Gdy Kanał Zero trzęsie rządem Tuska, pracownicy Agory dorabiają w Uberze
Stare media w rodzaju RASP-u czy Agory przeprowadzają grupowe zwolnienia, a niektórzy dziennikarze „Gazety Wyborczej” muszą dorabiać w Uberze. W tym samym czasie Kanał Zero przebija kolejne szklane sufity wpływów i popularności. To nie przypadek, że właśnie to medium wykryło aferę w Szpitalu Południowym. Skuteczne patrzenie władzy na ręce i komercyjny sukces Stanowskiego to prawdziwe źródło wściekłości starego mainstreamu, ale i zazdrości prawicy.
Koalicja Obywatelska w sprawie afery w Szpitalu Południowym porusza się od ściany do ściany. Z jednej strony odwołano zarząd szpitala, radę nadzorczą, samego Dawida Kacprzyka zwolniono z pracy i wyrzucono z partii, a 3 lipca do dymisji podały się dwie wiceprezydentki stolicy. Z drugiej zaś na front rozmydlania afery wysłano najcięższy zaciąg partyjnych harcowników – Bartosza Arłukowicza i Romana Giertycha.
Ten pierwszy stwierdził nawet, że opisanie afery stołecznej placówki przez portal Zero – a także wywiad dr Emila Jędrzejewskiego u Krzysztofa Stanowskiego – to próba obalenia rządu.
Większość liberalnych mediów przyznała, że owszem, doszło do skandalu i winnych należy rozliczyć, ale po rozmowie z Emilem Jędrzejewskim zaczęto mnożyć wątpliwości co do prawdziwości tez (bardzo mocnych), które postawił były ordynator oddziału chirurgii w Szpitalu Południowym. Tymi zajmie się – a właściwie już zajęła się – prokuratura.
Umarł mainstream, niech żyją mainstreamy
To, co umyka w tej całej sprawie, to fakt, że od połowy czerwca niemal w każdej rozmowie radiowej i telewizyjnej politycy od prawa do lewa odpytywani są z afery opisanej przez Kanał Zero – najciekawszego dziś dużego polskiego medium.
Krzysztof Stanowski zebrał bowiem zarówno grupę ludzi, którzy chcą robić show, zbierając owoce popularności pop-politycznego infotainmentu, jak również doświadczonych dziennikarzy dotychczasowego mainstreamu.
Co jednak istotniejsze, istnienie Kanału Zero jako bytu tak wpływowego ostatecznie grzebie narrację prawicy – przez wiele lat konsekwentnie suflowaną – że mamy w polskich mediach wyraźny przechył w stronę „liberalno-lewicową”, zaś prawica ma wyłącznie swoje niewielkie przyczółki na marginesach debaty.
Jest to nieprawda co najmniej od 2016 roku, kiedy Prawo i Sprawiedliwość przejęło media publiczne. Wtedy jednak można było twierdzić, iż to zmiana tylko chwilowa, podyktowana wynikiem wyborów.
Tyle tylko, że po 2023 roku zbudowały się dwie potężne instytucje medialne, które ostatecznie przekreśliły zasadność tego płaczliwego przekazu: wyraziście prawicowa Telewizja Republika i symetrystyczno-prawicowy Kanał Zero.
W zasadzie oba te ośrodki kończą z mitem budowanym przez prawą stronę. Republika dlatego, że zostając jedną z najchętniej oglądanych telewizji informacyjnych, przekreśliła obraz prawicowych mediów jako wiecznie słabych i mało wpływowych. Kanał Zero zaś w ogóle wypisał się z tego podziału.
Nie oznacza to jednak, że nie jest to medium tożsamościowe. Projekt Stanowskiego, owszem, wychodzi poza bańkę i miejscami dopuszcza pluralizm, przy którym spolaryzowane media tradycyjne się chowają. Jednocześnie jednak wychowuje widza, dla którego identyfikacja partyjna jest wtórna wobec ogólnej niechęci do elit i dotychczasowego porządku polityczno-medialnego.
Najbardziej jaskrawo było to widać przy okazji kampanii prezydenckiej, w tle której Stanowski organizował swój happening, bawiąc się w kandydata na głowę państwa. Tak orędzie właściciela Zera opisywał na tych łamach Konstanty Pilawa: „Występ Stanowskiego to środkowy palec wystawiony współczesnej polityce – akt obywatelskiego nieposłuszeństwa w imieniu sfrustrowanych obywateli.
»Chciałbym, aby hasło zero kompetencji było hasłem wyłącznie moim, ale niestety jest hasłem całej naszej klasy politycznej« – mówi szef Kanału Zero, obnażając pustkę ideową dzisiejszej polityki”.
To, że na obnażanie tejże pustki jest dziś spore i rosnące audytorium, zauważają już nawet prawicowi publicyści, którzy dotychczas ścigali się na deklaracje, kogo mocniej przybito do pluszowego krzyża. Michał Karnowski i Piotr Semka w rozmowie na kanale TAK stwierdzili, że dziś „wszyscy wszystkim na ręce patrzą”.
W tej sytuacji właściwie należałoby w jakimś stopniu podważyć w ogóle istnienie mainstreamu jako spójnej całości. Raczej niż z głównym nurtem mamy do czynienia z głównymi nurtami, co – poza wzrostem znaczenia Kanału Zero – dobrze obrazuje rywalizacja pomiędzy TV Republika a TVN24 o miano najchętniej oglądanej stacji informacyjnej.
Stanowski kopie leżących
Przy okazji wzrostu Kanału Zero – nie tylko co do wyświetleń emocjonalnych komentarz, ale i w zakresie politycznego znaczenia jako takiego – doszło także do artykulacji ważnego sporu o kształt dzisiejszej debaty. Wywiad Emila Jędrzejewskiego u Krzysztofa Stanowskiego stał się pretekstem do oskarżeń wobec Zera o niezważające na dziennikarską rzetelność szukanie sensacji.
Wojciech Maziarski napisał w „Gazecie Wyborczej”, że „udający dziennikarza patocelebryta medialny Krzysztof Stanowski uwiarygadnia opowieści człowieka, którego motywacje są co najmniej niejasne, a prawdomówność budzi wątpliwości. I w tym samym czasie obrzuca błotem Wojciecha Czuchnowskiego – profesjonalistę, który zgodnie z istotą dziennikarskiej misji powiedział »sprawdzam«”.
Jakkolwiek trudno zakładać, że taka rozmowa, jak Stanowskiego z Jędrzejewskim mogłaby ukazać się w tradycyjnym medium, szczególnie w prasie, to nie sposób pozbyć się wrażenia, że przez liberalnych publicystów przemawia nie dziennikarski etos, lecz resentyment wobec Zera.
Nie jest przecież żadną tajemnicą, że tradycyjne media są w kryzysie, a te należące do Agory w szczególności. Koncerny przeprowadzają zwolnienia grupowe, jak ostatnio w spółce Ringel Axel Springer, do której należą m.in. Onet i „Newsweek”.
W zeszłym roku zaś przewodnicząca „Solidarności” w Agorze i Inforadiu powiedziała, że zdarzają się sytuacje, w których dziennikarze „Wyborczej” – 25 lat temu niezwykle prestiżowego i opływającego pieniędzmi medium w Polsce – muszą… dorabiać na Uberze albo w McDonald’s.
Na tym tle gwiazda przedsięwzięć Stanowskiego świeci aż oczy bolą – jego sytuacja finansowa jest o niebo lepsza, co pewnie budzi u niektórych frustracje. Stąd dystrybucja prestiżu w rodzaju etykietkowania właściciela Kanału Zero jako „patocelebrytę”, a nie „dziennikarza”.
Stanowski zaś tylko na to czeka. Mniej lub bardziej wyrafinowane ataki na niego to wystawienie piłki na pustą bramkę. Po wielu z nich szef Zera nagrywa na YouTube kolejny łatwy komentarz, który wygeneruje pół miliona wyświetleń, a jego widzowie zostają utwierdzeni w niechęci do dawnego mainstreamu.
To skądinąd ciekawe, że w ten sposób Stanowski zagospodarowuje antyliberalno-establishmentową emocję, która w gruncie rzeczy… powinna być mu obca. W czasach, gdy prawica narzekała na marginalizację w debacie, właściciel Kanału Zero był młodym dziennikarzem „Przeglądu Sportowego”.
Czy płakać po gatekeeperach
Skakanie po słabnących dziś liberałach jest dla niego sposobem na stosunkowo łatwy zarobek i wyrównanie paru rachunków. Z drugiej strony, czy owi liberałowie nie mają trochę racji? Czy władza gatekeeperów – tak dziś wyszydzana, choć w dużej mierze już nieistniejąca – nie miała swoich zalet?
Jesteśmy niedługo po tym, jak człowiek, o którym dyskutuje się jako o nowym Adamie Michniku, zwyzywał przed niemal milionową publiką szeregową urzędniczkę za wystawienie mandatu, po czym powtórzył swoje słowa w kolejnym materiale. I nie jest to jedyne polaryzujące (to najłagodniejsze określenie) zachowanie Stanowskiego.
Czego by nie mówić o mediach tradycyjnych (a można wiele, w tym złego), to one zachowywały przynajmniej pozory. Nawet gdy kogoś zwalczały, to jednak stosowały skalpel, nie młotek. W warstwie retorycznej pozwalały sobie na znacznie mniej niż nowe media, bazujące na emocjach podsycanych przez algorytmy Big Techów.
Nie chcąc płakać po czasach, kiedy artykuł w „Gazecie Wyborczej” traktowano jako wyrocznię, nie możemy zapominać, że grozi nam podobny mechanizm, tyle że z podmienionymi aktorami, którzy w dodatku nie mają (nawet jeśli zmitologizowanego) etosu z lat 90., ale mają dużo obserwujących na platformach cyfrowych.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

