutnie wszystkiego, od plastyki po WF. Jak oni sobie z tym radzą, biedacy? Bóg jeden raczy wiedzieć.
Przecież większość dzieci w Bristolu albo Exeter nie może sobie nawet średniej policzyć aż do poważnego wieku 12 lat! W Wielkiej Brytanii zamiast ocen jako główne kryterium funkcjonują „subject prizes” – a jak zmierzyć pasję? Na pewno połowa rodziców pisze odwołania!
W Mediolanie, Sztokholmie albo w Helsinkach uczniowie i ich rodzice nie znają nawet pojęcia „wymarzonej szkoły”! Po prostu lokuje się 14-latków w najbliższym rejonowym liceum o mniej więcej zgodnym profilu. O ile mi wiadomo, nie protestują, być może po prostu lubią przebywać z sąsiadami.
Albo w takiej Francji: trudno nawet wytłumaczyć, czy ważniejszym wyróżnieniem są Felicitations („gratulacje”) czy Encouragements („zachęty”). Na miesiąc przed końcem roku uczniowie nie podejmują walki o oceny.
Trudno sobie wyobrazić, żeby któryś powiedział do nauczycielki: „czy mogłaby mnie pani podciągnąć z postawy etycznej i społecznej dojrzałości, bo mi inaczej do Compliments („pochwały”) zabraknie i tata będzie niemiły?”.
Choć brak tu miejsca na szczegółową analizę, uważny obserwator dostrzeże, że właśnie w zakresie motywowania pewne sprawy robi się w europejskich szkołach lepiej niż w polskich.
Zdarzało mi się uczyć młodzież z Niemiec, Włoch albo Hiszpanii – znacznie rzadszy był u nich ogromny poziom stresu związany z przejściem do szkoły średniej. Problemy psychologiczne zdarzały się u nich dużo rzadziej, podczas gdy w Polsce stają się nieodłącznym składnikiem systemu, a poziom utożsamienia się ze szkołą też wydawał się wyższy.
Również z perspektywy nauczycieli modele szkoły podstawowej w innych krajach wydają się korzystniejsze. Naprawdę sporadycznie słyszałem od kolegów z krajów Europy Zachodniej lub Skandynawii, by relacje z rodzicami i uczniami stanowiły tak trudną gmatwaninę wzajemnych pretensji, odwołań, zarzutów i apelacji jak u nas.
Najlepszym dowodem na zaufanie do szkół we wspomnianych krajach jest marginalna skala korepetycji. Tam służą one spełnianiu rzadkich potrzeb, których szkoła nie spełnia albo atrakcyjną opcją dla wybitnie zdolnych. Na polskim rynku edukacyjnym stały się powszechnym wyrazem nieufności do oferty państwa.
System ocen nie buduje poczucia wartości
U źródeł nieporozumień co do systemu oceniania leży specyficzne przesunięcie znaczeń. Oto wmawia się nam, nauczycielom krytycznym wobec modelu średniej i paska, że chcemy zabrać dzieciom „poczucie dumy” z sukcesów.
Nieważne, że sam trąbię o sukcesach swoich uczniów na prawo i lewo. Bez znaczenia, że namawiam ich do coraz to nowszych wyzwań. Ważna jest krytyka paska. Bo przecież średnia ocen to kluczowy element dziecięcej samooceny. A gdyby nie było paska? No właśnie: kto ucierpi, gdy paska nie będzie?
Jeśli ktoś twierdzi, że 12- czy 15-latki budują poczucie wartości na świadectwie i średniej ocen, to chyba dawno nie pracował z nastolatkami, a chyba też nie czytał już dawno porządnej książki o psychologii emocji i motywacji u dzieci i młodzieży.
Nie chodzi o to, że dzieci nie lubią się uczyć. Jedne lubią bardziej, inne mniej, co jest funkcją wielu czynników biologicznych, społecznych i okoliczności panujących w szkole. Ale nie zmieni to faktu, że samoocena wczesnych nastolatków kształtuje się na innym polu.
Grupa rówieśnicza jest punktem odniesienia, a jej kryteria mają odrębny, specyficznie młodzieńczy charakter. Nie, to nie dzieci automatycznie czerpią dumę ze szkolnego świadectwa. To rodzice starają im się te uczucia wpoić. To dorosłym zależy na motywowaniu uczniów. I również nie jest to – do czasu – nic złego.
System ocen to mechanizm wychowawczy i uspołeczniający, który przebiera się w kostium „naturalnych potrzeb”, „zwykłej dumy z sukcesu” itp. Mechanizm ów ma sens, póki sprzyja stopniowemu dojrzewaniu do obowiązków, zdrowym relacjom w grupie i w całej szkole.
Tymczasem polskie dzieci, jak wynika z badań, wyjątkowo słabo się ze szkołą utożsamiają. Nawet jeśli nieźle sobie radzą w nauce, to szkolnych prac i rytuałów zasadniczo nie cierpią. Czyżby dlatego, że przedwcześnie i na siłę wtłaczamy ich w sztuczne, dorosłe role?
Średnia ocen utrudnia uczniom odkrycie ich talentów
Tak się dziwnie składa, że belfrzy, i nie tylko oni, wyrażają uznanie na setki sposobów. Doceniać coś konkretnego – to chyba najprzyjemniejsza część nauczania. Za świetną prezentację wykonaną przez uczniów dawałem i daję nagrody. Za szczególne zaangażowanie w jakiś temat czy pomysł jestem w stanie wychwalać pod niebiosa. Za konkurs, za regularność, za jakiś obszar konsekwentnych zainteresowań, za konkretny sprawdzian.
Ale jaki jest sens nagradzania za „wszystko”? To „wszystko” jest okupione nie tyle pracą, co kalkulacją i ciągłym taktycznym kombinowaniem. Bo gdy szkoła głosi: „masz mieć średnią na maksa”, to opóźnia to u uczniów rozpoznanie autentycznych, głębokich talentów. Szkoła nie musiałaby tego robić – gdyby średnia i pasek nie miały nieproporcjonalnie dużego znaczenia w rekrutacji do szkół średnich.
I nie mówcie mi, że wymyślam jakiś matriks bez ocen. Wystawiam stopnie – dość surowo, ale sprawiedliwie. Ocena za konkrety to cenna i zrozumiała dla rodziców informacja zwrotna. Ocena jako średnia o niczym nie informuje – tylko rozmywa, tumani i przestrasza.
Czerwone paski napędzają wyścig szczurów
Gdyby średnia i pasek miały oparcie w psychologii, neuronauce albo choć zdrowym rozsądku, pierwszy położyłbym się Reytanem w ich obronie. Gdyby premiowane były regularne postępy albo choćby i średnia, ale z rozsądnej liczby najważniejszych przedmiotów – należałoby systemowi przyklasnąć.
Tymczasem model rekrutacji do liceów wymyślono wyjątkowo niefortunnie. Im silniejsze w szkole środowisko rodziców z klasy średniej oraz im mniejsze zaufanie do wspólnotowych, samorządowych instytucji, tym większa presja na obłędny wyścig szczurów, gdzie nie chodzi już o żadną „pochwałę ciężkiej pracy”.
Niekończące się „wyciąganie” i poprawki, walka o ułamki procenta, drobiazgowe zabiegi, a coraz częściej kłótnie i konflikty. Efektem jest wymuszanie na wielu uczniach starań o stopień z dokładnie każdej dziedziny, co siłą rzeczy prowadzi zawsze do gry pozorów, testowania granic, do nadużyć i niesprawiedliwości.
Chcemy wdrażać dzieci i młodzież do dorosłych reguł? Ale one nie chcą uznać, że dorośli są we wszystkim doskonali. Czyżby dlatego, że zachowują zmysł obserwacji i trochę krytycznego myślenia?
Nie łączmy krytyki średniej ocen ze sporem politycznym
Krańcową zaś manipulacją jest wtłoczenie sporu w ramy wojny ideowej. Co dobrego wynika z systemu „średniej i paska” w perspektywie tradycyjnych wartości? Wyjdźmy z rewiru szkół prywatnych i społecznych, przyjrzyjmy się osiedlowej podstawówce AD 2026.
Czy konserwatystom podoba się powierzchowność i short-termism gonitwy za każdym stopniem? Czy może odpowiada im skrajny indywidualizm tego modelu, który za nic ma dowolne aktywności grupowe, skoro „nie liczą się do średniej”? A może chodzi o wpływ systemu na autorytet nauczycieli: coraz częściej szantażowanych przez rodziców w gmatwaninie przepisów, odwołań, poprawek i zaskarżeń?
Bo chyba trudno byłoby im chwalić osłabianie więzi lokalnych, gettoizację à rebours, gdzie „wymarzona szkoła” (copyright: TVN) to nigdy ta po sąsiedzku, lecz zawsze taka, którą rodzice sobie wymyślili, a do której wstęp dzieci wykuły, walcząc o ułamki procenta już od 10. roku życia?
Choć moja opinia jest tu intuicyjna, wątpię, żeby to był ideał „nowoczesnej prawicy”. Wielu nauczycieli, patrząc na paski od środka systemu, przekonuje się, że coś tu nie gra. Polska szkoła powinna wyglądać inaczej – i pozwalać dzieciom być dziećmi, a nie przedwcześnie wtłaczać je w świat dorosłych. Warto o tym rozmawiać, nie dorabiając innym wizjom złowrogiej gęby.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

