Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Cała obrzydliwość filmu „Citizen Vigilante”

przeczytanie zajmie 10 min
Cała obrzydliwość filmu „Citizen Vigilante” źródło: zrzut ekranu z https://www.youtube.com/watch?v=Dw6e4pO8QP4

Citizen Vigilante nie opowiada spójnej i wiarygodnej historii. Nie czyni niczego dobrego. Nie cechuje się poczuciem człowieczeństwa czy szczerą empatią dla ofiar gwałtów. Film Uwe Bolla okazuje się wręcz tym groźniejszy, że zło ubiera w pozory dobra, usprawiedliwiając i eskalując nienawiść w sytuacji, która stała się w ostatnich latach szczególnie napięta.

Mówiąc wprost i bez ogródek, Citizen Vigilante to w istocie podły, zatruty film. Jest w nim właściwie tylko jedna prawdziwa i warta uwagi rzecz. Pojawia się ona wraz z mottem wyświetlonym tuż przed właściwym seansem. Napis ten oznajmia: „Każde zachowanie można sprowadzić do instynktów”.

Nie mogę być całkiem pewien, czy jest to cytat, czy po prostu swobodna impresja twórcy. Kilka sekund później pojawia się zresztą kolejna fraza, tym razem podpisania jako słowa Anonima. Szczegół ten, aczkolwiek kuriozalny, nie gra jednak aż takiej roli, skoro przypadkiem definiuje on Citizen Vigilante jako film i zjawisko.

Tak się bowiem składa, że społeczny odbiór najnowszego filmu Uwe Bolla udowadnia, że istotnie, wiele zachowań można sprowadzić do instynktów. Dotyczy to nie tylko zemsty czy nienawiści, ale również brania utworu głęboko zepsutego na sztandar swoich wartości. Boll, jak sądzę, dobrze zdaje sobie z tego sprawę. A jako twórca nie ceniący człowieka, najwidoczniej postanowił cynicznie wykorzystać wiedzę o tym, jak budzić ludzkie instynkty.

Bo tym właśnie jest Citizen Vigilante. To próba wykorzystania naszych popędów i emocji, a powoływanie się na ten film jako na głos wykluczonych i niesłyszanych, oceniam jako wysoce ryzykowne.

Infant terrible złego kina

Wpierw przyznam się do pewnej mniej lub bardziej grzesznej skłonności: od lat jestem miłośnikiem tzw. „złego kina”. Bywa, że pławię się w tym, co najbardziej nieudane. W tym wszystkim, co niczym kreatury zamieszkujące wiersze Bolesława Leśmiana, rodzi się, aby potem niby być, a jednak nie być; w tym, co jednookie, kulawe, pozbawione jasno określonego statusu w świecie, tym, co w jednym momencie przeraża, śmieszy, zdumiewa i żenuje.

Dla odbiorców tego typu kina, Uwe Boll jest postacią legendarną. Legendarną, co nie znaczy, że lubianą na równi z innymi twórcami celuloidowej szmiry. Istnieje bowiem kategoria kina tak złego, że aż dobrego (so bad it’s good). Ma ona swoje kluby miłośników, społeczności i grupy.

Do prominentnych twórców tej specyficznej kategorii filmu należą Ed Wood, Tommy Wiseau czy Neil Breen. I chociaż słusznie uznaje się ich za najgorszych reżyserów w historii, to jednocześnie dzięki swojej determinacji i barwnej osobowości, budzą także silnie pozytywne emocje, a momentami nawet swego rodzaju szacunek.

Na tym tle kino Bolla było jednak oceniane jako po prostu złe (plain bad albo bad bad), a przez to nieznośne. Nigdy nie dostarczało odpowiedniej rozrywki, chociaż – trzeba to uczciwie przyznać – sama sylwetka reżysera, sprawnie ogrywającego niemiecki system podatkowy dla sfinansowania swoich filmów, fascynowała jako zjawisko.

Jego filmy stały się zresztą dla wielu miłośników złego kina, zwłaszcza tych urodzonych w latach 90., pierwszym w życiu momentem szoku i niedowierzania, że można było zrobić coś tak fatalnego, a następnie puścić w oficjalną dystrybucję. Dodajmy jednak, że pierwszym, zanim poznało się innych twórców najgorszych filmów świata, tym razem jednak z grupy good bad, a zatem dostarczających lepszej rozrywki i satysfakcji.

Rozgłos Bolla jako twórcy – o czym wspomniałem – nielubianego nawet przez miłośników złego kina wynikał z trzech zasadniczych czynników. Pierwszym z nich była szeroka dystrybucja komercyjna jego filmów, a zarazem regularny angaż znanych hollywoodzkich aktorów znajdujących się aktualnie w pewnym kryzysie.

Po drugie, zdumiewający, budzący ciekawość i wydawałoby się – jawny cynizm twórcy. Po trzecie natomiast, Boll zwykł swego czasu tworzyć ekranizacje popularnych gier komputerowych, wzbudzających bezprecedensowy sprzeciw ze strony środowisk graczy.

O ile jednak wielbiciele złego kina z niecierpliwością wyczekują kolejnych produkcji Neila Breena, o tyle wobec Bolla ich reakcja jest i była zgoła odmienna; swego czasu wystosowali nawet petycję, w której zaapelowali do niemieckiego reżysera o zakończenie kariery filmowej. Petycja zebrała prawie 354 tysiące podpisów.

Jeszcze 20 lat temu, umawiając się z kolegami na kebab i kolejny hate watching filmu Uwe Bolla, nie sądziłbym, że akurat ten reżyser wywoła kiedykolwiek społeczną i polityczną dyskusję. Pół biedy, gdyby nakręcił wreszcie film tak katastrofalny, że aż podniosła się międzynarodowa debata. Niestety, mamy tu do czynienia z przypadkiem znacznie mniej zabawnym, a znacznie bardziej niebezpiecznym.

Obywatel Breivik

Pod względem artystycznym Citizen Vigilante jest czymś tak absolutnie złym, że nie spodziewałem się tego nawet po Bollu. To dzieło pod każdym względem tragiczne, i nie łudźmy się, że jest inaczej.

Nie wyobrażam sobie istnienia odbiorcy, który szczerze uznałby ten film za udany. Równie trudno jest mi wyobrazić sobie film gorszy realizacyjnie. Chyba nie ma tu sensu się nad tym rozwodzić. Warsztatowo obraz przedstawia się po prostu katastrofalnie.

Najniższy możliwy poziom reprezentuje zarówno reżyseria, jak warstwa dialogowa, gra aktorska, narracja, dynamika scen, logika opowieści. I tylko jedna rzecz nie tyle oburza, co raczej budzi smutek – jest nią udział Armiego Hammera.

Kim jest, odgrywany przez niego, tytułowy „obywatel mściciel”, tajemniczy Sanders? Obserwujemy go, kiedy zbroi się w swoim schronie, a następnie ostrzeliwuje służby mundurowe. Ale widzimy go też odwiedzającego domy pokrzywdzonych i spacerującego po parku w czarnym płaszczu (notabene, pierwotnie tytuł miał brzmieć Dark Knight, czyli Mroczny rycerz).

W niektórych scenach reżyser przedstawia nam go jako anioła zemsty, działającego w imieniu bezbronnych i pokrzywdzonych. Te sekwencje, jak się zdaje, mają określać tożsamość Sandersa. Jest to mściciel, samozwańczy stróż prawa, domagający się o sprawiedliwość trochę Batman w cywilu, a trochę everyman. Po prostu obywatel, citizen; ktoś, kim my wszyscy mielibyśmy się stać. Tyle, że wyposażony do tej misji w specjalne zdolności.

Pojawiają się też jednak niepokojące sceny, aczkolwiek realizowane chyba nie do końca ze świadomym zamysłem, które ujawniają, że nasz bohater jest też flipperem, mobbingującym pracodawcą, a być może nawet sutenerem.

Można by powiedzieć: postać niejednoznaczna, ale należałoby raczej przyznać, że po prostu niespójna. „Mroczny rycerz” koniec końców musi być w jakimś stopniu mroczny. Musi być, podobnie jak Bruce Wayne, człowiekiem zarówno szlachetnym, jak i trudnym w obyciu. To poniekąd tłumaczy jego poświęcenie sprawie. Ale w przypadku Sandersa tak to nie działa. Przede wszystkim jest on bowiem psychopatą.

Właściwe intencje Uwe Bolla wychodzą na wierz, a razem z nimi wyłania się co najmniej niepokojąca prawda. Widzimy na przykład, jak Sanders spotyka się z ofiarami przemocy, odwiedzając ich w szpitalach i pytając o to, czy pragną sprawiedliwości.

Jest tam obecny dużo wcześniej od państwowych służb. Jest blisko. Ale gdyby się nad tym naprawdę zastanowić, to Sanders przychodzi do szpitala wcale nie jako anioł i wyzwoliciel. Okazuje się, chcąc nie chcąc, kusicielem.

Dotyka bólu drugiego człowieka, a następnie używa cierpienia i gniewu do tego, by wyperswadować ofierze potrzebę dalszej przemocy. Gdy tylko otrzymuje zgodę na zemstę, znika z życia pokrzywdzonego, i już nigdy więcej nie pojawia się ze swoją obecnością i empatią.

Sanders jest więc w roli mściciela po prostu niewiarygodny. Wydaje się raczej, że cała ta misja prowadzona w imieniu bezbronnych ofiar w istocie jest dla niego usprawiedliwieniem żądzy krwi. Nie pomagają w tym przydługie monologi o sprawiedliwości i obywatelskim wzmożeniu.

One wręcz pogarszają, gdyż zgodnie z zasadą z obfitości serca mówią usta, im dłużej trwają odezwy Sandersa, tym łatwiej wyczuć w nich ukryte intencje. Tytułowy obywatel mściciel pragnie po prostu chaosu i śmierci.

Jego działania noszą wszelkie znamiona terroryzmu, kierują urojenia psychopaty. Krzywda ofiar służą mu wyłącznie za usprawiedliwienie. Czy mimowolnie odzwierciedla to stosunku samego Uwe Bolla do narastających w Europie obaw?

Pytań i nieścisłości jest o wiele więcej, i trudno w krótkim tekście skomentować je wszystkie. Nie wiem na przykład, jakie są prawdziwe intencje Sandersa, który w ciągu półtora godzinnego seansu zamordował przecież znacznie więcej niewinnych ludzi aniżeli gwałcicieli.

Czyli, w istocie rzeczy, Sanders to raczej ktoś pokroju Andersa Breivika i Martina Bryanta aniżeli Bruce’a Wayne’a. Nawet jeśli sam Batman również nosi w sobie pewien mrok.

American Psycho staje się bohaterem

Najbardziej oburzająca scena ma miejsce w samym finale filmu. Widzimy jak Sanders wdziera się do mieszkania, gdzie żyje rodzina islamskich imigrantów, a następnie dokonuje egzekucji nie tylko chłopaka odpowiedzialnego za brutalny gwałt na pewnej Europejce, ale przy okazji również jego sióstr, matki oraz ojca.

Cała ta sekwencja przypomniała mi słynne sceny home invasion i sadyzmu z Mechanicznej pomarańczy Stanleya Kubricka, a ze względu na zimne, dokumentalne spojrzenie Bolla, jeszcze mocniej Funny Games Michaela Hanekego.

Z tą jedynie różnicą, że tym razem psychopata znęcający się nad całą rodziną, zostaje przedstawiony jako nasz głos i wyzwoliciel. Towarzysząca scenie muzyka nie pozostawia wątpliwości, że morderstwo kilkunastu osób ma nam przynieść katharsis.

Cała scena miała przynieść odbiorcy ulgę. Rachunek został wyrównany, nadszedł bowiem dzień sprawiedliwości. Nieco wcześniej Sanders, w jednym ze swoich nagrań, wezwał wręcz mieszkańców Europy do podobnych działań, mówiąc: „Jeśli wy nie potraficie tego zrobić, zrobię to sam, abyście wiedzieli, co jest słuszne”. Nic jednak nie usprawiedliwia tego, co cała ta scena – znów najpewniej mimowolnie – ukazuje naprawdę.

Uwe Boll, odpowiadając na zarzuty krytyków i zakaz Citizen Vigilante w oficjalnej dystrybucji, powoływał się na skonstruowany poniekąd podobnie finał Bękartów wojny Quentina Tarantino. Mieliśmy tam masową egzekucję nazistów, której również w imieniu ofiar dokonała żydowska partyzantka.

Można by więc zarysować pewną analogię pomiędzy tymi dwoma filmami. Tak to przynajmniej widzi Boll, pytając jednocześnie, dlaczego Bękarty wojny nie spotkały się z tak surową reakcją filmowych komisji klasyfikacyjnych.

Przyznam, że nie jestem i nigdy nie byłem wielkim fanem filmów Quentina Tarantino. Zastrzegam sobie wyjątek jedynie dla Pewnego razu… w Hollywood, który jest chyba najmniej tarantinowskim z jego filmów, a przy tym – okazał się wybitnym traktatem moralnym na temat sztuki (w tym także kina), która na poziomie symbolicznym odwraca skutki zła. Czyli jest to, swoją drogą, zupełna odwrotność Citizen Vigilante, który zło eskaluje i rozsierdza.

Uważam jednak, że większa część dorobku Tarantino jest znacznie przereklamowana. Przy bliższym zapoznaniu się z amerykańskim kinem eksploatacji, okazuje się zresztą nie tak wyjątkowa ani błyskotliwa, jak powszechnie sądzono.

Po drugie, nakładam na filmy Tarantino odpowiedzialność za współczesną infantylizację przemocy w sztuce. Coś, co pierwotnie miało być formą oswajania cierpienia, nadto – częścią ponowoczesnego komentarza do nowoczesności, w której wszystko, nawet zło, stanowi jedynie kliszę i konwencję, z czasem wymknęło się amerykańskiemu reżyserowi. Także dlatego, że Tarantino, który bez wątpienia potrafi odnaleźć się w roli gwiazdy, nigdy nie należał do szczególnie głębokich filozofów kultury.

Ale nawet w tej sytuacji zestawienie filmu Uwe Bolla z filmem Tarantino jest po prostu absurdalne. Czego by nie mówić, Bękarty wojny są jednak dalekie od cynicznego, utylitarnego wykorzystywania ludzkich krzywd i tragedii.

Zestawianie Citizen Vigilante Jedną bitwą po drugiej jest natomiast jeszcze śmieszniejsze. Owszem, film Paula Thomasa Andersona czyni swoimi bohaterami członków lewicowej bojówki terrorystycznej, przy okazji usprawiedliwiając ich działania. Nie ma u niego jednak śladu tej samej psychopatycznej satysfakcji z przemocy jako takiej.

Ta zaś niestety charakteryzuje niemieckiego reżysera. Citizen Vigilante to zwyczajnie eksploatacja. Nie opowiada spójnej i wiarygodnej historii. Nie czyni niczego dobrego. Nie cechuje się poczuciem człowieczeństwa czy szczerą empatią dla ofiar gwałtów. Okazuje się wręcz tym groźniejszy, że zło ubiera w pozory dobra, usprawiedliwiając i eskalując nienawiść w sytuacji, która stała się w ostatnich latach szczególnie napięta.

Przypadek bez precedensu

Bez względu na inne jego cechy Uwe Boll dobrze rozumie ludzi. Wie, jak ich rozegrać. W filmach Uwe Bolla zawsze daje się zresztą odczuć coś demonicznego. Zarówno jego najnowszy film, jak i w zasadzie wszystkie poprzednie, w żaden sposób nie licują z wartościami chrześcijańskimi.

Zachodzi tutaj jawna sprzeczność. Dlatego szczerze dziwię się części prawicy, która straciła czujność i tak kompulsywnie uznała Citizen Vigilante za swój głos w sprawie sprawiedliwości.

Warto więc zapytać, skąd tak nagły i ogromny rozgłos, którym cieszy się obecnie najnowszy film Uwe Bolla, i czy prawica nie zerwała przypadkiem owocu ze złego drzewa, tylko dlatego, że na pierwszy rzut oka wydał się dobry do zjedzenia.

Zaskakująca jest już nawet sama dysproporcja ocen krytyków w stosunku do ocen widzów. Wśród krytyków tylko 7% dało filmowi pozytywną ocenę. Moim zdaniem to i tak sporo, biorąc pod uwagę fakt, że lepsze artystycznie filmy zaliczały równe 0%. Z kolei w tej drugiej kategorii, tj. ocen zwyczajnych widzów, mamy aż 94% pozytywnych reakcji na podstawie ponad 2500 głosów. Zdaje się, że to sytuacja dość bezprecedensowa.

Można chyba zaryzykować stwierdzenie, że za sukcesem Citizen Vigilante stoi – tyleż paradoksalnie, co przewidywalnie – próba jego całkowitego skasowania. Zwykli widzowie zdają się z roku na rok coraz bardziej zmęczeni kulturą unieważniania.

Rośnie świadomość tego, że cancelling ogranicza nie tylko wolność słowa, lecz również prawo odbiorcy do wyrobienia sobie własnej opinii. I chociaż z uwagi na zdecydowanie szkodliwy wpływ Citizen Vigilante jestem za ograniczeniem dystrybucji tego filmu, to zdaję sobie sprawę, że odmówienie mu klasyfikacji wiekowej łatwo może zostać zrzucone na karb terroru ideologicznego. Innymi słowy, sądzę, że tak pozytywna reakcja na film Bolla ma charakter czysto defensywny i odruchowy.

Podobny mechanizm (oczywiście, przy zachowaniu wszelkich proporcji) obserwowaliśmy zresztą niedawno przy okazji wycofania ze sprzedaży powieści Jeana Raspaila, Obóz świętych; z tą kluczową różnicą, że Raspail to dobry pisarz, podczas gdy Uwe Boll zawsze był i chyba pozostanie po prostu fatalnym i cynicznym reżyserem.

Gwałtowna reakcja publiki obnaża jednak nieco głębszy problem. Współczesna prawica cierpi, jak się wydaje, na dojmujący brak własnego, wyrazistego głosu w kulturze popularnej. W efekcie, spragniona jakiegokolwiek rozgłosu, jest skłonna bezkrytycznie afirmować twory nawet tak paskudne, jak Citizen Vigilante; upatrując w nim, rzecz jasna, szansy na przełamanie monopolu drugiej strony.

Istnieje jednak niebezpieczeństwo, dodatkowo potwierdzone reaktywną recepcją filmu Bolla, że w nieprzemyślanym odruchu sprzeciwu wobec poprawności politycznej konserwatywny odbiorca będzie skłonny uznać za dobre, pożyteczne i co gorsza – wyrażające jego własne racje coś, co jest w istocie zatrutym owocem.

W odbiorze Citizen Vigilante widzę wypuszczanie konia trojańskiego do własnego świata wartości. Nie ma tu miejsca na szerszy wywód na temat Pawłowej zasady unikania tego, co ma choćby pozór zła, jak również na temat tego, czego o radzeniu sobie ze złem i niesprawiedliwością nauczał Chrystus, a w ślad za Nim Ojcowie i Doktorzy Kościoła.

Niemniej, 94% pozytywnych reakcji oraz zachwyt niektórych ludzi prawicy to w gruncie rzeczy afirmacja dzieła, które – jak wspomniałem – w żaden sposób nie licuje z chrześcijańskim fundamentem wartości. Nie tylko zresztą nie licuje, ale wprost odcina ich od jedynie ożywiającego ewangelicznego źródła.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.