Obie Konfederacje przegrzewają temat Ukrainy. To resentyment, nie realizm
Jeszcze niedawno Konfederacja trafnie diagnozowała słabości polskiej polityki wobec Ukrainy i przesuwała debatę publiczną w stronę większego realizmu. Dziś sama zaczyna popadać w przeciwne ekstremum. Krytyka Kijowa jest potrzebna, ale polityka oparta na endeckim resentymencie może okazać się bardziej szkodliwa niż wcześniejsza uległość.

Konfederacja jako pierwsza zaczęła mówić o potrzebie prowadzenia twardej polityki wobec Ukrainy. Po kilku latach niemal cała polska scena polityczna – nie wyłączając Koalicji Obywatelskiej – mówi dziś językiem Krzysztofa Bosaka i Sławomira Mentzena.
Podobnie stało się z polityką migracyjną czy krytyką Zielonego Ładu. W tych trzech obszarach Konfederacja wydaje się panować nad dyskursem, choć sama nie sprawuje władzy.
Jednak obserwując ostatnie wystąpienia Konrada Berkowicza, Grzegorza Brauna i innych polityków obu Konfederacji, a przede wszystkim falę entuzjazmu, jaką wywołują ich słowa, można odnieść wrażenie, że jako społeczeństwo wykonujemy zwrot o 180 stopni względem nastrojów z początku wojny.
W 2022 roku większość uczestników debaty publicznej ulegała emocjom, żyjąc w przekonaniu, że Ukraińcy już zawsze będą wdzięczni Polsce i zaczną postrzegać nas jako swojego najważniejszego adwokata w Europie. Taka opinia uchodziła wówczas nie tyle za realizm, co wręcz za jedyną dopuszczalną postawę.
Dziś również ulegamy emocjom, tylko odwrotnym. Liderzy Konfederacji i najbardziej antyukraińsko nastawieni wyborcy są przekonani, że Ukraina zawsze będzie Polsce wroga, dziś już nas nie potrzebuje, a po wojnie stanie się naszym geopolitycznym rywalem, o czym mówił ostatnio nawet najbardziej umiarkowany z konfederatów Krzysztof Bosak.
Wówczas niemal wszyscy politycy rywalizowali o miano największego przyjaciela Kijowa. Zdjęcie z Wołodymyrem Zełenskim ważyło niemal tyle, co fotografia z Lechem Wałęsą w 1989 roku.
Dziś politycy prześcigają się zaś w pomysłach, jak najmocniej uderzyć w Zełenskiego i Ukrainę, by zyskać poklask wyborców rozczarowanych Kijowem.
2 lipca Konrad Berkowicz opublikował swoją „siódemkę dla Ukrainy”. Zaproponował wstrzymanie dostaw sprzętu wojskowego, odcięcie finansowania, zamknięcie lotniska w Jasionce, blokowanie pożyczek i dotacji dla Ukrainy, odebranie Ukraińcom przywilejów w Polsce i zamknięcie granicy oraz zablokowanie ukraińskiej drogi do Unii Europejskiej.
Kilka dni wcześniej Grzegorz Braun przedstawił własną „piątkę dla Ukrainy”: logistyczną blokadę Jasionki, zakończenie państwowego finansowania wojny, penalizację służby w obcych armiach, wprowadzenie „lojalki antybanderowskiej” dla Ukraińców przekraczających granicę oraz uznanie za niebyłe przepisów przyznających Ukraińcom prawa pobytowe.
Zostawmy jednak emocje i spójrzmy na te propozycje chłodno. Ich sens można sprowadzić do jednego przekonania: skoro Ukraina nie chce przyznać się do ludobójstwa na Polakach, nie okazuje Polsce należnego szacunku i promuje nacjonalizm, to Polska powinna jak tylko może utrudnić jej prowadzenie wojny z Rosją – naszym wspólnym przeciwnikiem – a przy okazji także osłabić własną gospodarkę. Odebranie praw pobytowych Ukraińcom oznaczałoby przecież również delegalizację pracy znacznej części z nich.
To po prostu nie ma sensu. Jak pokazał raport NBP Sytuacja życiowa i ekonomiczna imigrantów z Ukrainy w Polsce w 2025 r. Ukraińcy bardzo dobrze zostali zintegrowani z polskim społeczeństwem. Tylko 4% respodentów zadeklarowało brak znajomości polskiego, 92% dochodów ukraińców pochodzi z ich pracy zarobkowej. Ukraińcy z wieku produkcyjnym właściwie zniknęli z miejsc zbiorowego zakwaterowania uchodźców, 81% z nich samodzielnie zaspokaja swoje potrzeby mieszkaniowe.
Zaś według wyliczeń Banku Gospodarstwa Krajowego na każdą złotówkę wypłaconą obywatelom Ukrainy w ramach programu 800+ przypadało około 5,40 zł wpłacone do polskiego budżetu w podatkach i składkach.
Pod wpływem niechęci do elit politycznych i coraz powszechniejszego zjawiska banderyzmu, nie możemy tracić z oczu tych gospodarczych danych, korzystnych dla Polski.
Słuszna była decyzja Karola Nawrockiego o odebraniu Orderu Orła Białego Wołodymyrowi Zełenskiemu. Cieszę się również, że do świadomości Polaków wreszcie przebiła się skala ludobójstwa wołyńskiego.
Z satysfakcją obserwuję także umiędzynarodowienie tej sprawy – Parlament Europejski ma w najbliższym czasie potępić zbrodnie UPA na Wołyniu. Właśnie teraz może pojawić się więc szansa, żeby Ukraińcy wrócili po rozum do głowy. To nie jest moment na histerię.
Jeszcze kilka lat temu tylko Konfederacja miała odwagę sprzeciwiać się dominującym proukraińskim nastrojom i świadomie – wbrew trendom – wyostrzać swoje stanowisko. Dziś, kiedy większość sceny politycznej mówi już podobnym językiem, to właśnie ona ulega presji własnych wyborców, by formułować postulaty bardziej radykalne, niż podpowiada zdrowy rozsądek.
Czy naprawdę tego potrzebujemy? Czy doświadczenia ostatnich lat nie uczą raczej, że warto włożyć głowę do zimnej wody i prowadzić politykę, która nie popada ze skrajności w skrajność?
Pół żartem, pół serio zmierzamy w stronę sytuacji, w której któryś z polityków Konfederacji zaproponuje rozwiązanie przypominające słynny pomysł Mariusza Maxa Kolonki z czasów sporu o kopalnię Turów. Według niego, Polska powinna była wysłać czołgi Abrams, sforsować granicę w Libercu i zająć teren wokół kopalni.
Tymczasem podobna retoryka jest już obecna, choć na razie po stronie ukraińskiej. Jurij Syrotiuk, sierżant i polityk nacjonalistycznej partii Swoboda, pytał w jednym z wywiadów: „Czy Polacy są gotowi na wojnę z Ukraińcami? Czy są gotowi na ukraińskie drony nad swoimi miastami? Czy są gotowi na śmierć własnych obywateli?”.
Tyle że histeria ukraińskiego nacjonalisty nie powinna wywoływać histerii po naszej stronie.
Ani jedna, ani druga postawa nie ma wiele wspólnego z polityką. Obie są jedynie próbą płynięcia na fali zmiennych emocji społecznych. Dziś śmiejemy się z własnej naiwności sprzed czterech lat. Oby za kolejne cztery lata nie okazało się, że jeszcze bardziej będziemy wstydzić się obecnej postawy.
Zagrożenie ze strony Rosji jest bowiem realne i należy dołożyć wszelkich starań, by po zakończeniu sporu o Wołyń Ukraina pozostała dla Polski trudnym, ale bardziej racjonalnym sojusznikiem, a nie – jak przewiduje Krzysztof Bosak – geopolitycznym rywalem.
Oby sposób myślenia prezesa Ruchu Narodowego nie był samospełniającą się przepowiednią.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.