Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Rafał Chwedoruk: Kibicowanie to ucieczka od wszechobecnej sztuczności

Rafał Chwedoruk: Kibicowanie to ucieczka od wszechobecnej sztuczności Były prezes FIFA Sepp Blatter, screen z: https://www.youtube.com/watch?v=wJnfhDHRCTA

Kibicowanie pozwala jeszcze raz przenieść się na osiedle, na którym gra się mecz z sąsiednią ulicą. Jeśli wygramy, to się cieszymy, jak przegramy, to się martwimy. Nie mamy w tym żadnego interesu materialnego. W ten sposób można odreagować tę reklamową sztuczność, która otacza dzisiejszą rzeczywistość – mówi prof. Rafał Chwedoruk.

Ogląda pan mundial?

Nie oglądam mundiali od 1990 roku.

A wyniki chociaż pan śledzi?

Nie.

Da się tak w dzisiejszej rzeczywistości medialnej?

Powiem więcej: jest to niezbędne. W społeczeństwie konsumpcyjnym także informacja jest towarem, który podlega permanentnej inflacji. Jesteśmy nieustannie bombardowani tysiącami informacji, więc siłą rzeczy trzeba dokonywać ich selekcji.

Ta inflacja dotyczy też piłki nożnej jako takiej. Ta dyscyplina w dużej mierze poszła szlakiem takich sportów jak koszykówka czy siatkówka, gdzie już nie wiadomo, kto z kim i o co gra. Ciągle odbywają się jakieś rozgrywki, z których większość nie ma specjalnego znaczenia.

Ich głównym celem jest to, żeby ileś podmiotów komercyjnych – organizatorzy zawodów czy stacje telewizyjne – dodatkowo na tym zarobiło.

Gdyby nikt tych rozgrywek nie oglądał, to by ich nie organizowano.

To nie takie proste. Zidentyfikowany w latach 60. fenomen społeczeństwa konsumpcyjnego polega na tym, że najpierw – dzięki agresywnemu marketingowi wytwarza się potrzebę, by potem mogli zarabiać właściciele firm wytwarzających środki ich zaspakajania.

Gdyby w społeczeństwie konsumpcyjnym wszyscy zaczęli się zastanawiać nad sensem ponoszonych wydatków, to musiałoby się ono natychmiast załamać. Olbrzymia część rzeczy, które na co dzień kupujemy, to rzeczy tak naprawdę absolutnie nam do niczego niepotrzebne.

Podobnie jest z piłką nożną. Każdą imprezę przedstawia się jako niezwykle ważną i prestiżową, mimo że już samo istnienie reprezentacji narodowych w dobie globalizacji stało się parodią.

Dlaczego?

Tak jak kiedyś w piłce ręcznej jeden z bliskowschodnich krajów o małej populacji kupił sobie kilku graczy z republik byłej Jugosławii, tak dziś podobny proces zachodzi w piłce nożnej. Zawodnik wyjeżdża z jednego kraju do drugiego, przyjmuje obywatelstwo i tam gra pod nową flagą. To nie ma sensu.

Gdy zaczynałem interesować się piłką nożną, reprezentacje były odzwierciedleniem poszczególnych lig. Większość piłkarzy prawie całe kariery spędzała w zespołach z macierzystych państw. W potężnej lidze włoskiej w latach 80. istniał przepis, który dopuszczał dwóch, a po liberalizacji trzech cudzoziemców w składzie. Nie twierdzę, że to był model optymalny, a ówczesna piłka nie miała wad, ale przynajmniej odzwierciedlała różnorodność lig i stylów gry.

Dzisiaj przypadkowa grupa piłkarzy zebranych przez trenera na bardzo krótki okres reprezentuje siłą rzeczy futbol przypadkowy, za to często nieprzypadkowe interesy agencji menedżerskich stojących za graczami. Skala identyfikacji kibiców z danymi zespołami przypomina fanów Adama Małysza.

Co ma pan na myśli?

To ludzie, którzy może i pójdą do kina, obejrzą film, a nawet kupią kubek albo t-shirt, ale nie będą po seansie skandować nazwiska reżysera. W sporcie – a w szczególności w piłce nożnej – zawsze chodziło o coś więcej niż tylko o ekspresję chwilowych emocji i krótkotrwałą modę.

Czym jest to „coś”?

Tworzenie się współczesnych państw i konsolidacja społeczeństw wiązały się także z futbolem. Słabo w Polsce znana historia piłki latynoamerykańskiej pokazuje, że odegrała ona fundamentalną rolę w integracji kolejnych przybyszów z Europy.

Te społeczeństwa były początkowo rozdzierane antynomią pomiędzy potomkami Kreoli a setkami tysięcy Hiszpanów, Włochów i innych Europejczyków, którzy napływali tam w czasie pierwszej globalizacji na przełomie XIX i XX wieku.

W latach 30. w Brazylii za czasów prezydenta Getúlio Vargasa podjęto próbę konsolidacji społeczeństwa i rozbicia antynomii Portugalczycy vs. reszta, co miało bardzo duży wpływ na rozwój piłki nożnej.

Przez lata kibicowanie danemu klubowi było w niektórych krajach także manifestacją przynależności klasowej. Do dziś zresztą bez problemu znajdziemy opinie, w myśl których np. Sparta Praga była drużyną robotniczą, a Slavia – mieszczańską.

W Polsce to się chyba zatarło, skoro na trybunach zespołu z taką tradycją jak Widzew Łódź są transparenty z hasłem: „zakaz skrętu w lewo”.

Nie ma nic zabawniejszego niż polityka historyczna w wykonaniu środowisk zaangażowanych kibiców w Polsce i – szerzej – w naszej części Europy.

Weźmy bułgarski CSKA Sofia. Ten klub powstał w 1948 roku pod trochę inną nazwą i był związany z wojskiem. Jego herbem była czerwona gwiazda, jak w Związku Radzieckim, a mimo to przez pewien czas istotną grupę kibiców tego klubu stanowili skinheadzi, w tym grupa o nazwie CSKA-SS Front.

Analogicznie jest u nas. Kibicami Łódzkiego Klubu Sportowego w latach 80 i 90. byli łódzcy skinheadzi, mimo że klub, który wspierali, miał w gronie założycieli także łódzkich Żydów. Podobna sytuacja dotyczyła Cracovii.

Z kolei sympatycy Rakowa Częstochowa zapewne w dużej części nie mają świadomości, że ich drużyna – jak Widzew Łódź czy niegdyś Bałtyk Gdynia – był związany z Polską Partią Socjalistyczną. Kolory czerwone w barwach zespołów z Częstochowy i Łodzi nie są przecież przypadkowe.

Z czego wynika to zatarcie?

To charakterystyczne dla globalizacji, która nas cofa kulturowo, bo tworzymy i chętnie wierzymy w historyczne mity. To zatarcie jeszcze bym zrozumiał, gdyby wpisywało się w szerszy trend depolityzacji stadionów. Ale przecież kibice bardzo chętnie obchodzą różne rocznice historyczne.

Czasem odbywa się to w sposób przemyślany i inteligentny, a czasem absurdalny i zaprzeczający historii i tożsamości klubu.

Wspomniał pan o tym, że mundiali nie ogląda od 1990 roku. Czemu akurat od wtedy?

Stało się kilka rzeczy. Po pierwsze, upowszechniły się telewizyjne transmisje meczów piłkarskich. Niedługo potem spotkań możliwych do obejrzenia zrobiło się bardzo dużo, i uznałem, że bardziej mnie interesują polskie rozgrywki klubowe niż abstrakcyjne mecze reprezentacji.

Po drugie, już wówczas piłka nożna zamieniła się w jeden wielki komercyjny mechanizm, który zaczął wciągać każdy podmiot, na jakim da się zarobić. Monstrualnie rozbudowano rozgrywki w rodzaju Ligi Mistrzów – w taki sposób, żeby najbogatsi mieli jeszcze więcej pieniędzy, a biednym coś skapnęło z pańskiego stołu.

Niedługo potem doszedł do tego kontekst rozpadu różnych państw. Nie mam nic przeciwko temu, żeby każdy naród wychodził z inicjatywami państwotwórczymi, ale jaki jest sportowy sens reprezentacji Curacao?

Liga Mistrzów, owszem, rozbudowała swoją strukturę, ale SuperLiga – projekt skonstruowany już tylko po to, żeby zarabiać – jednak upadł. Może jest jednak jakaś granica komercjalizacji?

Protest przeciwko SuperLidzie udał się przede wszystkim dlatego, że są jeszcze na świecie dobrze zorganizowane grupy kibicowskie, które bardzo mocno utożsamiają się ze swoją drużyną, od legalnych stowarzyszeń kibiców, przez ultrasów po grupy chuligańskie.

Czasem wywołuje to w Polsce kontrowersje, gdy oglądamy „rozmowy wychowawcze” z piłkarzami po przegranych meczach. Z drugiej jednak strony, ci sami ludzi potrafią przetrwać długoletnie konflikty z władzami klubów jak w przypadku Legii Warszawa, KSZO Ostrowiec Świętokrzyski, Hutnika Kraków czy Zawiszy Bydgoszcz.

W Chorwacji z kolei kibice Dinama Zagrzeb przez dobrych kilka lat bojkotowali mecze swojego zespołu, gdy zmieniono nazwę zespołu na Croatia Zagrzeb. Dzięki takim właśnie środowiskom – ale i zwykłym kibicom, którzy widzieli, że jest to droga donikąd – idea SuperLigi nie została wcielona w życie.

Oczywiście wpisuje się to także w szerszy trend deglobalizacji. Być może po prostu na niwie piłkarskiej doszło do swoistego buntu wobec „grupy trzymającej władzę”.

Czy taka postawa – trwania przy tej dyscyplinie – nie jest dla pana kusząca? Większość kibiców, mając z tyłu głowy te wszystkie konteksty, o których rozmawiamy, dalej ogląda mecze. Gdy słyszy pierwszy gwizdek, odcina się od ciemnych stron piłki.

Myślę, że ten mechanizm polega na hegemonii kulturowej, która wymusza podążanie za tym, co jest nachalnie prezentowane jako najlepsze i najnowocześniejsze. I kibice ulegają złudzeniu, że w istocie to, co oglądają, posiada te cechy. Organizatorzy rozgrywek – poprzez reklamę – wygrywają walkę o prestiż.

Jestem jednak bardzo ciekaw konfrontacji tego modelu z oczekiwaniami i potrzebami pokolenia Z. Jeśli ktoś funkcjonuje w świecie a’la TikTok, to dla niego wszystko dzieje się szybko i trwa krótko. Gdy dodamy do tego migracje i mniejsze przywiązanie do miejsca, w którym się mieszka lub z którego się pochodzi, to dostajemy rzeczywistość, w której piłka nożna może okazać się dla nowych pokoleń nudna.

Młodych kibiców nie będzie zajmowała zabawa w niuanse taktyczne dwóch drużyn, które z pruską pedanterią wykonują polecenia trenera, bo oczekują innych emocji. Nie czują też potrzeby pogoni za sukcesem za wszelką cenę, która charakteryzuje dzisiejszych 40-latków.

Oni zostali doświadczeni przez bezrobocie i rutynową, wymagającą posłuszeństwa pracę w korporacjach. Młodsi mają inną perspektywę, przez co trudniej będzie ich wtłoczyć w skrajnie komercyjne ramy.

Jakie to może mieć konsekwencje dla piłki jako rynku?

Jeśli chodzi o międzynarodową piłkę nożną, to z całego serca życzę jej bankructwa.

To możliwe w dobie właścicieli z Arabii i Kataru?

Rzeczywiście, współczesna gospodarka jest pewną fikcją. Kapitalizm zbankrutował w 2008 roku podczas kryzysu bankowego, a gdy w latach 70. Stany Zjednoczone w związku z katastrofą ekonomiczną po wojnie wietnamskiej zdjęły parytet dolara w złocie, świat został zalany pieniędzmi.

Dziś mamy już do czynienia z efektem kuli śniegowej. Ziemia nie mogłaby dziś wejść do Unii Europejskiej, bo nie spełniłaby kryteriów zadłużeniowych. Każdy kryzys finansowy jest rozstrzygany dziś na dwa sposoby: albo wojną, albo nieograniczonym dodrukiem pieniądza, gdyż możni tego świata mówią rządom: „Jeśli my upadniemy, to wy też”.

I dokładnie tak działa dziś piłka nożna. PSG to dziś właściwie reprezentacja Kataru, a brytyjska piłka to jedna wielka pralnia pieniędzy. Zarobki piłkarzy nie mają żadnego związku z realiami. To jeden wielki bitcoin.

Dodajmy do tego niesprawiedliwość względem mniejszych klubów wynikającą z tzw. prawa Bosmana. Niegdyś  klub otrzymywał ekwiwalent od drużyny kupującej gracza nawet, jeśli piłkarz nie miał ważnego kontraktu. Dziś jeśli kontrakt się kończy, zawodnik odchodzi za darmo, gdzie chce.

Ma to fatalne skutki, gdyż zarabiają agencje menadżerskie, a tracą te zespoły, które efektywnie pracują z młodzieżą i szkolą talenty. Gdyby nie prawo Bosmana, miałyby one od każdego zawodnika dodatkowe pieniądze.

Obowiązują dziś skomplikowane systemy ekwiwalentów, niekorzystne dla większości klubów. Dochodzi w rezultacie do sytuacji, w których emeryci jako miejscy podatnicy w różnej wielkości miastach w Polsce zrzucają się na pensję dla gwiazdy lokalnego zespołu, którym często jest zaawansowany wiekowo gracz z innego kraju.

Światowej piramidy finansowej broni potęga USA, które jednak niekoniecznie mogą chcieć umierać za stworzoną i rozwijaną w Europie dyscyplinę sportu i sposób jej finansowania.

Porozmawiajmy w takim razie o czymś bardziej optymistycznym. Gdzie jest dziś prawdziwa piłka nożna?

W niższych ligach. W Polsce tę cezurę lokuję na czwartym poziomie rozgrywkowym, czyli w 3 lidze. Piłkarze, którzy biegają w niższych klasach rozgrywkowych, to są często osoby pracujące lub uczące się i otrzymujące za grę w piłkę niewielkie pieniądze.

Ich wynagrodzenie nie pozwalałoby przeżyć od pierwszego do pierwszego, ale rekompensuje czas poświęcony na uprawianie tego sportu. Chociaż nawet i w 4 lidze grają zespoły, które funkcjonują na zasadzie drużyn zawodowych, a obok nich występują drużyny nie płacące nawet symbolicznych kwot graczom.

Kluby amatorskie lub półamatorskie to pański ideał?

Nie chodzi o ideał. Po prostu mam szacunek dla kogoś, kto w imię swojej pasji uprawia sport, mimo że wie, iż już wyżej niż 4 liga nie zajdzie. Kibicami takich zespołów są zwykle najbliższe kręgi rodzinne i towarzyskie oraz niewielka część lokalnej społeczności.

Te drużyny w największym stopniu przypominają tę piłkę sprzed parudziesięciu lat, kiedy balans pomiędzy sportem, pieniędzmi a lokalną tożsamością był zachowany.

Mam poczucie, że w wielu takich miejscach piłka nożna to jeden z ostatnich bastionów obrony przed atomizacją społeczną.

Tak. Jedno z wyjaśnień fenomenu ruchów kibicowskich wiąże się właśnie z deficytem wspólnotowości. Dla przykładu, we Włoszech, jednej z kolebek ruchów kibicowskich, jeszcze w latach 70. nastąpiło załamanie się identyfikacji młodzieży z wielkimi ruchami politycznymi. Nastolatkowie zamiast zapisywać się do młodzieżówek chadeków, komunistów czy postfaszystów, trafiali na trybuny.

To paradoks, że dziś wielkie kluby również mówią o wspólnocie i zaufaniu, opowiadają, że np. współpraca z trenerem będzie wieloletnia, że to wspólny projekt, a dzień po przegranym meczu ów trener traci stanowisko. Analogicznie z ciężko kontuzjowanymi piłkarzami. Tylko w nielicznych przypadkach tacy zawodnicy mogą liczyć na przedłużenie kontraktu.

Prawdziwa wspólnota jest na trybunach. Duża część z nich jest zresztą inkluzywna, z wyłączeniem zamkniętych grup chuligańskich. Umacnia tę subkulturę nie tylko długa historia, ale i uniwersalność doświadczenia. Każdy, kto wejdzie w jej krąg – niezależnie od wieku – może znowu poczuć się tak, jakby miał 15 lat.

Kibicowanie pozwala jeszcze raz przenieść się na osiedle, na którym gra się mecz z sąsiednią ulicą. Jeśli wygramy, to się cieszymy, jak przegramy, to się martwimy. Nie mamy w tym żadnego interesu materialnego. W ten sposób można odreagować tę reklamową sztuczność, która otacza dzisiejszą rzeczywistość. Sport sam w sobie – inaczej niż reklama – jest autentyczny.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.