Zasób strategiczny czy balast? Obraz urzędników na marginesie „Pizza-gate”
Przy całym naszym wielkim rozpolitykowaniu, bardzo mało się w Polsce mówi o tym, że do rządzenia nigdy nie wystarczą sami politycy. Choćby nie wiadomo, jak bardzo starali się nas przekonać, że to właśnie oni i tylko oni są odpowiedzią na wszystkie nasze problemy, to aby wdrażać jakiekolwiek reformy, potrzebne są profesjonalne kadry urzędnicze.
Chyba każdy słyszał o głośnej sprawie pizzy z krewetkami. Okazuje się, że nawet to nieprzesadnie wyszukane danie mocno zelektryzowało i podzieliło Polaków. I to wcale nie z powodu walorów smakowych słodkowodnych skorupiaków.
Z kronikarskiego obowiązku przypomnijmy, w czym rzecz. Zaczęło się od niewinnego wpisu na facebookowym koncie pewnej pizzerii z Gdańska. Jej właściciel poinformował o nałożeniu na niego mandatu w wysokości 2500 zł za nieprawidłowo naliczony VAT. Wpis szybko podchwyciły media, a wśród nich Kanał Zero w osobie jego szefa, Krzysztofa Stanowskiego.
Popularny dziennikarz wspomniał o sprawie w swoim cotygodniowym programie. Stanowski wywołał irytację i kontrowersje, w dość niewybredny sposób „doradzając” urzędniczce, która przeprowadziła kontrolę z ramienia lokalnego urzędu skarbowego, czym powinna się w zajmować, a czym nie, oraz w jaki sposób, jego zdaniem, należałoby „takie jak ona” karać (szczegóły pominę).
Uderz w urzędnika, a… wszyscy się odezwą
Internet zapłonął z oburzenia. Z jednej strony gromy spadały na bezdusznych pracowników Krajowej Administracji Skarbowej za prześladowanie bezbronnych przedsiębiorców. Inni swój gniew skupili na Stanowskim, zarzucając mu mowę nienawiści, mizoginię i brak szacunku dla funkcjonariuszy publicznych (a więc i dla całego państwa polskiego).
KAS wystosowała oświadczenie „w sprawie stosowania zasad instytucji nabycia sprawdzającego” i złożyła zawiadomienie do prokuratury. Szefowa służby cywilnej zaapelowała o zachowanie standardów debaty publicznej. A Stanowski? A Stanowskiemu w to graj. Niedługo potem nagrał kolejny program, w którym nie dość, że nie wycofał się z wcześniejszych obelg, dorzucił ich jeszcze więcej.
Narracja o złym urzędniku i ciemiężonych przedsiębiorcach zyskała w międzyczasie niemałe poparcie. Swoje trzy grosze w tej sprawie dorzucił choćby Robert Gwiazdowski, który czy to słowem pisanym, czy też w internetowym komentarzu, dowodził, że urzędników obrażać nie tylko można, ale nawet… należy (bo ponoć, en masse, zasłużyli).
Skoro już wiemy, z czego wynika całe to zamieszanie, zastanówmy się, czym sobie polscy urzędnicy zapracowali na takie traktowanie. Dlaczego jako społeczeństwo tak łatwo „odpalamy się”, gdy na jaw wychodzi kolejny przykład stanowczej (czasami kontrowersyjnej, czasami błędnej) egzekucji prawa u przedsiębiorcy?
Co i skąd wiesz o urzędnikach?
„Urzędnik” – to nie brzmi dumnie. Powszechna opinia na temat osób wykonujących ten zawód jest raczej negatywna. Potwierdzają to kolejne badania opinii publicznej. Choćby w tegorocznym rankingu najbardziej poważanych zawodów, sporządzonym przez SW Research, urzędnicy zajęli 42. miejsce na łącznie 56 sklasyfikowanych profesji.
Także CBOS analizuje to, które profesje cieszą się największym szacunkiem społecznym i również ten ośrodek badawczy dowodzi, że urzędnicy należą do jednego z mniej poważanych zawodów. W badaniu z 2025 roku uplasowali się tuż za „robotnikami budowlanymi niewykwalifikowanymi”, ale szczęśliwie przed: aktorami, dziennikarzami, politykami oraz zamykającymi stawkę influencerami.
Skąd w Polakach ta niechęć do pracowników urzędów? Zanim spróbujemy udzielić odpowiedzi na to pytanie, zastanówmy się, na jakiej podstawie wyrabiamy sobie o nich zdanie.
Obraz urzędnika kształtuje się w naszej świadomości zapewne w ten sam sposób, w jaki kształtują się obrazy wszystkich innych zawodów: z przekazu i z autopsji. W obu przypadkach urzędnicy nie wypadają najlepiej.
W świecie literackim aparat biurokratyczny jest zazwyczaj bezduszny i nieznośny (na przykład w Procesie Kafki czy w Urzędnikach Balzaka), a bywa też bezwzględny i okrutny (Hannah Arendt w książce Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła podkreśla, że Eichmann był de facto przeciętnym, niemieckim urzędnikiem, który po prostu wykonywał powierzone mu zadania).
Z kinematografii pamiętamy Układ zamknięty Ryszarda Bugajskiego, w którym Kazimierz Kaczor wcielił się w rolę skorumpowanego naczelnika urzędu skarbowego. Z kolei widzowie brytyjskiego BBC do dziś swój obraz urzędnika służby cywilnej czerpią z kultowego serialu komediowego Yes Minister, w którym inteligentny i przebiegły urzędnik owija sobie wokół palca swojego politycznego przełożonego.
Zresztą nie trzeba sięgać aż do wielkich dzieł kultury, aby urzędników poznać od złej strony. Czy media kiedykolwiek donoszą o przypadkach dobrze wykonanej, biurokratycznej roboty czy tylko wtedy, gdy urzędnicy coś zawalili? Odpowiedź pozostawiam państwu.
A jaki obraz wyłania się z naszych bezpośrednich kontaktów z urzędnikami? To oczywiście sprawa bardzo indywidualna. Podobnie jak w sklepie odzieżowym lub na recepcji w hotelu, tak samo i w urzędzie zawsze możemy trafić dobrze lub źle. Możemy spotkać kompetentną i życzliwą urzędniczkę, która sprawnie załatwi sprawę, z jaką do niej przychodzimy. Możemy też trafić na sfrustrowaną i niedouczoną, która zamiast wsparcia zapewni wyłącznie dodatkowe nerwy i zmusi do kolejnych wizyt w urzędzie.
Niestety, badania naukowe dowodzą, że ludzki mózg silniej reaguje na zdarzenia negatywne niż na te pozytywne. Lepiej zapamiętujemy zdarzenia nieprzyjemne, żeby (dosłownie lub w przenośni) bronić się przed nimi w przyszłości.
Skoro naukowcy posługują się tu przykładami traumatycznego wspomnienia z wakacyjnego safari albo zatrucia pokarmowego po zjedzeniu jagód, nie będzie nadużyciem, jeśli przyjmiemy, że również traumatyczna wizyta w urzędzie może na trwale ukształtować, co myślimy o kontaktach z biurokratami. Wizyty, które nie kosztowały nas ani dużo czasu, ani dużo nerwów, zacierają się w pamięci zdecydowanie szybciej.
Urzędnik cenniejszy niż złoto
Warto podkreślić, że atak Krzysztofa Stanowskiego na niesprawiedliwą – jego zdaniem – interwencję pracownic fiskusa w Gdańsku nie spotkał się wyłącznie z pozytywnym odbiorem. Kontrowali go liczni anonimowi internauci, ale także dziennikarze i różnej maści podcasterzy.
Bronili z pobudek godnościowych i prawnoczłowieczych. Bronili z racji określonej funkcji, jaką urzędnicy pełnią w demokratycznym państwie prawa (działają na podstawie i w granicach prawa).
Rzadko kiedy dało się jednak usłyszeć argumenty innego rodzaju, a mianowicie te odnoszące się do znaczenia urzędników w prawidłowym funkcjonowaniu naszego państwa. Ta i każda inna nagonka na urzędników jest bowiem podcinaniem gałęzi, na której wszyscy siedzimy. Nie, wcale nie dlatego, że urzędnicy to jakaś kolejna „nadzwyczajna kasta”. Raczej dlatego, że bez nich, jako wspólnota polityczna, stalibyśmy się bezradni.
Przy całym naszym wielkim rozpolitykowaniu, bardzo mało się w Polsce mówi o tym, że do rządzenia nigdy nie wystarczą sami politycy. Choćby nie wiadomo, jak bardzo starali się nas przekonać, że to właśnie oni i tylko oni są odpowiedzią na wszystkie nasze problemy, aby wdrażać jakiekolwiek reformy potrzebują profesjonalnych kadr urzędniczych. Potrzebują ludzi, którzy faktycznie znają się na swojej robocie i którzy pamiętają coś więcej niż to, o czym mówiło się w mediach miesiąc lub rok wcześniej.
Czy nam się to podoba, czy nie, urzędnicy są kluczową grupą zawodową w każdym współczesnym państwie. Ich działalność nie sprowadza się wyłącznie do prostego front office, do styku państwa i obywatela, gdzie kontroler skarbowy czy inspektor sanepidu sprawdza, na ile adresat normy prawnej się do niej stosuje. Urzędnik to nie tylko kontroler wlepiający mandaty za niewystawiony paragon i „pani z okienka” przyjmująca od nas wnioski.
Urzędnicy to również „mózg” oraz „układ nerwowy” naszego państwa. Urzędnicy to pamięć instytucjonalna, która pozwala politykom podejmować decyzje oparte na faktach, a nie opiniach. Urzędnicy piszą projekty strategii, ustaw i rozporządzeń.
Urzędnicy codziennie latają na posiedzenia grup roboczych Rady Unii Europejskiej, gdzie współtworzą przepisy prawa unijnego. Urzędnicy przygotowują decyzje o podziale ogromnych kwot pochodzących z budżetu państwa, a więc z naszych podatków.
Kochajmy i wymagajmy
Powtórzę, nie chodzi tu o kreowanie urzędników na jakąś nową arystokrację. Sama ranga spraw, jakimi zajmują się zawodowo (nieważne, czy w ministerstwach, na placówkach zagranicznych, czy „w terenie”, na kontroli u przedsiębiorcy) nie zwalnia ich z używania zdrowego rozsądku na równi z przepisami prawa. Ważne jednak, abyśmy pamiętali, że państwo, w którym żyjemy, to niezwykle rozbudowana i złożona maszyneria, której sam nikt prawidłowo nie obsłuży.
Krytyka indywidualnych przypadków kontrowersyjnych decyzji urzędniczych jest tyleż uprawniona, co jałowa. 2,5 tysiąca złotych stracone przez jednego przedsiębiorcę jest niczym w stosunku do miliardów traconych przez nas wszystkich z powodu niskiej jakości prawa, złego zarządzania sektorem publicznym czy selekcji negatywnej w polskiej administracji publicznej.
Dojrzałość narodową ocenić można między innymi po szacunku, jakim darzy się instytucje publiczne i ich pracowników. Kierując się złotą zasadą wychowawczą warto więc, abyśmy pokochali, choć trochę, naszych urzędników, a jednocześnie zawsze wymagali od nich pracy najwyższej jakości.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

