Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Czy można dziś być liberałem?

Czy można dziś być liberałem? autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Tych kilka uwag nie aspiruje ani do szczególnej głębi myśli, ani do intelektualnej kompletności. To tylko szkic do zawiłej, choć dla mnie doniosłej kwestii polityczno-światopoglądowej, albo po prostu osobista odpowiedź na pytanie postawione mi przez Redakcję, która – jak podejrzewam – wątpi w to, czy duch liberalny tli się jeszcze w ogóle gdzieś w naszym świecie.

Stanąłem więc przed tytułowym pytaniem: czy w realiach dzisiejszego świata zachodniego można być liberałem, a jeśli w ogóle można, to dlaczego można i co to jeszcze dziś mogłoby znaczyć? Moja spontaniczna i zdecydowana odpowiedź brzmiała: oczywiście można, a nawet nie tylko można, ale trzeba.

I to bardziej trzeba obecnie, w czasie wielkiej dekadencji Zachodu, niźli – powiedzmy – w końcówce ubiegłego wieku, po epokowej Jesieni Ludów 1989 roku, kiedy mogło się zdawać, że bycie liberałem jest w gruncie rzeczy bezcelowe i światopoglądowo nieodróżniające, skoro przecież wszyscy stali się liberałami – od komunistycznych przywódców sowieckich, poprzez europejskich socjalistów, związkowców z „Solidarności”, aż po murzyńskich terrorystów z Południowej Afryki.

Kradzież idei liberalnej

Ten pozór powszechności liberalnej wiary, jaki wtedy zapanował nad polityką i życiem umysłowym, i to nie tylko na Zachodzie, stał się zresztą źródłem późniejszego wielkiego nieszczęścia, polegającego na tym, że skoro wszyscy, którzy mieli jakieś znaczenie, byli już liberałami, to cała historyczna odpowiedzialność za przyspieszony postęp dekadencji w pierwszym ćwierćwieczu XXI wieku nie mogła spaść na kogo innego, niźli na liberałów.

I tak wrogowie wolności, rozumu, praw człowieka, obyczajności i całej zachodniej religii i kultury, dla celowego (jak mniemam) zmieszania i chaosu umysłów nazywający się teraz liberałami, ukradli wielką ideę liberalną, a ta w efekcie owego wrogiego przejęcia została frontalnie zaatakowana przez wyłaniających się coraz wyraźniej z niejasnej przyszłości głosicieli nowego „nie-liberalnego” (Orban), „post-liberalnego” (Deneen), czy po prostu „anty-liberalnego” (de Benoist) kolektywistycznego porządku, tak na polu czystej myśli, czyli w książkach, jak i co ważniejsze – na polu polityki.

Dla reakcyjnych obrońców starego, przeżartego przez dekadencję porządku, liberalizm stał się więc zakłamaną etykietą, wykorzystywaną jako tarcza w starciu idei, zaś dla idących z duchem czasu głosicieli i zwolenników nowego komunitarnego ładu – po prostu obelgą. W moim głębokim przekonaniu, w tym, i tylko w tym sensie można zasadnie mówić, iż przyszło nam obecnie żyć w czasie faktycznie rozkładającej się, i to z duchowym fetorem, epoki liberalnej.

Dziś wiem już z pewnością, że w ciągu pierwszej połowy XXI wieku nasz zachodni świat musi przejść – podobnie jak niegdyś stara Grecja po wojnie peloponeskiej – przez czas wielkiej dekadencji, w którym komunikacja między ludźmi zostaje zniszczona przez hermetyczne, ale zarazem ekspansywne „bańki tożsamościowe”.

Modelowym opisem tej rzeczywistości jest platoński dialog Sokratesa z Kalliklesem, w którym dwaj współcześni sobie Ateńczycy mówią do siebie o najważniejszych sprawach etyki i polityki tak odmiennymi językami, że nie są już w stanie nawet traktować swoich przekonań inaczej, niźli jakiś intencjonalny żart, czy wręcz kpinę. Każdego dnia doświadczam współcześnie takiej właśnie rzeczywistości, w której z nieustanną czujnością muszę ochraniać i bronić własnej samodzielności myśli przed naporem rozkrzyczanych kolektywnych tożsamości.

Raz próbują one z pogardą dla mojego rzekomego „nieoświecenia” przymusić mnie do wpisania się w jakieś skolektywizowane przesądy na temat Boga, historii, sztuki, płci, klimatu, zwierząt etc, a nawet pozbawić mnie prawa do posługiwania się mickiewiczowską polszczyzną, przerabianą teraz przez ciemnych ludzi na modłę owych przesądów.

Kiedy indziej znów kwalifikują mnie par force, bez aktu mojej wolnej woli i bez choćby namiastki „umowy społecznej”, do jakiejś plemiennej wspólnoty krwi, która ponoć, pod groźbą zaprzaństwa, miałaby obligować mnie do politycznej wrogości wobec obcych nacji, zwłaszcza tych sąsiednich (Ukraińców, Niemców), tak, jak to się działo w całej Europie na progu pierwszej wojny światowej.

Na dodatek – o zgrozo! – w panującym zamęcie znaczenia pojęć, ta pierwsza bańka wykrzykuje w moją stronę każdego dnia hasło: „Liberalizm! Liberalizm!”, jakby na szyderstwo z wolnego i rozumnego ducha liberalnego, zaś ta druga patetycznie woła do mnie: „Patriotyzm! Patriotyzm!”, deprecjonując moją ideę polskości, bez której pewnie nie potrafiłbym ani żyć, ani oddychać.

I co w tym najciekawsze, czytam nieustannie jakieś bardziej lub mniej inteligentnie napisane eseje i książki, które starają się mi wytłumaczyć – w gruncie rzeczy na jedno i to samo kopyto – coś, co naocznie kłóci się z moim codziennym doświadczeniem naporu tożsamościowych walców, w obliczu którego zmuszony jestem sypać okopy własnej myślowej i moralnej suwerenności.

To mianowicie, że ponoć jestem świadkiem, albo i uczestnikiem przełomu epok, z których ta stara (odchodząca, albo i nie, to wcale nie jest jeszcze powiedziane) miałaby być epoką wyalienowanych i samotnych jednostek ludzkich, zaś ta nowa – czasem triumfu wspólnoty.

A tymczasem ja, niezależnie czy spojrzę w stronę pseudoliberalnych reakcjonistów, czy też na maszerujący z duchem czasu obóz „dziarskich chłopców” (to ci z „Szewców”), widzę tylko rozkrzyczane tożsamości i kolektywistyczny walec, zgniatający liberalnego ducha i dewastujący ideał liberalnej edukacji, która – jak uczył św. Jan Newman – jest przecież warunkiem możliwości wszelkiej „kultury umysłowej”.

Tomasz, czyli nieśmiertelność rozumu

Myślę, że ta moja pozycja obronna w liberalnych okopach byłaby słabsza i bardziej chwiejna, gdyby nie przeżyta za młodu myślowa szkoła pierwszego i do dziś dnia najważniejszego przewodnika po liberalnym świecie rozumu i wolności.

Doniosłość dwóch wielkich sporów o przyszłość Europy, jakie wiódł w XIII wieku św. Tomasz z Akwinu uświadomiłem sobie czytając jego teksty i komentarze w młodych latach, gdy jeszcze nie zdążyła pochłonąć mnie na długie dwie dekady praktyczna polityka. Ale prawdę mówiąc, pełne zrozumienie wpływu, jaki wywarła na mnie tamta tomaszowa lekcja liberalnego ducha, przyszło na starość, nie z racji jakiejś starczej mądrości (która jest iluzją), ale ze względu na czas wielkiej dekadencji, w którym lekcja owa ujawnia dopiero w pełni swoją wartość.

Spór Tomasza z tzw. „augustynizmem politycznym” uświadomił mi, że na naszym ułomnym świecie nie było, nie ma i nie będzie innej wiarygodnej instancji organizującej wspólny – społeczny i polityczny świat ludzi, jak tylko naturalny i właściwy każdemu ludzki rozum praktyczny. Skoro nawet Boskie Objawienie nie może być taką instancją, co właśnie wykazał Tomasz, to cóż dopiero mówić o wymyślonych przez człowieka kolektywistycznych ideologiach, bańkach tożsamościowych, czy namiętnościach plemiennych, próbujących w epoce sekularyzacji wchodzić w polityczną rolę religii; wszystkie one wywierają przemożny wpływ na realną politykę, ale liberalny duch pozostaje ich nieuchronnym politycznym wrogiem.

Tak też wiele lat temu zostałem zatwardziałym gibelinem, podzielającym idee polityczne „Komedii” Dantego oraz żywiącym szczególny rodzaj przywiązania do gibelińskiej Sieny, a nadto niepokojącym się zawsze wtedy, gdy papiestwo – niezależnie czy to się dzieje za Grzegorza VII czy Leona XIV – używa Boskiego autorytetu do politycznej rozgrywki przeciw legalnie ustanowionej świeckiej władzy. Pewien wybitny polski polityk wyznał kiedyś w rozmowie ze mną, że jest pelagianinem, a ja pomyślałem pod wrażeniem tego wyznania, że ta akurat herezja daje nie najgorsze duchowe kwalifikacje do uprawiania polityki.

Dziś wiem, że jeszcze większy myślowy wpływ wywarł na mnie inny wielki spór, toczony przez Tomasza z tzw. „awerroistami łacińskimi”, albowiem jeśli spojrzeć z perspektywy okopów liberalnego ducha, to stawka tego sporu okazuje się wyjątkowo wysoka. Idzie w nim bowiem o to, czym ostatecznie jest ów naturalny rozum, który ma organizować wspólny ludzki świat: nieśmiertelną władzą duszy każdego człowieka, czy też jakąś wspólną dla całego rodzaju ludzkiego hipostazą, która trwa niezmiennie, choć my – cieleśni i śmiertelni – rodzimy się i umieramy?

Zafascynowani Arystotelesem przeciwnicy Tomasza upierali się przy ponadludzkiej naturze rozumu, mówiąc niby rozsądnie, że skoro władze intelektualne każdego z nas związane są z mózgiem, czyli materią, to muszą wraz z tą materią obumierać. Tomasz wytoczył im myślową wojnę, w której posłużył się argumentem kluczowym dla obrony liberalnego ducha: wykazał, że człowiek jest jedynym istnieniem, którego myśl przekracza naturalne zdolności cielesnego „organu myślącego”, czyli mózgu, co wprost wskazuje na nieśmiertelność ludzkiej myśli.

Owszem, augustyńscy wrogowie liberalizmu nie kłamią, przestrzegając, iż liberalny świat może się obejść bez jakiejkolwiek pozytywnej religii, ale zazwyczaj nie dodają, iż musi się on załamać na skutek postsekularnego zakwestionowania każdej formy nieśmiertelności, w tym jednostkowej duszy władającej rozumem. A bez tej nieśmiertelności upieranie się przy politycznym ustroju wolności nie ma żadnego sensu; nie dziwota więc, że postsekularni „liberałowie” nie mają oporów, aby zaatakować państwową przemocą wolność słowa i sumienia, skoro doszli do przekonania, iż przestała ona współcześnie służyć przedłużeniu ich słabnącej hegemonii kulturowej i politycznej.

Liberalna eschatologia

Prawdę mówiąc, najbardziej subwersywna myśl względem wszelkiego skolektywizowanego porządku, zapisana została w tomaszowej Sumie (w kwestii 113, części I-II), gdzie autor najpierw dowodzi zwykłej i całkiem klasycznej tezy, iż we wspólnocie ludzkiej dobro całości ma wyższość względem dobra jednostki czy grupy, po czym nieoczekiwanie dodaje: „Ale dobro łaski jednostki jest większe niż dobro naturalne całego wszechświata”.

Liberalny duch zawsze niesie fundamentalne przekonanie, że co prawda w polityce wielkim złem jest „przechwytywanie” instytucji publicznych przez interesy pojedynczych sprytnych graczy, a zwłaszcza przez najsilniejszych lobbystów, po to by egoistyczne dobro grupowe wzięło górę nad dobrem wspólnym (świetnie opisują to amerykańskie teorie wyboru publicznego), to politycznym złem absolutnym jest zignorowanie w imię wspólnotowego interesu oczywistości, iż tylko pojedynczy człowiek, z jego nieśmiertelnym rozumem, będącym władzą duszy, ma dostęp do „dobra łaski”, czyli nadziei na ostateczne i pozaświatowe poznanie i zrozumienie całości natury.

Dlatego dla liberała tak skomplikowanym etycznie wyzwaniem polityki jest sformułowanie warunków dopuszczalności stanu wyjątkowego, czyli momentu, w którym ów jedyny w swoim rodzaju akt gwałtu na tym, co nieśmiertelne, staje się jednak polityczną koniecznością wspólnoty.

Eric Voegelin opisał to wychylenie ludzkiej świadomości poza dostępny jej naturalny horyzont, jako istotny aspekt samej struktury świadomości, określając go trafnym mianem „pełni poza”. Bez owej „pełni poza”, czyli bez nieśmiertelnej i rozumnej jednostki ludzkiej, przestaje istnieć jakikolwiek rozsądny powód, aby w ślad za Tomaszem dopuścić ideę, iż w imię „dobra łaski” jednego człowieka wolno zakwestionować każdy interes wspólnotowy, nawet jeśli byłaby to hipotetyczna wspólnota obejmująca wszechświat.

A jeśli odrzucić ową wyzywającą i subwersywną tomaszową ideę, to z kolei przestaje istnieć jakikolwiek rozsądny powód upierania się przy zagrażającym wspólnocie ryzykiem rozkładu liberalnym ustroju, który prawa podstawowe przyznaje tylko wolnej i władającej nieśmiertelnym rozumem jednostce.

Tutaj zresztą tkwi sedno ścisłej więzi łączącej okopy liberalnego ducha z eschatologią, choć oczywiście nie z każdą eschatologią. Na przykład nasi mesjanistyczni wieszczowie wierzyli (Krasiński wyłożył to najjaśniej w „Przedświcie”), że to wspólnoty narodowe mają z Boskiej woli w pierwszej kolejności dostęp do „dobra łaski”, zaś ich pojedynczy członkowie będą czerpać ów dostęp wedle hierarchii opartej o zasługi i cierpienia poszczególnych nacji; stąd właśnie antyliberalne ostrze romantycznego mesjanizmu i idea zbawienia poprzez udział we właściwej, czyli polskiej wspólnocie narodowej.

Nonkonformistyczne środowisko

To wszystko wiedzie do z gruntu oświeceniowej konkluzji, wedle której tylko samodzielna myśl jest ochroną przed przemienieniem międzyludzkiego wspólnego świata w zagrodę dla baranów, przepychających się usilnie w wąskiej bramce, aby tylko poczuć się bezpiecznymi w środku własnej bańki tożsamościowej, gdzie beczeć można już głośno i bez zahamowań, niczym na dobrze oswojonym forum internetowym.

W sensie etycznym duch liberalny może się objawiać jedynie w środowisku nonkonformizmu i dlatego tak naturalnym miejscem jego wpływu powinien był być uniwersytet, o ile nie byłby zdradził świętej reguły akademickiej liberalnej edukacji.

Na starość bliski jestem temu, aby uwierzyć Hannah Arendt, iż w ostatecznym rozrachunku kantowskie krytyczne Selbstdenken jest jedyną ochroną nie tylko przed politycznym zbaranieniem, ale w razie czego, również przed hipotetycznym udziałem w zorganizowanym złu, albo i nawet zbrodni. „Manifestacją wiatru myśli nie jest wiedza, ale zdolność odróżnienia dobrego od złego, pięknego od szpetnego” – pisała w dedykowanym Audenowi szkicu „Myślenie a sądy moralne”.

Ze wszystkich epifenomenów liberalnego ducha nie ma chyba bardziej istotnego i wyróżniającego, niźli przekonanie, iż międzyludzki świat wspólny, w tym przyjaźń, państwo i polityka, trzyma się w ostatecznym rachunku na delikatnym i trudno komunikowalnym „wietrze myśli”, jakiego doświadcza nieśmiertelny rozum pojedynczego człowieka.

Z dziejów Europy, także tych najnowszych, wiemy dobrze, że tak kultura, jak i tradycja, czyli to co osadza ludzi we wspólnocie i winno ochraniać przed wybrykami i swawolą rozumu, in extremis zawodzi, a nawet staje się czasem narzędziem kolektywnego zbaranienia. Podobnie rzecz się ma z charakterystycznym dla naszego czasu powszechnym dostępem do komunikacyjnej technologii.

Czego więc ja sam mogę być pewien, to tylko tego, iż nie może mnie zawieść samotny i bezdźwięczny dialog rozumnej duszy z samą sobą, czyli polityczna władza sądzenia, jak twierdzi Arendt – „najbardziej polityczna z umysłowych zdolności człowieka”.

Często popadam w zwątpienie, czy duch liberalny może znów na nowo urządzić wspólny świat ludzi Zachodu. Jednak to, co mogę uczynić dla dobra własnego, jak i dobra wspólnoty, to używać owej „umysłowej zdolności” jako niewyczerpywalnej amunicji do ostrzeliwania się z okopów liberalnego ducha. Ta odpowiedź na postawione mi przez Redakcję pytanie, osobista i trochę pospieszna, też jest formą tego ostrzału.

Tekst na prośbę autora został opublikowany bez redakcji i bez korekty językowej. Materiał pochodzi z 68. teki czasopisma idei Pressje zatytułowanej Liberalizm marnotrawny. Trwa zbiórka na jej wydanie.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.