Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Jerzy Giedroyc i Roman Dmowski. Te dwie postacie znacznie więcej łączy niż dzieli

Jerzy Giedroyc i Roman Dmowski. Te dwie postacie znacznie więcej łączy niż dzieli Autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Wśród elit politycznych III Rzeczypospolitej odwoływanie się do doktryny Giedroycia szło w parze z awersją do politycznego dziedzictwa Romana Dmowskiego. Czy taka postawa była słuszna? Czy Giedroyc był skrajnym ukrainofilem, a Dmowski skrajnym ukrainofobem? Nic z tych rzeczy. Giedroycia i Dmowskiego łączyło coś na pierwszy rzut oka niewidocznego. Tym czymś jest głęboki realizm. W kontekście dzisiejszego kryzysu relacji z Ukrainą warto wrócić zarówno do dorobku intelektualnego założyciela paryskiej „Kultury”, jak i pism lidera Narodowej Demokracji.

Przed paryską „Kulturą”. Wyjątkowe pokolenie

Można powiedzieć, że III RP miała być geopolitycznym zaprzeczeniem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej – państwa podporządkowanego ZSRS, a tym samym – przyjmując perspektywę ponadczasową i niezależną od czynników ideologicznych – „wiekuistej” Rosji.

Stąd od lat 90. XX wieku polskie elity polityczne odwoływały się do tak zwanej doktryny Giedroycia. Skądinąd sformułował ją nie on sam, lecz jego współpracownik – tak samo, jak książę z Maisons-Laffitte, emigrant polityczny – Juliusz Mieroszewski.

W roku 1974 ów publicysta zamieścił w „Kulturze” tekst Rosyjski «kompleks polski» i obszar ULB. Podstawową tezę wyłożoną przez Mieroszewskiego – a suflowaną mu przez Jerzego Giedroycia – można streścić następująco: Polacy powinni uznać polityczną podmiotowość Ukraińców, Litwinów, Białorusinów i oczekiwać takiego rozwoju wydarzeń, który sprawi, że te trzy narody wybiją się na niepodległość.

Wyodrębnienie się Ukrainy, Litwy, Białorusi jako nowych państw (stąd skrót nazwy doktryny: „ULB”) spowoduje, że rozwiązany zostanie wielowiekowy problem: pozbawiona tych trzech krajów Rosja utraci status imperium i przestanie stwarzać niebezpieczeństwo dla Polski.

Czarna legenda Narodowej Demokracji

Wśród elit politycznych III RP odwoływanie się do doktryny Giedroycia szło w parze z awersją do politycznego dziedzictwa Romana Dmowskiego. Warto przypomnieć, że w latach 90. ten jeden z twórców Narodowej Demokracji i jej wieloletni lider był postrzegany jako szwarccharakter nie tylko w środowiskach lewicowych i liberalnych.

Nawet Jarosław Kaczyński – będący wówczas prezesem Porozumienia Centrum, czołowej partii polskiej centroprawicy, definiującej się jako ugrupowanie chrześcijańsko-demokratyczne – krytycznie się wyrażał o nacjonalizmie Dmowskiego.

Niemniej to w kręgu „Gazety Wyborczej” – w latach 90., medium uchodzącego za główny ośrodek opiniotwórczy dla środowisk lewicowych i liberalnych – zaczęła obowiązywać narracja, że wszystko, co w PRL było złe, wywodziło się nie ze szczytnych ideałów komunistycznych, ale z prawicy, a konkretnie: z endeckości, która głęboko zalęgła się w duszach Polaków.

Przypominano słynną frazę „Jest ONR-u spadkobiercą Partia” z poematu Traktat poetycki Czesława Miłosza – dzieła, które zresztą ukazało się w roku 1957 w Paryżu nakładem Instytutu Literackiego, a więc wydawcy „Kultury”.

Cóż, porównanie Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej do Obozu Narodowo-Radykalnego – międzywojennej organizacji utworzonej przez młodych endeków, dla których Dmowski był mięczakiem, miało odpowiednią siłę rażenia? ONR to w oczach nadwiślańskich progresistów emanacja polskiego faszyzmu.

Czy jednak za łączeniem PRL z koncepcją lidera Narodowej Demokracji nie stoi wyłącznie chęć obrzydzania prawicy Polakom? Odpowiedź na tak postawione pytanie nie jest bynajmniej jednoznaczna.

Dmowski nie poparłby państwa komunistycznego

Dmowski negatywnie odnosił się do modelu państwa wieloetnicznego, ponieważ – jego zdaniem – w ramach jednego bytu państwowego Polacy byli skazani na konflikty z mniejszościami etnicznymi, w tym z Ukraińcami oraz Żydami.

Dlatego – prowadząc swoją działalność polityczną jeszcze w czasach zaborów – chciał, żeby przyszła niepodległa Polska przybrała kształt terytorialny państwa etnicznie względnie jednolitego. I to się ziściło, ale dopiero po roku 1945 (lider endecji zmarł w roku 1939).

W wyniku drugiej wojny światowej część społeczeństwa zamieszkującego terytorium II RP dotknęła zagłada. Natomiast decyzje, jakie zapadły w roku 1945 na konferencji jałtańskiej sprawiły, że granice państwa polskiego zostały przesunięte w kierunku zachodnim.

W rezultacie zniknęły warstwy społeczne i grupy etniczne, które tworzyły wielokulturowy pejzaż Polski. Bez szlachty i Żydów, ale za to pod butem reżimu komunistycznego, to, co zostało po II RP zglajchszaltowano.

Rzecz jasna droga do takiego stanu rzeczy wiodła przez kataklizm wojenny, którego kamieniami milowymi były masowe mordy w takich miejscach, jak Katyń, Auschwitz, Wołyń – czego przecież Dmowski bynajmniej nie postulował.

Oczywiście, trudno sobie też wyobrazić, że taki antykomunista, jak on, zaakceptowałby przejęcie władzy nad Wisłą przez komunistów. Wreszcie liderowi Narodowej Demokracji nie w smak byłaby utrata przez Polaków takich ośrodków polskości, jak Lwów czy Wilno – nawet biorąc pod uwagę rekompensatę w postaci Wrocławia czy Szczecina.

Ale jednocześnie – jako pragmatyk i realista – być może zastanawiałby się również nad tym, czy podniesiona ze zgliszcz wojennych  ojczyzna odniosła na skutek nowej sytuacji jakieś korzyści.

Polska została ostatecznie „uwolniona” od balastu ziemiaństwa, a więc warstwy w tym sensie anachronicznej, że hamującej modernizację kraju, którą Dmowski uważał za jedno z priorytetowych zadań dla Polaków.

Chodziło mu przecież o to, żeby Polska dynamicznie rozwijała swoją gospodarkę i goniła potęgi zachodnie. Trzeba było przezwyciężyć pozostałości feudalizmu i budować polską klasę średnią.

A państwo realnego socjalizmu zagrożenia dla siebie upatrywało raczej w zrewoltowanym inteligencie (mentalnym potomku szlachcica-powstańca z czasów zaborów) czy strajkującym robotniku niż w drobnym prywaciarzu, który jakoś sobie radził.

PRL „uwolniła się” się też od balastu mniejszości etnicznych, w tym grup, z którymi II RP miała szczególny problem. Chodziło zwłaszcza o Ukraińców. Garstkę, która pozostała w granicach państwa polskiego, rozbroiła Akcja „Wisła”. Z kolei ocaleni z Holokaustu Żydzi nie tworzyli już zwartej mniejszości, mogącej – z endeckiej perspektywy – stanowić źródło napięć na tle różnic etnicznych.

Środowiska lewicowe i liberalne w III RP oskarżają Dmowskiego o prorosyjskość i antyukraińskość, co w kontekście toczącej się od roku 2022 pełnoskalowej wojny rosyjsko-ukraińskiej nabiera dodatkowego znaczenia.

Tymczasem lider endecji podejmując w czasach zaborów współpracę z caratem, traktował ją wyłącznie taktycznie. Po prostu spośród zaborców największego zagrożenia upatrywał w Niemcach.

Dlatego grał z Rosją przeciw nim. Jednak w Rosjanach widział barbarzyńców. Jeśli zaś chodzi o porządek cywilizacyjny, to za wzór kultury politycznej stawiał Polakom Wielką Brytanię.

A zatem Dmowski był kimś zgoła innym, niż postrzegają go dziś w Polsce ci ludzie, którzy odwołując się do dziedzictwa Narodowej Demokracji kreślą obraz Rosji jako konserwatywnej alternatywy dla „zgniłego” Zachodu.

Dmowski – polityk proukraiński czy antyukraiński?

Co do sprawy ukraińskiej, to warto przywołać cytat z książki będącej kanoniczną pozycją w dorobku teoretyka polskiego nacjonalizmu. Chodzi o Myśli nowoczesnego Polaka z 1903 roku. Dmowski odniósł się w niej pozytywnie do narodotwórczych aspiracji Ukraińców. Oto frapujący jej fragment:

„Jeżeli Rusini [czyli Ukraińcy – przypis FM] mają zostać Polakami, to trzeba ich polonizować; jeżeli mają zostać samoistnym, zdolnym do życia i walki narodem ruskim, trzeba im kazać zdobywać drogą ciężkich wysiłków to, co chcą mieć, kazać im hartować się w ogniu walki, który im jest jeszcze potrzebniejszy, niż nam, bo są z natury o wiele jeszcze bierniejsi i leniwsi od nas.

Jeżeli im będziemy dawali bez oporu wszystko, czego chcą, «a nawet więcej, niż chcą», to tym sposobem sami tylko się z Rusi wycofamy, ale narodu ruskiego nie stworzymy. Zaspokoiwszy ich nadmierne dziś apetyty, pozostawimy tę piękną ziemię gnuśnym, sytym próżniakom, których samoistność dopóty będzie trwała, dopóki ktoś energiczniejszy od nas swej ręki na nich nie położy. Zamiast samoistnego narodu ruskiego przygotujemy pognój pod naród moskiewski”.

Ktoś może się obruszyć, że przytoczony cytat zdradza pogardliwe i paternalistyczne nastawienie autora do Ukraińców. Tyle, że przecież w przywołanym fragmencie należy dostrzec również wskazanie zysków płynących dla Polaków za wspierania ludności ukraińskiej przeciw caratowi.

Jednocześnie w kontekście tego, jaką obecnie znaczącą rolę odgrywają na Ukrainie oligarchowie, jakże proroczo brzmią słowa Dmowskiego o zgubnym dla tego kraju oddaniu go w ręce „gnuśnych, sytych próżniaków”.

Wreszcie warto zwrócić uwagę na podjętą przez lidera Narodowej Demokracji kwestię „dawania” Ukraińcom „bez oporu wszystkiego, czego chcą, «a nawet więcej, niż chcą»”. Można odnieść wrażenie, że Dmowski przepowiedział to, z czym mamy do czynienia dziś – ustępliwość dużej części polskiej klasy politycznej wobec ukraińskich polityków.

A przecież liderowi endecji chodziło też o to, że stawianie Ukraińcom wymagań jest potrzebne im samym – żeby stojąc przed wysoko postawioną przez Polaków poprzeczką rośli w siłę i byli zdolni stawiać czoła Rosji.

W okresie międzywojennym Dmowski nie był jednak już zwolennikiem wspierania ukraińskich aspiracji niepodległościowych. Uważał, że gdyby zostało utworzone państwo ukraińskie, to stanowiłoby ono podmiot niestabilny oraz narzędzie polityki niemieckiej przeciw Polsce.

W dodatku protoplasta polskiego nacjonalizmu opowiadał się za budową bloku złożonego z Francji, Polski, Czechosłowacji i Związku Sowieckiego, a będącego przeciwwagą dla odbudowujących się militarnie Niemiec. I znowu – jeśli lider Narodowej Demokracji optował za szukaniem przez II RP wspólnej płaszczyzny z ZSRS, to chodziło mu wyłącznie o względy taktyczne.

Można się zastanawiać nad tym, skąd się brały te sprzeczności, jeśli chodzi o stosunek Dmowskiego do sprawy ukraińskiej. Ich źródła można upatrywać w tym, że, że lider endecji wykazywał się elastycznością myślenia. Znamienne jest orędzie, które skierował do działaczy Młodzieży Wszechpolskiej podczas zjazdu tej organizacji w roku 1923:

„Wystrzegajcie się talmudyzmu, trzymania się tego, co kiedyś zostało napisane. Musimy ciągle tworzyć, ciągle iść naprzód […]. Ja sam odszedłem już daleko od wielu spomiędzy tych rzeczy, które kiedyś napisałem […]. Nic z tego, co stworzył obóz – poza oczywiście podstawowymi zasadami jego ideologii – nie stanowi martwej formułki, której by można się nauczyć i nie myśleć dalej”.

Oczywiście lider endecji używał terminu „talmudyzm” metaforycznie, a nie dosłownie. W tym przypadku pojęcie to oznaczało sztywność myślenia, nie zaś cechę judaizmu. I właśnie wystrzeganie się „talmudyzmu” – także w polityce wschodniej – jest tym, co łączy Romana Dmowskiego z Jerzym Giedroyciem. Ale żeby to dostrzec, trzeba wyjaśnić nieporozumienia narosłe wokół naczelnego „Kultury”.

Realizm wschodni Jerzego Giedroycia

Jeśli w III RP Giedroycia przeciwstawiono Dmowskiemu, to nic dziwnego, że doktrynę księcia z Maisons-Laffitte wzięli na sztandary ludzie odwołujący się do geopolityki jagiellońskiej, którą po pierwszej wojnie światowej firmowały działania Józefa Piłsudskiego.

Marszałek Polski patrzył na rzeczywistość z perspektywy kresowego szlachcica pielęgnującego dziedzictwo I Rzeczypospolitej. Wysunął on koncepcję federacji zrzeszającej Polskę i państwa, które miały powstać na gruzach imperium rosyjskiego.

I jak wiadomo, w okresie międzywojennym nic z tego nie wyszło. Nie tylko dlatego, że Rosja Sowiecka okazała się górą, lecz również z powodu antagonizmów między Polakami, Ukraińcami, Białorusinami i Litwinami. Zresztą sam Piłsudski, gdy się przekonał, że koncepcja federacji wzięła w łeb, potrafił przyznać, że była ona nieudana.

Rzecz w tym, że Giedroyc był – tak jak i Dmowski – twardo stąpającym po ziemi pragmatykiem i realistą. Mimo że wywodził się z kresowej arystokracji (bo urodził się w Mińsku i należał do książęcego rodu z Wielkiego Księstwa Litewskiego), to w kwestiach politycznych nie żywił sentymentów do przeszłości.

Nie idealizował i nie romantyzował jagiellońskiej wielokulturowości – tak jak to czyni wiele osób, które traktują jego nazwisko niczym totem przeciw polskiemu nacjonalizmowi. Zdawał sobie sprawę z tego, co obciążało stosunki Polaków ze wschodnimi sąsiadami. Postanowił zatem wyciągnąć wnioski z historii.

Uznał kształt terytorialny państwa polskiego po drugiej wojnie światowej z dobrodziejstwem inwentarza. Jednocześnie nabrał przekonania, że kluczem do bezpieczeństwa Polski jest utworzenie państw oddzielających ją od Rosji. I tak właśnie narodziła się doktryna „ULB” – skądinąd wpisująca się w amerykańskie plany dotyczące pozimnowojennego porządku w Europie.

Przy czym, według szefa „Kultury”, w nowym układzie sił nieimperialistyczna miała być nie tylko Rosja, ale i Polska. Doktryna Giedroycia nie była sformułowana jako program konfrontacji z Kremlem o strefę wpływów. Książę z Maisons-Laffitte zakładał, że stosunki z nowym państwem rosyjskim uda się znormalizować.

Jednocześnie trzeba podkreślić, że Giedroyc politycznie nie był ani rusofilem, ani „ULB-filem” (choć zarazem fascynował się kulturą rosyjską). Można przypomnieć choćby to, co powiedział on na początku lat 90. Natalii Gorbaniewskiej, rosyjskiej dysydentce czasów sowieckich, tłumaczce literatury polskiej.

Przeprowadziła ona wywiad z Giedroyciem, opublikowany w roku 1991 w redagowanym – tak jak „Kultura” – we Francji, rosyjskim kwartalniku „Kontinient”. W rozmowie tej padły z ust interlokutora Gorbaniewskiej opinie, które mogłyby dziś zszokować niejednego człowieka podającego się za „giedroyciowca”.

I tak szef „Kultury” oznajmił, że rusyfikacja Białorusi zaszła tak daleko, że należałoby rozważyć, czy nie za późno jest na niepodległość tego kraju. A co do Ukrainy stwierdził, że w jej zrusyfikowanych regionach trzeba plebiscytowo zapytać ich mieszkańców, w skład którego państwa mają one wejść. Brał więc pod uwagę to, że terytorialny stan posiadania Rosji może się okazać dużo większy niż był w momencie rozpadu Związku Sowieckiego.

Istotnym aspektem doktryny Giedroycia było to, do kogo ją adresowano. Książę z Maisons-Laffitte miał intencję, żeby uświadomić wielu Polakom, którzy po drugiej wojnie światowej pozostali na emigracji i liczyli na to, że wschodnie rubieże II RP kiedyś znowu znajdą się w granicach państwa polskiego, iż nie ma powrotu do przeszłości.

***

Giedroyc odzierał rodaków ze złudzeń i to nie tylko w tej kwestii. Dmowski zresztą robił to samo – jego pisma pełne są krytyki polskich przywar narodowych. Nacjonalizm, którego był teoretykiem, nie ma nic wspólnego z narodową megalomanią.

Patrząc na świat z dzisiejszej perspektywy może się jednak nasunąć konkluzja, że i Dmowski, i Giedroyc zbyt naiwnie podeszli do możliwości normalizacji relacji polsko-rosyjskich. Ale w wielu innych sprawach historia przyznała im rację – szczególnie jeśli chodzi o atuty państwa jednolitego etnicznie, jakim się stała Polska pojałtańska.

Dzięki temu, co wybrzydzają współcześni polscy piewcy wielokulturowości, ominęły ją brutalne perturbacje, które po roku 1989 były udziałem krajów wchodzących niegdyś w skład Związku Sowieckiego i Jugosławii. I tego faktu trzeba się trzymać szczególnie w roku 2026, także biorąc pod uwagę kwestie migracyjne.

Publikacja jest częścią projektu „Mocarstwo idei – Jerzy Giedroyc przedwojenny”  dofinansowanego ze środków Muzeum Historii Polski w Warszawie w ramach programu „Patriotyzm Jutra. Wielkie Rocznice – edycja 2026”. Wszystkie materiały w ramach projektu udostępnione są na licencji CC BY. Zachęcamy do ich  przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.