Kobieta za kamerą czyni pornografię feministyczną? Nie, to oszustwo
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu feministki uważały pornografię za jeden z filarów patriarchatu. Dziś słyszymy, że pornografia może być… feministyczna. Wystarczy odpowiednia estetyka, kobieta za kamerą i deklaracja troski o kobiecą przyjemność. To najbardziej charakterystyczna przemiana w kulturze postfeministycznej.

Charakterystyczną cechą postfeminizmu, który jest ideologiczną wypadkową krytyki części środowiska feministycznego względem osiągnieć drugiej fali ruchu, jest założenie, że niemal każda praktyka może stać się emancypacyjna, jeśli kobieta podejmuje ją dobrowolnie.
Na nic więc wysiłek feministek II fali, które przekonywały, że przemysł pornograficzny utrwala szkodliwe schematy dominacji, kiedy Feminizm Nowej Ery krzyczy, że praca seksualna to praca („Sex work is work”), posiadanie OnlyFansa nazywa przedsiębiorczością, a na uniwersyteckich debatach usilnie próbuje destygmatyzować sprzedawanie swojego ciała.
Zmiana, którą obserwujemy, stara się nas przekonać, że pornografia może być „etyczna”, inkluzywna, tworzona za pomocą „kobiecego spojrzenia” (female gaze), a wręcz „emancypacyjna”. Podsuwany jest nam produkt „premium”, który nie kwestionuje dotychczasowej logiki rynku, a próbuje ją moralnie uszlachetniać, nadając mu certyfikat feminizmu.
Pornografia? Nie, to wyzwolenie
Tak widziany nowy model proponuje czytelnikom „Newsweek” w artykule poświęconym Erice Lust — szwedzkiej reżyserce filmów pornograficznych, przedstawianej jako swoista reformatorka branży i twórczyni pornografii dla kobiet w estetyce kina artystycznego.
Różnica w tym modelu polega na niczym innym tylko na sprytnym rebrandingu produktu, by w iście kapitalistyczny sposób poszerzyć grono odbiorców. Według raportów takich jak „Pornhub Year in a Review” tylko 30-36 proc. kobiet jest użytkowniczkami tejże platformy. Co musiało prędzej czy później zastanowić twórców, którzy tak jak Erica Lust postanowili przeprowadzić badania fokusowe, by wkupić się w fantazje kobiet.
Jak zauważono, dawniej pornografia przywodziła na myśl tandetę, przemoc i uprzedmiotowienie kobiet. W Nowej Erze „porno feministycznego” wszystko ma być pięknie nakręcone, z wrażliwą i dobrą reżyser za kamerą, z nastawieniem na kobiecą przyjemność i wymiar artystyczny.
Ale czy zmiana perspektywy kamery zmienia charakter zjawiska? Czy zmienia fakt, że ciało pozostaje produktem? Nawet jeśli pornografia ta znacznie różni się od tej mainstreamowej pod względem zarówno estetyki jak i narracji, to i tak pozostaje częścią tego samego procesu, który w swym wyrachowaniu przejął język współczesnych wartości.
Zastanawianie się nad tym, czy ten nowy rodzaj pornografii jest lepszy, bo jest mniej przemocowy czy też mniej „patriarchalny”, mija się tu z celem. Pytanie powinno brzmieć: dlaczego współczesna kultura coraz częściej próbuje rehabilitować samą ideę pornografii? Jeszcze niedawno należało ją usprawiedliwiać jako wyraz wolności słowa czy prywatnej autonomii. Dziś przedstawia się ją jako narzędzie kobiecego wyzwolenia.
Kapitalizm odkrył kobiece pożądanie
Catherine Rottenberg w „The Rise of Neoliberal Feminism” opisuje zjawisko neoliberalnego feminizmu jako takiego, który zamiast kwestionować logikę rynku, zachęca kobiety do skuteczniejszego funkcjonowania w jego ramach.
Podobną intuicję wyraża socjolożka Rosalind Gill, która zwraca uwagę na pozorną wolność kobiety w kulturze postfeministycznej. „Wolność” ta polega na dobrowolnym uczestnictwie w praktykach uznawanych niegdyś za opresyjne.
Zatem jeśli projekt „feministycznego porno” Eriki Lust nie jest próbą ograniczenia szkodliwego wpływu pornografii, a próbą poszerzenia jej rynku, to mamy do czynienia z czymś, co socjolożka i teoretyczna kultury Angela McRobbie nazywa feminizmem skomercjalizowanym.
Kapitalistyczna machina zwęszyła w końcu istnienie tak zaskakującego zjawiska, jakim jest kobiece pożądanie i musi na nim zarobić pieniądze. Co gorsza, twórcy pokroju Lust, wpisując się w ten model, nie tylko poszerzają logikę komercjalizacji seksualności, ale co gorsze dokonują jej legitymizacji kulturowej.
„Is there a spice in it?”
Ogromna popularność literatury romantyczno-erotycznej, od klasycznych złożonych romansów jak „Kochanek lady Chatterley” z 1929r., aż po bestsellery pokroju „50 twarzy Greya” nie wzięła się znikąd.
Rynek literatury odkrył, że kobiece audytorium oczekuje nie tylko samego aktu, ale też fabuły, emocji i poczucia psychologicznej autentyczności. A jako że w Europie kobiety stanowią 60 proc. czytelniczek, warto było zainwestować w rozwój przeznaczonych dla nich książek, szczególnie kiedy BookTok – społeczność miłośników literatury zgromadzona na platformie TikTok – pomaga im bezpośrednio dotrzeć do swoich klientek.
Amerykańskie Stowarzyszenie Pisarzy Non-Profit (RWA) informuje w swojej analizie, że aż 82 proc. kobiet czyta literaturę z gatunku romans. Zarówno wśród dojrzałych czytelników, jak i tych młodych jako drugą najczęściej czytaną podkategorią romansu jest romans erotyczny.
Rynek książkowy stworzył sobie całe kontinuum komercjalizacji kobiecego pożądania. Najpierw pojawia nam się romans, który przechodzi do gatunku „romantasy” (połączenie romansu i fantasy), potem w romans erotyczny, który przybiera mroczny odcień patologii, jaką jest „dark romance”.
Książki z podgatunku „Dark Romance” zdają się być jednym z grzechów emancypacji, który można by ze względu na ich treść nazwać horrorem przyzwolenia.
Mamy w nich wszystko to, co pachnie toksyną: romantyzację stalkingu, przemoc, traumatyczne relacje, seksualne niewolnictwo. Wszystko to jednak neutralizuje się poprzez szczerą miłość bohaterki w typie everywoman i szalonej obsesji toksycznego bohatera, który przecież z predatora musi zamienić się w księcia z bajki.
Popularny wśród czytelniczek tego gatunku BookTok niejako potęguje dominację „intensywności” treści nad jej wartością psychologiczną. Polecane książki są kategoryzowane ze względu na „poziom pikantności” (spice level), dzięki któremu osoba wybierająca daną lekturę wie, na ile scen seksu może liczyć.
Zatem tam, gdzie klasyczna pornografia oferowała ciało, pornografia „dla kobiet” oferuje ciało wraz z opowieścią. Tam, gdzie wcześniej liczył się sam akt seksualny, dziś dodaje się jeszcze psychologię bohaterów i narrację o kobiecej podmiotowości (lub nadal przedmiotowości – byle tylko kontrolowanej przez samą kobietę).

Estetyczna rehabilitacja pornografii
W artykule „Feministyczna wojna o seks” Daria Chibner na łamach Klubu Jagiellońskiego zauważała, że: „tym co łączy wszystkie współczesne feministki jest poszukiwanie niemęskiej opowieści o ciele i seksie”. Czy rzeczywiście za pomocą osób takich jak Erika Lust czy Blanka Lipińska udało się stworzyć niemęską opowieść o seksualności? Podyktowaną całkowicie fantazjom kobietom i ich spojrzeniu na intymność?
Prawda jest taka, że nie została stworzona żadna alternatywa dla pornografii. Stworzone zostały wręcz jej nowe segmenty o co najmniej przewrotnych nazwach. Pornografia etyczna, pornografia artystyczna, a w końcu pornografia „feministyczna” to jedynie druga strona tej samej monety. Monety komercjalizacji seksualności.
To właśnie najbardziej wyraźny rys kultury postfeministycznej, która symuluje dobrowolność i troskę dla zysku. Idąc myślą południowokoreańskiego filozofa Byung-Chul Hana: „w neoliberalizmie nie potrzeba przymusu. Człowiek sam sprzedaje siebie jako produkt”. Co gorsze jesteśmy produktem, który desperacko wierzy, że uczestniczy w rewolucyjnym akcie emancypacji.
Pornografia nie przestaje być pornografią tylko dlatego, że nauczyła się mówić językiem feminizmu. Gdy emancypacja staje się kolejną strategią marketingową, warto zatrzymać się na chwilę i pomyśleć, komu naprawdę służy jej sprzedaż i jaką cenę muszę zapłacić ja jako jednostka. A przede wszystkim czy cena ta nie jest duchowo zbyt wysoka.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.