Transcendentalizm, czyli Ewangelia Ameryki
Transcendentalizm, ruch zrodzony w XIX wieku w USA, pokazuje nam coś z istoty „amerykańskości”. Jest to – w pewnym sensie – Ewangelia Stanów Zjednoczonych, tworząca tożsamość obywateli tego kraju jak i z tej tożsamości wypływająca. To właśnie ta transcendentalna „sól” pozwalała amerykańskiej myśli zachować właściwy smak. Na czym więc polega ta filozofia i co mówi nam ona o tożsamości USA?
„Wielu widzi w transcendentalizmie jakiś kolejny, określony system filozoficzny”, pisał unitariański pastor, Octavius Brooks Frothingham. „Tymczasem powinniśmy widzieć w nim ewangelię”.
Słowa te zrazu mogłyby się wydać romantyczną przesadą, lecz w rzeczywistości nią nie są. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że pochodzą one od protestanckiego duchownego. Co więcej, zostały zapisane w pierwszej syntezie amerykańskiego ruchu, Transcendentalism in New England: A History z 1876 roku.
Dlatego tak istotne jest, aby dostrzec w wypowiedzi wielebnego Frothinghama klucz do zrozumienia tego wszystkiego, co wydarzyło się w kulturze (a raczej – duchowości) Stanów Zjednoczonych w dziewiętnastym wieku. Słowa Frothinghama można uznać za definicję transcendentalizmu. Definicję, a zarazem rodzaj manifestu.
Bardziej współczesne opracowania tego tematu używają – mniej efektownego od ewangelii, choć równie wymownego – słowa „ruch”. Mówiąc inaczej, transcendentalizm to nie tyle filozofia, co ruch. To swoiste wzmożenie duchowe. Powiedziałbym wręcz – „przebudzenie” albo „wibracja”.
Zresztą, nieco później podobnym ruchem, a nie filozofią w sensie akademickim ani systematycznym, był na przełomie lat 60. i 70. dwudziestego wieku, ruch hipisowski. Dzieci kwiaty brały, swoją drogą, pewien wzór z transcendentalistów. Mieliśmy tam do czynienia z kolejną falą podobnego wzmożenia.
Wrażliwość, społeczne postulaty, styl uprawiania refleksji filozoficznej, a nawet język i dziwacznie paradoksalny związek z samymi korzeniami amerykańskości – wszystko to łączy hipisów i transcendentalistów. Czasem można odnieść wrażenie, że zmiana polegała jedynie na pojawieniu się syntetycznych psychodelików i muzyki rockowej.
To, rzecz jasna, pewne uproszczenie, ale przecież nie całkiem bezzasadne.
Doświadczaj Absolutu
Jeżeli transcendentalizm nie był jednolitym systemem, to czym? Chociaż odpowiedź na tak postawione pytanie musi być z natury rzeczy nieostra, to okazuje się – o dziwo – pełna znaczeń. Najprościej rzecz ujmując, transcendentalizm jest pewną sytuacją, kreatywną przestrzenią i duchowo-intelektualnym fermentem. Wytworzyło je napięcie pomiędzy amerykańskim mitem wolności i samostanowienia (liberty), dalekowschodnią medytacją, chrześcijańskim mistycyzmem, a wreszcie – spuścizną niemieckiego idealizmu.
Skąd akurat taka mieszanka i dlaczego zaczęła oddziaływać akurat wtedy, w pierwszej połowie XIX wieku, a nie wcześniej ani później? Tutaj również należałoby wskazać na trzy znaczące czynniki.
Głównym czynnikiem wyzwalającym stała się, z całą pewnością, dojrzewająca świadomość amerykańskości. Rozumiem przez nią duchową autonomię Stanów Zjednoczonych jako lądu nareszcie uniezależnionego od Starego Kontynentu. Ówczesne nastroje doskonale odbijają się w poezji.
Po jednej stronie Henry Wadsworth Longfellow, a po drugiej – Walt Whitman. Ich konflikt był czymś więcej, aniżeli czysto personalną animozją pomiędzy poetą spełnionym, powszechnie uznawanym za żyjącego klasyka a geniuszem i wizjonerem uporczywie spychanym na margines.
Chodzi o to, że Longfellow, twórca niezwykle mocno przywiązany do tradycji jako idei i formy życia, zazwyczaj przetwarzał w swoich wierszach motywy powzięte z kanonu literatury europejskiej. Jego wiersze i poematy czerpały z Homera, Dantego, Goethego. Legendy arturiańskie i skandynawskie baśnie przybierały u niego amerykański kostium. Hiob stawał się Indianinem, a Odyseusz – żołnierzem walczącym o wolność Akadii.
Nie można nazwać tego jednak jałowym naśladownictwem. Longfellow był poetą z silnie zakorzenionym poczuciem misji. Wychowywał, podnosił na duchu, edukował i tworzył podwaliny pod silną tożsamość narodową Amerykanów. To ostatnie czynił właśnie poprzez zachowywanie mocnych związków z tradycją literacką Starego Kontynentu. Zdaniem Longfellowa, nie ma mowy o tożsamości narodowej, kiedy odetniemy się od swoich źródeł na rzecz romantycznie rozumianej oryginalności.
Przeciwnie Whitman, dla którego innowacyjność była ważną zasadą. Jak twierdził, Amerykanie powinni zerwać z zależnością od kultury europejskiej, zdecydowanie starszej i ponoć doskonalszej, po to, aby wypracować własną, całkowicie swoją dykcję.
Nic więc dziwnego, że Whitman nie mógł wstąpić do prestiżowego „Saturday Club”, gdzie brylował Longfellow, zdecydowanie najważniejszy poeta zyskującej na znaczeniu poezji amerykańskiej. Nie dziwi również, że autor Źdźbeł trawy zbliżył się właśnie do ruchu transcendentalistów.
Trzeba odzyskać siebie i dać dojść do głosu własnemu geniuszowi – to hasła bliskie zarówno transcendentalistom, jak i Whitmanowi. „Geniusz jest wystarczająco zawsze wrogiem innego geniusza”, pisał Emerson. „Już od dwustu lat angielscy poeci dramatyczni wzorują się na Szekspirze”.
Wraz z dojrzewającą świadomością samych siebie we własnej amerykańskości, w kulturze Stanów Zjednoczonych zaczął narastać sprzeciw wobec surowego dyktatu religijności purytańskiej. Nie bez powodu pierwszym historykiem transcendentalizmu stał się, jako współtwórca tego ruchu, pastor Octavius Brooks Frothingham.
Należał on do unitariańskiego odłamu chrześcijaństwa, przy czym przez unitarianizm nie należy sprowadzać do negacji Trójcy Świętej, anachronicznie kojarzonej – także w przypadku Braci Polskich – z arianizmem. W istocie unitarianizm był formą liberalnego protestantyzmu, w którym szereg postulatów, takich jak niewiara w wieczność piekła albo niechęć wobec rytuałów, było podyktowanych określoną wizją wolności ducha.
Wbrew pozorom, to istotny szczegół. Pokazuje on bowiem (nie tylko zresztą on), że transcendentalizm pełnił również funkcję filozoficznego uzasadnienia dla sprzeciwu wobec sztywnego purytańskiego gorsetu. Co ciekawe, wyrosłego wewnątrz samego świata religijności protestanckiej.
Chęć przezwyciężenia tego kłopotliwego dziedzictwa tłumaczy, dlaczego transcendentaliści, a nieco później i w innych warunkach także hipisi, tak ochoczo i ufnie łączyli wątki powzięte z duchowości dalekowschodniej z pietyzmem i mistyką katolicką, zarówno tą uznaną przez Kościół, jak i mieszczącą się poza granicami ortodoksji.
Oczywiście, chodziło w tym wszystkim również o wolność, a jeśli wolność – to także wędrowanie. Transcendentalista to z reguły duchowy włóczęga i poszukiwacz, the seeker. Nie może być inaczej, skoro prawdy musi przede wszystkim doświadczać. Jeśli dotyczy to wszystkich przejawów życia i mądrości, to tym bardziej tej najważniejszej i ostatecznej, jaką jest wiara.
Trzecim czynnikiem była fascynacja filozofią Immanuela Kanta oraz niemieckiego idealizmu. To stąd transcendentalizm na dobrą sprawę wziął swoją nazwę.
Dla Kanta pojęcie „transcendentalny” wiązało się ściśle ze strukturą umysłu. Filozof, zanim zabierał się za badanie świata samego w sobie, wpierw pytał, jak to możliwe, że w ogóle poznajemy świat. Jego zdaniem, nasze poznanie jest „transcendentalne”, ponieważ to umysł „narzuca” rzeczywistości ramy, takie jak czas, przestrzeń czy kategorie przyczynowości.
One z kolei pozwalają nam sprawnie porządkować rzeczywistość. A zatem, transcendentalność to, zdaniem Kanta, niejako „warunek wstępny”. Jest to coś, co dzieje się wewnątrz poznającego podmiotu, zanim jeszcze wyjdzie na zewnątrz.
Amerykanie wyciągnęli z tej obserwacji własne, zaskakujące wnioski. Uznali, że skoro Kant dostrzegł w człowieku wrodzone struktury umysłu, takie, które porządkują świat za pomocą jakiejś uniwersalnej matrycy, to te struktury muszą być swego rodzaju „bramą” do boskości. „Transcendentalne” jest przecież tym, co ponad. Tym, co „narzuca” ramy wszystkiemu, co namacalne.
Transcendentalizm przyniósł więc nową wiarę, istotnie, jak twierdził Frothingham – jakąś nową ewangelię. Przyszedł mianowicie z obietnicą, że poprzez intuicję możemy „przeskoczyć” (czyli transcendować) nad ograniczeniami zmysłów, aby finalnie dotknąć Absolutu. Można oczywiście zadać pytanie, dlaczego akurat intuicja i jak w zasadzie należałoby ją rozumieć. W optyce transcendentalistów rozum analityczny jest narzędziem wtórnym, służącym wyłącznie do porządkowania zjawisk świata materialnego.
Inaczej rzecz ma się z intuicją rozumianą jako bezpośredni wgląd, tzw. insight, która opiera się na „spontanicznym uderzeniu” prawdy w ludzką świadomość. To ona angażuje całokształt „ja”: umysł, ciało, uczucie. Ona dokonuje także wglądu w całość, której nie da się przeniknąć drogą badania. Stanowi więc ona tę formę poznania, która wiąże człowieka z właściwym mu absolutnym Źródłem.
Bądź jednością z wszystkim
Nie oznacza to jednak, że dotarcie do prawdy opierało się na izolacji od świata i sprowadzało wyłącznie do badania własnej jaźni. Dotyczy to również Henry’ego Davida Thoreau, który pisząc Waldena, uciekł wprawdzie w samotność i oddzielenie od ludzi, ale jeszcze radykalniej uciekł się do przyrody. W ten sposób mocniej związał się z rzeczywistością, od której, jego zdaniem, my, ludzie cywilizacji, odeszliśmy za daleko.
Podstawową zasadą transcendentalizmu było zatem doświadczenie. Ono stoi w centrum. Do niego odnosi się każde twierdzenie i od niego wszystko się zaczyna. I jest w tym, trzeba przyznać, coś głęboko amerykańskiego.
Zwłaszcza kiedy weźmie się pod uwagę, że drugą wielką ideą filozoficzną, która narodziła się i oryginalnie przynależy do dziedzictwa Stanów Zjednoczonych, był pragmatyzm. Obie te idee stawiały, co ciekawe, olbrzymi nacisk na skuteczne wychowanie młodzieży.
Transcendentalista nie opiera się jednak na eksperymencie i efektywności, choć – jak wyżej stwierdziłem – centralną ideą pozostaje tu doświadczenie. Rozumie się je jednak jako spotkanie z rzeczywistością, w którym dochodzi do głosu uczucie, ciało, przeżycie oraz prosta intuicja.
Ralph Waldo Emerson z wyraźną niechęcią odnosił się do filozofii uprawianej inaczej niż po sokratejsku. Prawdziwa filozofia dokonuje się w drodze, w bliskiej relacji z samym sobą, ze światem.
Przede wszystkim z drugim człowiekiem, który będąc nieznajomym, jest przyjacielem w człowieczeństwie, a będąc przyjacielem, jest nieznajomym w tajemnicy życia. Gnothi seauton, poznaj samego siebie – to złota reguła postępowania.
Ale, trzeba pamiętać, tylko wtedy, gdy to poznawanie odbywa się poprzez osobiste zaangażowanie w powszechny ludzki los, przez ciało, samoświadomość w konkretnych przejawach istnienia (gdyż wszystkie są wyjątkowe i uniwersalne zarazem), w twórczym sprzężeniu bycia jednostką i cząstką świata wpisaną w kosmos.
Emerson nie znosił jednak uniwersyteckiego zacietrzewienia, niekończących się sporów o terminy i metody, kłótliwości i bycia przykutym do biurka. Jego zdaniem myśl powinna pozostawać stale w ruchu, być spotkaniem, ożywioną interpersonalną dyskusją, współdziałaniem wolnych jednostek. Musi pozostawać blisko życia, powracać do wiedzy prostaczków. Trzeba też, aby przekładała się na realną zmianę świata, czynienie go czymś lepszym. Nie ma przy tym jakichś wiążących podziałów pomiędzy filozofią, poezją, muzyką, hodowlą koni czy uprawą ziemi.
Zresztą, wszystko, co cząstkowe – było dla niego tylko i aż przejawem cudownej Jedności. Dość wspomnieć, że antyczna zasada gnothi seauton odniesiona tu została tyleż do poznawania samego siebie, jak i do poznania przyrody. „Krótko mówiąc, starożytna reguła poznaj siebie i współczesna badaj przyrodę stają się w końcu jedną zasadą”, pisał Emerson.
Traktat Natura pełen jest mocnej krytyki rzucanej pod adresem akademików, którzy chcieliby być mądrzy, a w efekcie stają się tylko przykrymi dla otoczenia. Nie chodzi tu wyłącznie o abstrakcyjnie formułowaną refleksję, w oderwaniu od doświadczenia i prostego przeżycia, choć i to grało oczywiście znaczącą rolę. Literatura – tak, ale czytana w drodze. Kartki niech będą obracane spracowanymi rękoma. Pisał Emerson:
Książki są dla wolnego czasu uczonego. Jeśli może on czytać Boga wprost, czas jest zbyt cenny, żeby marnować go na kopiowanie tego, co inni ludzie odczytali. Lecz kiedy nadchodzą okresy ciemności, jako że przychodzić muszą, gdy słońce się skryło a gwiazdy przygasły, powracamy do kaganków zapalonych od ich promienia, aby znów kierowały kroki ku Wschodowi, tam gdzie jest świt. Słuchamy po to, żebyśmy mogli mówić.
Na tej podstawie można by sądzić, że transcendentaliści byli twórcami w jakimś stopniu antyintelektualnymi. Prawda jest jednak bardziej złożona. W rzeczywistości Emerson, Fuller czy Alcott to erudyci hołdujący rygorystycznej dyscyplinie intelektualnej. Stawką był raczej odpowiedni balans pomiędzy książką a światem, wiedzą i mądrością, autorytetem a doświadczeniem.
Transcendentalizm był – powtórzmy – ruchem. Jako taki, prowokował i odginał blachę w drugą stronę. Ważniejsze od spokojnego przekazu, było zmotywowanie ducha do podjęcia właściwych zmian. Stąd transcendentalizm momentami wydaje się atakować usystematyzowane filozofie.
Stało jednak za tym jeszcze mocniejsze założenie. Dotyczyło ono swoiście rozumianej odpowiedzialności człowieka za całość, jaką jest ludzkość. Transcendentaliści uważali mianowicie, że w głębi każdego z nas znajduje się to samo źródło.
Nie jesteśmy „odrębnymi atomami”, tylko jakby falami tego samego oceanu. Europejczyk, Hindus czy Indianin – tworzą w różnorodności kultur jednego Człowieka. Wszyscy są dla siebie i wszyscy są w sobie.
Istnieje jakby jedno serce ludzkie bijące ponad wszelkimi podziałami. Wszystkich nas łączy to samo człowieczeństwo, geniusz i intuicja. Dlatego jesteśmy wobec siebie odpowiedzialni, metafizycznie, a nie tylko etycznie; tworzymy, mówiąc metaforą piosenki zainspirowanego transcendentalizmem Roberta Huntera i The Grateful Dead, „nierozerwalny łańcuch”, unbroken chain.
Fundamentem transcendentalizmu była zatem wiara, że prawda nie znajduje się w instytucjach (w tym także skodyfikowanych religiach i kościołach), lecz wewnątrz człowieka. Emerson nazywał to „wewnętrznym Światłem” (inner light), co może kojarzyć się nam z „wyższym ja” (higher self), „wewnętrznym przewodniku”, „boskość wewnątrz nas” (divinity within).
Jak pisał Emerson, człowiek nowoczesny, „zamiast być swym własnym prorokiem, przejmuje on, choćby w potokach światła, prawdę od innego umysłu”. Transcendentalizm był ruchem głęboko optymistycznym; wierzył w nieograniczony potencjał jednostki. Poniekąd myśl i geniusz mają moc kreowania rzeczywistością.
Staje się więc czymś jasnym, że ten amerykański pierwiastek w postaci transcendentalizmu jest w pewnym sensie ogniwem łączącym dziewiętnastowieczny idealizm z dwudziestowiecznym ruchem New Age.
Stań w kontrze do kultury
Powiedzieliśmy, że transcendentalizm nie był systemem filozoficznym, lecz ewangelią, ruchem, przebudzeniem i energią. A może był po prostu pewną formą kontrkultury?
Termin „kontrkultura” powstał i został upowszechniony przez Theodore’a Roszaka, autora książki The Making of a Counter Culture z 1969 roku, a więc sto kilkadziesiąt lat od powstania transcendentalizmu. Analogie pomiędzy amerykańską ewangelią lat 30. XIX wieku i lat 60. XX wieku są jednak uderzające.
Waldo Henry’ego Davida Thoreau to wręcz podręcznikowy przykład postawy kontrkulturowej na długo przed powstaniem terminu counter-culture. Jego radykalny wybór życia w odosobnieniu nad tytułowym stawem Walden był wyraźnym znakiem; wymierzonym w materializm czegoś, co później, w latach hipisowskich przyjęło nazwę amerykańskiego snu (an american dream), w życiowy konformizm i industrialny pęd ku nicości.
Krótko mówiąc, Thoreau postrzegał nowoczesną kulturę jako więzienie dla ludzkiego ducha. Odrzucając narzucone przez społeczeństwo normy sukcesu, pisarz zamanifestował ideę suwerenności jednostki oraz prymatu bycia autentycznym, tym samym dowodząc, że prawdziwa wolność wymaga nie tyle zmiany świata, co wypowiedzenia posłuszeństwa jego sztucznym wymogom. Pociągało to za sobą, oczywiście, konieczność poniesienia pewnej ofiary: easy ride zamiast stabilizacji, milczenie drzew zamiast towarzystwa ludzi.
Ale sprawa na tym się nie kończy. Kiedy słyszę utwory hipisowskiej grupy Jefferson Airplane, We Can Be Together albo When The Earth Moves Again, to nie mogę oprzeć się skojarzeniu z najbardziej doniosłymi fragmentami Natury Ralpha Waldo Emersona.
Nie chcę przez to powiedzieć, że Paul Kantner, pisząc swoje utwory, na pewno sięgał po traktaty „amerykańskiego Sokratesa”, choć jest to niewykluczone, a nawet na jakimś poziomie dość prawdopodobne. Od niemal dwóch wieków pozostają one przecież częścią kanonu szkolnego w Stanach Zjednoczonych.
Z całą pewnością jednak duch Emersonowskiego transcendentalizmu powrócił razem z falą hipisowskiej poezji.
Te teksty i frazy brzmią znajomo. „Możemy być razem, przyjdźcie tu wszyscy, zebrani wokół, nasze życie jest zbyt ważne, by pozwolić mu umrzeć; tak, możemy być razem”. Albo: „Ziemia znów się obraca, to od miłości, mam ją dla każdego, którego mijam; szukajcie wokół siebie nowego lądu, bo ziemia znów się obraca”.
Inne znaczące dla amerykańskich dzieci kwiatów grupy muzyczne, takie jak The Byrds albo Quicksilver Messenger Service, współtworzyły nowy kraj nazywany Stanami Zjednoczonego Umysłu. Trzeba wiedzieć, że elektryczne wibracje muzyki rockowej i psychodeliki nie miały przede wszystkim (albo w założeniu) znaczenia rozrywkowego.
Ich celem było łączenie ludzi w jedność, którą wcześniej transcendentaliści nazywali Człowiekiem jako całością. Jak pisał Robert Hunter w utworze wykonywanym później przez The Grateful Dead:
Obudź się i odkryj, że jesteś oczami świata.
Serce ma swoje plaże,
ma swoją ojczyznę i własne myśli.
Obudź się, zobacz, że sam jesteś pieśnią,
przynosi ją poranek.
A serce ma swoje pory roku,
swoje wieczory i swoje pieśni.
Hipisowscy artyści, eksperymentując z brzmieniem i estetyką transcendentną w znaczeniu „odmiennych” i „wyższych stanów świadomości”, usiłowali wyjść poza ramy wyznaczane przez materialistyczne społeczeństwo. Szukali alternatywnych form doświadczania rzeczywistości, zupełnie jak transcendentaliści; w opozycji do kartezjańskiego rozumu.
Kontrkultura również była ruchem, tyleż ewangelią, co rewolucją. Chciała poszerzania horyzontów percepcji, odrzucenia sztywnych struktur konserwatywnej Ameryki, całkiem tożsamych ze strukturami purytańskimi. Stała się wreszcie narzędziem budowania wspólnoty opartej na jednoczących wartościach duchowych.
***
Transcendentalizm to nie tylko ewangelia i nie tylko ruch. To także sól, i posolona nią została amerykańska duchowość. Dzięki intuicji i dążenia do bezpośredniej więzi z naturą (tym, co hipisi nazwali później mianem american beauty), ludzie różnych stanów, od kowala po filozofa, mieli uzyskać bodziec do wyjścia poza sztywny racjonalizm, purytańską moralność oraz narastający konformizm epoki przemysłowej.
Idee Emersona i Thoreau, dziś być może kojarzące się (podobnie jak rewolucja hipisowska) z naiwnym marzeniem, w istocie głęboko i na trwałe wniknęły w tkankę narodowej tożsamości. Ale też, jak się wydaje, wyrastały z tego, co najbardziej esencjonalnie amerykańskie, sprawiając, że każdy kolejny bunt przeciwko zastanemu porządkowi znajdował swoje uzasadnienie w tym samym poszukiwaniu autentyczności.
To właśnie ta transcendentalna „sól” pozwalała amerykańskiej myśli zachować właściwy smak, wciąż na nowo przypominając o pierwszeństwie wewnętrznego głosu jednostki nad głosem tłumu.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
