Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Marcel Lefebvre. Jego historia obrazuje w pigułce zmagania Kościoła ze współczesnością

Marcel Lefebvre. Jego historia obrazuje w pigułce zmagania Kościoła ze współczesnością Autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Abp Marcel Lefebvre uznał papieża za odstępcę od wiary. Do dziś jego postać budzi kontrowersje, a jego historia ogniskuje jak w soczewce moment dziejowy, w jakim znalazł się Kościoł, a który to zaczął się na długo przed przemianami lat 60. XX wieku. Lefebvre jest wyrazicielem pewnej możliwej odpowiedzi na ducha dziejów. Bez kontekstu cywilizacyjnego nie da się zrozumieć ani tej postaci, ani tego, co dzieje się w Kościele od przeszło 200 lat.

1 lipca bieżącego roku w szwajcarskim Écône, w ramach działalności Bractwa św. Piusa X zostanie wyświęconych czterech nowych biskupów. Nie będzie to jednak zwykła kościelna formalność. Święcenia te odbywają się bez zgody papieża. Ta zaś zgoda – na mocy potwierdzonego przez Sobór Watykański I dogmatu o prymacie jurysdykcyjnym biskupa Rzymu – jest niezbędna dla godziwości święceń.

Ks. Paschalis Schreiber, ks. Michał (Michael) Goldade, ks. Michał Poinsinet de Sivry, ks. Marek Hanappier – oni wszyscy rzeczywiście, zgodnie z katolicką teologią święceń, zostaną biskupami. Jednocześnie zarówno oni, jak i ich konsekratorzy – bp Bernard Fellaya oraz bp Alfonso de Galarreta – zaciągną na siebie zgodnie ekskomunikę latae sententiae (mocą wydanego wyroku).

Podobne wydarzenie w tej wspólnocie miało już miejsce. Abp. Marcel Lefebvre wraz z biskupem Antônio de Castro Mayerem w 1988 r. wyświęcił – również bez zgody Stolicy Apostolskiej – czterech księży na biskupów.

„Z ojcowskim sercem, ale z całą powagą wymaganą przez obecne okoliczności, napominam Cię, Czcigodny Bracie, abyś nie wkraczał na drogę, która – jeśli będzie kontynuowana – może być postrzegana jedynie jako akt schizmatycki, którego nieuniknione konsekwencje teologiczne i kanoniczne są Ci znane” – pisał Jan Paweł II do Lefebvre’a na trzy tygodnie przed planowanymi święceniami.

Zarówno Lefebvre jak i czterech wyświęconych przez niego biskupów mocą samego czynu zostało ekskomunikowanych. Sam Lefebvre zmarł niespełna trzy lata później. W 2009 roku nałożona na wyświęconych przez niego biskupów ekskomunika została zniesiona decyzją Benedykta XVI.

Dziś założone przez Lefebvre’a Bractwo św. Piusa X jest najprężniej działającą organizacją tradycjonalistyczną w Kościele. Odrzuca konsekwentnie Sobór Watykański II – zwłaszcza zaproponowaną na Soborze koncepcje ekumenizmu i wolności religijnej – jak i posoborową reformę liturgiczną.

Uznaje papieża, choć w praktyce się go nie słucha, powołując się na „stan wyższej konieczności”. Jest to więc organizacja będąca w praktycznej schizmie, choć na poziomie teoretycznym jej status jest niedookreślony, zwłaszcza po zdjęciu ekskomuniki z biskupów Bractwa. Przyszłe święcenia biskupie – jak twierdzą księża tej organizacji – również są podyktowane stanem wyższej konieczności. Chodzi o to, by przekazywać nieskażoną wpływami nowinek nowoczesności katolicką wiarę. Rzym tego nie robi – twierdzą przedstawiciele FSSPX. Muszą więc tego dokonać my sami.

FSSPX liczy dziś około 1482 członków. Liczbę wiernych odwiedzjących kaplice i Kościoła Bractwa szacuje się na około 600 000 osób. Dla porównania, dwie inne organizacje również sprawujące tradycyjną liturgię i formujące kleryków w ramach klasycznej teologii, lecz działające za zgodą Rzymu, są znacznie mniejsze. Bractwo św. Piotra – założone przez byłych księży FSSPX po ekskomunice Marcela Lefebvre’a liczy około 579 członków. Instytut Dobrego Pasterza – jedynie 117 członków.

Dziś, po latach dialogu, prób porozumienia, otwartym podejściu papieża Franciszka do kapłanów tej organizacji, wracamy do punktu wyjścia. Lefebryści znów będą święcić biskupów bez zgody papieża. A więc znów mamy schizmę. Przez lata problem statusu kanonicznego Bractwa próbowano rozwiązać na różne sposoby. Rozważano nadanie FSSPX statusu prałatury personalnej, co pozwalałoby na względną autonomię tej organizacji i niezależność od biskupa miejsca. Wszystko jednak rozbijało się o jeden punkt – uznanie przez władze Bractwa św. Piusa X ortodoksyjności Soboru Watykańskiego II. To zaś FSSPX konsekwentnie odrzuca.

Chciałbym przyjrzeć się źródłu tej historii, a zwłaszcza jej głównemu bohaterowi – abp. Marcelowi Lefebvre’owi. Sądzę, że jego postać ujawnia coś znacznie więcej aniżeli historię konkretnego człowieka. Jest emblematem sytuacji w jakiej znalazł się – mniej więcej od początku XIX wieku – Kościół oraz możliwej na nią odpowiedzi. Nie będę też referował całościowo biografii Lefebvre’a. Wybiorę z niej to, co uważam za najistotniejsze dla zrozumienia roli tej postaci jak i dziejowego momentu w którym przyszło arcybiskupowi żyć.

Gwałtowne postępy laicyzacji i Kościół na rozdrożu

Marcel Lefebvre urodził się 29 listopada 1905 r. – na dwa tygodnie przed uchwaleniem we Francji słynnej ustawy Loi du 9 décembre 1905 concernant la séparation des Églises et de l’État – o rozdziale Kościoła od państwa.

Był to kolejny etap procesu, który zapoczątkowany został znacznie wcześniej, wraz z rewolucją francuską. Wtedy po raz pierwszy od czasów wczesnośredniowiecznych chrztów narodów władzę objęły siły niechrześcijańskie – ateistyczne i antyreligijne. I choć najradykalniejsze postulaty rewolucjonistów zostały na jakiś czas powściągnięte, to rozpoczął się wówczas proces, który w 1905 r. osiągnął swoje symboliczne i prawne apogeum.

XIX-wieczni papieże przyjmowali różne strategie w dialogu z nowym, ateizującym się światem polityki. Pius IX w 1848 r. opublikował jako załącznik do encykliki Quanta qura dokument, który przeszedł do historii pod nazwą Syllabus errorum. Papież potępił w nim liberalnie rozumianą wolność sumienia i wyznania oraz rozdział Kościoła od państwa.

Uważał, że stojące u podstaw republikanizmu francuskiego idee świecko rozumianych wolności, równości i braterstwa są błędne. Opowiadał się za monarchią i zdecydowanie odrzucał świeckie republiki.

Uznawał, że Kościół powinien być uprzywilejowaną instytucją życia publicznego, gdyż głosi światu zbawczą prawdę. Wszelkie inne religie i poglądy nie powinny funkcjonować na równoprawnych zasadach w życiu publicznym i społecznym, lecz być co najwyżej tolerowane.

Tymczasem w 1870 r. wojska laickiego Królestwa Włoch zdobyły Rzym, zaś Pius IX odmówił uznania zjednoczonych Włoch, ogłaszając się „więźniem Watykanu”. Tak zakończyła się 1114-letnia historia Państwa Kościelnego.

Inaczej do dialogu ze światem podchodził następca Piusa IX, Leon XIII. Prowadził on politykę, którą z historii znamy pod nazwą Ralliement (przyłączenia się, zjednoczenia). Ogłosił ją w encyklice Au milieu des sollicitudes (Wśród trosk).

Leon XIII stwierdza w niej, że forma rządu jest z perspektywy Kościoła obojętna, o ile służy dobru wspólnemu. Wezwał – niejako w sprzeczności ze swoim poprzednikiem – do akceptacji Republiki Francuskiej jako legalnej. Katolik nie musi być republikaninem (w oświeceniowym sensie tego słowa) z przekonania, ale powinien działać w ramach legalnego ustroju Republiki.

Ta odwilż pomiędzy Watykanem a laicką Francją nie trwała jednak zbyt długo. I tutaj wracamy do ustawy z 1905 r. Na jej mocy Kościół przestał być instytucją publiczną. Diecezje zaczęły funkcjonować prawnie jako oddolne stowarzyszenia obywateli, a nie zaś jako w jakikolwiek sposób wyszczególniona organizacja religijna.

Religia została uznana za sferę prywatną. Budynki sakralne przeszły pod władzę państwa z możliwością bezpłatnego użytkowania przez stowarzyszenia wyznaniowe. Ten model rozdziału Kościoła od państwa funkcjonuje we Francji aż po dziś dzień.

Następca Leona XIII, Pius X – który potem został patronem założonego przez Lefebvre’a bractwa kapłańskiego – wrócił do konfrontacyjnej polityki wobec Republiki Francuskiej. W wydanej w 1906 r. encyklice Vehementer Nos potępił zasadę rozdziału Kościoła od państwa.

W kolejnej encyklice Gravissimo officii muner zabronił zaś francuskim katolikom tworzenia stowarzyszeń przewidzianych przez ustawę z 1905 r. Wisienką na torcie było obwieszczenie w 1908 r., że wszyscy, którzy głosowali za przyjęciem ustawy z 1905 r. o rozdziale Kościoła od państwa, zaciągnęli na siebie ekskomunikę latae sententiae (automatycznie, z mocy prawa).

Lefebvre żył więc w czasie wielkiego kryzysu politycznego modus vivendi Kościoła. Każdy kolejny papież przyjmował inną strategię, odmienny język wobec faktu ostatecznego upadku Christianitas.

Kościół znalazł się w momencie, kiedy katolicyzm realnie przestał być religią publiczną, podporą prawa i instytucji. Państwo Kościelne po upływie milenium straciło swoje polityczne ciało (w skromnej formie odzyskało je na mocy traktatów laterańskich z 1929 r. – w takiej właśnie formie istnieje po dziś dzień).

Kryzys relacji Kościoła ze światem nie był więc kwestią wyłącznie zmian wprowadzonych w trakcie Soboru Watykańskiego II.

Proces rozpoczęty wraz z rewolucją protestancką dopełnił się. Christianitas rozpadło się w drobny mak. Kościół znalazł się wobec palącej potrzeby znalezienia nowego sposobu funkcjonowania. Na przemian ugodowe i konfrontacyjne polityki kolejnych papieży są świadectwem burzliwych sporów w łonie Kościoła dotyczących tego, jaki obrać kierunek.

Antyliberalna formacja

Tak wyglądały dla Kościoła czasy, w których wychowywał się późniejszy arcybiskup Lefebvre. Aby zrozumieć tę postać, warto wziąć pod uwagę również jego otoczenie rodzinne.

Jak czytamy w książce Marcel Lefebvre. Życie, napisanej przez zmarłego przed kilku jednego z konsekrowanych przez Lefebvre’a biskupów, jego rodzice byli nie tylko bardzo religijni, lecz również przejawiali inklinacje do życia duchowego i kontemplacyjnego.

Podobne inklinacje ku życiu duchowemu przejawiała przyszła matka arcybiskupa Gabrielle, z domu Watine: „Odwiedzała rodziny robotnicze i ubogich ze stowarzyszenia św. Wincentego à Paulo […] Gabrielle wahała się nad wyborem drogi życiowej […] Rozmyślania, modlitwy i konsultacje z przewodnikiem duchowym, ks. Fichaux, utwierdziły ją w przekonaniu, że jej przeznaczeniem jest małżeństwo”.

Ojciec arcybiskupa był przemysłowcem – prowadził rodzinną przędzalnię, gdzie produkował wełnę marki „Sphinx”. Jak pisze de Mallerais, był on przeciwnikiem rewolucyjnych ruchów socjalistycznych, a jednocześnie daleki był od liberalnego wyzyskiwania pracujących u niego robotników.

„René Lefebvre był dobry i życzliwy dla swoich robotników, ale musiał podporządkować się prawom ekonomii i nie mógł wyrzec się swojego autorytetu. Liberalizm panujący w XIX wieku stworzył niewłaściwą koncepcję płacy, traktowanej jako prosty składnik zysku. Aby złagodzić niewystarczalność pensji, przedsiębiorcy z Nordu rozwinęli dzieła dobroczynne […]

Z blisko pięćdziesięcioletnim wyprzedzeniem przemysłowcy Nordu skutecznie wprowadzali w życie dwie zasady, które Pius XI wyraził w encyklice Quadragesimo Anno (1931): sprawiedliwość społeczna nigdy nie będzie na tyle doskonała, aby miłosierdzie nie musiało rekompensować jej braków, a nawet gdyby była tak doskonała i mogła odsunąć wszystkie przyczyny niesprawiedliwości, nie wiązałaby serc tak, jak to może sprawić jedynie miłosierdzie […]

Dzięki rozwojowi korporacji i bractw rozkwitał chrześcijański porządek społeczny. René Lefebvre, mocno przywiązany do zasad porządku i hierarchii, był żarliwym obrońcą korporacji, które z natury były antyrewolucyjne, przeciwne walce klasowej, a promujące miłosierdzie”.

Co jednak było chyba najbardziej kluczowe to konsekwentny antyliberalizm ojca rodziny. Była to cecha, która narzuca się jako oczywiste podobieństwo między René a Marcelem, a które to w kontekście późniejszych decyzji arcybiskupa, można przeczytać jako doświadczenie formacyjne.

„W 1919 roku roku biskup Charost zezwolił księdzu Debussche, proboszczowi z Robaix na założenie chrześcijańskich związków zawodowych, gdyż nie widziano innych możliwości przeciwdziałania rewolucyjnej działalności związku zawodowego CGT.

René Lefebvre ubolewał nad tą nową orientacją liberalną, był przywiązany do zasad korporacjonizmu i sympatyzował z Ligą Akcji Francuskiej, która szeroko rekrutowała swych członków w środowiskach katolickich […] Postanowił ustrzec młodszego syna przed liberalną atmosferą, jaka przedostawała się do seminariów diecezji i zanurzyć Marcela w klimacie spokoju i doktrynalnego bezpieczeństwa Rzymu, z którego czerpał już starszy syn René”.

Marcel Lefebvre był wychowany w tradycji sprzeciwu wobec rewolucji 1789 r.  Istotną rolę odgrywała w tym Akcja Francuska, z którą sympatyzował jego ojciec, właściciel przędzalni – organizacją dążącą do restauracji monarchii i odbudowy jej na chrześcijańskich fundamentach. Co ciekawe, jej inicjator, Charles Maurras, był człowiekiem osobiście niewierzącym.

Silne przekonanie o zabójczym dla katolicyzmu wpływie idei oświecenia, rewolucji francuskiej i liberalizmu. Nostalgia za dawnym porządkiem. Przekonanie o potrzebie jasnego zdefiniowania tego, co katolickie i oddzielenia od tego, co niekatolickie. W takim klimacie intelektualnym został ukształtowany przyszły lider ruchu tradycjonalistycznego.

Dzieła formacji w antyliberalnym i antyoświeceniowym duchu dopełnił czas spędzony w założonym przez Piusa IX Seminarium Francuskim w Rzymie. Marcel udał się tam, bo chodziło o uniknięcie wpływu „nowinek” nowoczesności, jakie przenikały do francuskich seminariów.

W wyobraźni Lefebvre’a Rzym uchodził za ostoję katolickiej ortodoksji. Lefebvre otrzymuje w seminarium integrystyczne i antymodernistyczne wykształcenie.

Modernizm katolicki to główny wróg tradycjonalistycznego katolicyzmu. To niemu poświęcił swoją encyklikę Pascendi dominici gregis papież Pius X. Ojciec święty określił ją jako „syntezę wszystkich herezji”. Charakteryzowała go próba naturalizacji religii. Dogmaty kościele według tego stanowiska są historycznie uwarunkowane i mogą ewoluować. Źródłem religii nie jest zewnętrzne objawienie, lecz indywidualne doświadczenie religijne.

Doktryna Kościoła to tylko zbiór symboli, a nie spis niezmiennych prawd. Ostatecznie więc religijność, choćby szlachetna, jest naturalnym wytworem człowieka. W tym sensie wszystkie religie mówią fundamentalnie o tym samym, gdyż ich źródłem jest uniwersalna natura ludzka. Tego typu twierdzenia – będące dzieckiem racjonalizującego wszystko oświecenia – muszą być dla katolika nie do przyjęcia.

W tym czasie – w latach 1923-1929 –  przyszły arcybiskup doświadcza na własnej skórze nerwowego poszukiwania przez Kościół nowej formuły funkcjonowania.

„Czyni ona wiele dobrego, broni zasady autorytetu, broni porządku” – mówił o Akcji Francuskiej Pius X. Jednak jego następca, Pius XI – a to ten papież zasiadał na Stolicy Piotrowej, gdy Lefebvre uczył się w seminarium w Rzymie – potępił tę organizację, oskarżając ją o instrumentalne traktowanie katolicyzmu jako narzędzia dla realizacji świeckiej i nacjonalistycznej ideologii.

„Nie był to ruch katolicki, ale był to ruch reakcji przeciw nieporządkowi, który zaprowadzała w naszym kraju, we Francji, masoneria. To była reakcja zdrowa, konsekwentna, powrót do ładu, posłuszeństwa, moralności, do chrześcijańskiej moralności. (…) Fakt, że Ojciec Święty go potępił, był ciosem dla porządku i podciął skrzydła kontrrewolucji” – oceniał całą sprawę Lefebvre.

Cień podejrzeń watykańskich urzędników padł również na mocno tradycjonalistyczne seminarium francuskie. Chodziło o odpowiedź na pytanie: czy na seminarium nie ma zbyt wielkiego wpływu Maurrausowska Action Française? Wkrótce zdymisjonowany został – za zgodą i aprobatą Piusa XI – dyrektor seminarium, ojciec Le Floche.

„Z perspektywy czasu Lefebvre wydał dość surowy osąd o polityce religijnej tego papieża: «wzorcowo głosząc naukę» (o społecznym panowaniu Chrystusa), Pius XI «nie był liberałem»; niemniej «był bardzo chwiejny w sferze działalności praktycznej» i «raczej był skłonny do sprzymierzania się ze światem».

Później arcybiskup doprecyzuje swój pogląd – podobnie jak Leon XIII, papież Pius XI miał «obsesję utrzymywania stosunków z rządami, mimo iż [owe rządy] były masońskie i rewolucyjne», a poprzez swoje działanie «dał przykład ulegania niebezpiecznemu złudzeniu», co do intencji partnerów w dialogu” – czytamy w biografii Lefebvre’a.

Obraz, który rysuje się z powyższych sytuacji, nasuwa następujący wniosek: problem wyjścia Kościoła do tzw. świata nie jest kwestią aggiornamento [„uwspółcześnienia”] doby Soboru Watykańskiego II. To nie tak, że przed Vaticanum II papieże byli twardymi integrystami odrzucającymi jakąkolwiek formę dialogu z laicką polityką i społeczeństwem.

Problem relacji Kościoła do świata nie da się zamknąć w sloganach o infiltracji przez masonerię. To złożony problem związany z tym, że Kościół wobec upadku dotychczasowego porządku politycznego, który traktował katolicyzm jako uprzywilejowanego gracza (a przynajmniej – po rewolucji protestanckiej – instytucję, z którą trzeba się liczyć), był zmuszony wypracować nowe modus vivendi. Kościół znalazł się w naprawdę ogromnym kryzysie, zaś odpowiedź na ten kryzys nie była i sądzę, że ciągle nie jest oczywista.

Sobór Watykański II a rewolucja 1968 r.

Życie Lefebvre’a było bogate. Po krótkiej praktyce duszpasterskiej młody ksiądz dołączył do Zgromadzenia Ducha Świętego (tzw. Duchacze). Przez wiele lat pracował jako misjonarz w Gabonie – pełnił funkcję wykładowcy i rektora seminarium w Libreville oraz przełożonego misji.

Potem – z nominacji Piusa XII – został wikariuszem apostolskim, co wiązało się z wyświęceniem go na biskupa. Pełniąc tę funkcję był odpowiedzialny za Kościół katolicki w części Senegalu. Również dzięki jego działalności na tym trudnym, wielowyznaniowym terenie Kościół się rozrastał.

W 1948 r. rozstał mianowany na nuncjusza papieskiego w Afryce Francuskiej – ówczesnych kolonii zarządzanych przez Francję. Był przedstawicielem Stolicy Apostolskiej dla dzisiejszego Maroka, południowej Algierii, Mauretanii, Nigru, Sudanu, Czadu, Senegalu, Gabonu, Dżibuti, Madagaskaru i terytorium Reunionu. W 1955 r. został pierwszym arcybiskupem Dakaru.

Lefebvre większość swojego życia jako duchowny spędził w Afryce, na misjach. Ewangelizacja, przekonanie o tym, że „poza Chrystusem nie ma zbawienia”, były dla arcybiskupa kluczowym zadaniem Kościoła. Stawką jest wszakże zbawienie lub wieczne potępienie.

W latach 1962-1965 trwa Sobór Watykański II. Treści niektórych dokumentów są szokujące dla integrystycznie i antyliberalnie nastawionego arcybiskupa. Deklaracja o wolności religijnej głosi, że każdy ma prawo do swobodnego, zgodnego z własnym sumieniem wyboru religii. A przecież wcześniej Pius XI w Syllabus errorum – jak się zdaje – potępiał tak rozumianą wolność religijną.

Dalej, dekret o ekumenizmie głosi, że we wspólnotach niekatolickich także działa Duch Święty, zaś w innych religiach można znaleźć ziarna prawdy. Dla Lefebvre’a, który na ewangelizacji zjadł zęby, takie stwierdzenia jawiły się jako cios w tożsamość.

Jeżeli wszędzie są ziarna prawdy i jeżeli Kościół stwierdza wprost, że osoby nieznające Chrystusa mogą być zbawione, to po co cały trud głoszenia Słowa? Czy Kościół właśnie nie dokonał ewangelizacyjnego samobójstwa?

Dalej, co być może istotniejsze, Lefebvre widział, co działo się w seminariach francuskich po Soborze. Nagle to, co niedawno było uznawane za ortodoksyjne, stało się passé. W seminariach korzystano chętnie z tez nowożytnej psychologii i psychoanalizy oraz socjologii marksistowskiej.

Starano się interpretować Objawienie w duchu naturalistycznym, jako fenomeny możliwe do wyjaśnienia czysto naukowo. Zreformowana, posoborowa liturgia stała się polem nadużyć i eksperymentów. Wprowadzano msze bigbeatowe i jazzowe, improwizowano modlitwy eucharystyczne.

Polscy katolicy, których Żelazna Kurtyna uchroniła na jakiś czas przed tymi przemianami, zwłaszcza bardziej kontrowersyjnymi, nie zdają sobie często sprawy ze skali chaosu, jaki wkradł się w katolicyzm na Zachodzie. W oczach niektórych duchownych zaczęła się wręcz apokalipsa.

Laicyzacja w krajach, w których katolicyzm trzymał się na ostatnich kulturowych trytytkach – jak np. w Belgii – wybuchła z zawrotną wręcz prędkością. To, co dokonało się po roku 1968, naprawdę było rewolucją.

Wizytatorzy z Watykanu nie wierzą w Zmartwychwstanie Chrystusa?

Do Lefebvre’a zaczęli przybywać młodzi seminarzyści, prosząc o opiekę. Nie widząc możliwości kształcenia się w seminariach „głównego nurtu”, poprosili duchownego o to, żeby założył dla nich seminarium, gdzie wykładany będzie ortodoksyjny katolicyzm oraz gdzie sprawowana była tradycyjna liturgia. Odrzucenie wszelkich nowinek nowoczesności, oparcie teologii na tomizmie, przedsoborowa liturgia – to była cechy charakterystyczne formacji w FSSPX. Zupełnie inaczej niż w innych seminariach, gdzie chętnie adaptowano metody i twierdzenia nowoczesnych nauk społecznych z socjologią czy psychologią na czele. Tak powstało, po intensywnym poszukiwaniu miejsca, seminarium w Écône.

Biskup Lozanny, Genewy i Fryburga, François Charrière udzielił zgody na działalność seminarium, jak i działalność samego Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X. Sytuacja zmieniła się w 1974 r. Do Écône przybyli wizytatorzy apostolscy. Tak relacjonuje ową wizytację Bernard Tissier de Mallerais:

„O godzinie 9:00 przybyli wizytatorzy: biskup Albert Descamps, sekretarz komisji biblijnej oraz biskup Guillaume Onclin, zastępca sekretarza komisji ds. rewizji Kodeksu Prawa Kanonicznego. Dwaj belgijscy prałaci przez trzy dni będą przepytywać wykładowców i alumnów.

Przy tej okazji będą wobec nich wygłaszać skandaliczne twierdzenia teologiczne, uznając za normalne i konieczne wyświęcanie żonatych mężczyzn, odrzucając istnienie niezmiennej prawdy i podając w wątpliwość fizyczną rzeczywistość Zmartwychwstania Jezusa”.

10 dni później Lefebvre w reakcji na to publikuje deklarację: „Całym sercem należymy do katolickiego Rzymu, strażnika wiary katolickiej i koniecznych dla zachowania tej wiary tradycji, do Wiecznego Rzymu, nauczyciela prawdy i mądrości. Odmawiamy natomiast i zawsze odmawialiśmy podążania za Rzymem o tendencji neomodernistycznej, neoprotestanckiej, która doszła do głosu na Soborze Watykańskim II oraz w reformach posoborowych”.

Sprawy potoczyły się błyskawicznie. Wycofano zgodę na działalność FSSPX. Lefebvre dwa lata później został suspendowany (zawieszony w czynnościach biskupich) przez papieża Pawła VI.

Co być może najciekawsze, ocena działalności seminarium Bractwa przez owych „heterodoksyjnych” wizytatorów apostolskich była pozytywna. Kto wie, jak potoczyłaby się ta historia, gdyby arcybiskup wstrzymał się od oficjalnej, ostrej krytyki papiestwa. Każdy, kto zna choć trochę historię Kościoła wie, że taka krytyka – by wspomnieć tylko Marcina Lutra czy Galileusza – zwykle nie była traktowana przez Rzym nadto łagodnie.

Kulminacyjna rozmowa z Pawłem VI

11 września 1976 r. dochodzi do spotkania abp. Marcela Lefebvre’a z papieżem Pawłem VI. Warto przytoczyć jego zapis w obszerniejszym fragmencie. Rozmowa ta obrazuje – jak sądzę – doskonale to, co działo się w umyśle Lefebvre’a. Cytaty przytaczam za „Gościem Niedzielnym”:

„Ufam, że mam przed sobą brata, syna, przyjaciela. Niestety, stanowisko, jakie zajął Wasza Ekscelencja, to stanowisko antypapieża […]. Wasza Ekscelencja uznał papieża za odstępcę od wiary, której jest najwyższym gwarantem. Może dzieje się tak po raz pierwszy w dziejach.

Powiedziałeś całemu światu, że papież nie ma wiary, że nie wierzy, że jest modernistą i tak dalej. To prawda, muszę być pokorny. Ale Wasza Ekscelencja jest w okropnej sytuacji. Wobec świata dokonuje aktów o niezwykłej powadze” – mówił Paweł VI.

„Może było coś niewłaściwego w moich słowach, w moich pismach […] nie wiemy już, co robić. Przy wszystkich tych zmianach albo grozi nam utrata wiary, albo sprawiamy wrażenie nieposłuszeństwa. Chciałbym uklęknąć i zaakceptować wszystko; ale nie mogę sprzeciwiać się mojemu sumieniu.

To nie ja stworzyłem ruch, lecz wierni, którzy nie godzą się na tę sytuację. Nie jestem przywódcą tradycjonalistów… Zachowuję się dokładnie tak, jak przed Soborem. Nie mogę zrozumieć, jak nagle jestem potępiany, ponieważ formuję księży w posłuszeństwie świętej tradycji Kościoła świętego […]. Ludzie, którzy chwytają się mnie kurczowo i mnie popychają, często wbrew mojej woli, by ich nie opuścić… Na przykład w Lille nie chciałem robić tej manifestacji…” – odpowiedział Lefebvre.

„Ale co Wasza Ekscelencja mówi?” – odpowiedział Paweł VI. „To nie ja… to telewizja” – bronił się Lefebvre. „Ale telewizja transmitowała to, co Wasza Ekscelencja powiedział i to w sposób bardzo ostry przeciwko papieżowi” – kontynuował Paweł VI.

„Wasza Świątobliwość wie, że często dziennikarze zmuszają do mówienia… […] Staram się formować księży zgodnie z wiarą i w wierze. Kiedy patrzę na inne seminaria, strasznie cierpię: niewyobrażalne sytuacje. A ponadto zakonnicy noszący habit są potępiani czy pogardzani przez biskupów. Natomiast ceni się tych, którzy prowadzą życie zlaicyzowane, którzy zachowują się jak ludzie światowi” – tłumaczył swoje stanowisko arcybiskup.

„Ale my wcale nie akceptujemy tych postaw. Każdego dnia pracujemy z wielkim wysiłkiem i z równym uporem, by wyeliminować pewne nadużycia, niezgodne z obowiązującym prawem Kościoła, które jest prawem Soboru i Tradycji. Gdyby Wasza Ekscelencja podjął wysiłek, aby zobaczyć i zrozumieć to, co czynię i mówię każdego dnia, by zapewnić Kościołowi wierność wobec wczoraj oraz wymagań dnia dzisiejszego i jutrzejszego, to nie doszedłby do tej bolesnej sytuacji, w której się znajduje. To my pierwsi ubolewamy z powodu nadużyć.

Jesteśmy pierwszymi i najbardziej dbającymi o szukanie lekarstwa. Lecz tego środka nie można znaleźć w stawianiu wyzwania dla autorytetu Kościoła. Napisałem to Waszej Ekscelencji wielokrotnie. Nie wziąłeś pod uwagę moich słów” – mówił Paweł VI.

Wówczas Lefebvre zapytał papieża, czy jest świadomy faktu, że we Francji używa się co najmniej 14 kanonów modlitwy eucharystycznej. Na co Paweł VI odpowiedział: „Nie tylko czternaście, ale setki… Są nadużycia; ale dobro wniesione przez Sobór jest ogromne.

Nie chcę usprawiedliwiać wszystkiego; jak powiedziałem, staram się korygować, gdzie jest to potrzebne. Ale trzeba też jednocześnie przyznać, że dzięki Soborowi są też oznaki energicznej odnowy duchowej wśród młodzieży, zwiększenie poczucia odpowiedzialności wśród wiernych, księży i biskupów”.

Upadek Lefebvre’owskiego imaginarium

Z powyższego dialogu wyłania się obraz człowieka, któremu świat całkowicie się załamał. Nagle Rzym, który w czasach laickiej zawieruchy był dla niego pewnością i ostoją, okazał się kolebką chaosu.

Wizytatorzy negowali zmartwychwstanie Chrystusa, a aprobowali całkowity chaos liturgiczny i doktrynalny w zachodnich seminariach. Dla Lefebvre’a i ludzi o podobnej wrażliwości i spojrzeniu na katolicyzm jak on, mogło to być doświadczenie wręcz traumatyczne.

To, czego mógł doświadczać arcybiskup nie uważam za kwestię banalną. Nie da się tego zbyć – często podnoszonym przez przedstawicieli Kościoła otwartego tanim psychologizowaniem, jakbyo neurotycznie poszukiwał twardej, sztywnej tożsamości. Skala zmiany – jak pisał w swoim eseju poświęconym reformie liturgicznej Tomasz Dekert – była tak duża, że spokojnie można określić ją mianem traumy.

„Reformatorska zmiana zadziałała tu na podobieństwo wydarzenia traumatycznego i reakcji na nie. Terminów tych nie używam w sensie wartościującym, lecz metaforyczno-strukturalnym. Wydarzenie traumatyczne dotyka podmiot i wywołuje w nim szereg konsekwencji, przekonstruowując i determinując jego usposobienia, motywacje, stosunek do świata i samego siebie oraz generując konieczność uzasadnienia i zracjonalizowania całego tego nowego układu, włącznie z samym jego źródłem.

Trauma pozostaje czynnikiem aktywnym przez długi czas po samym wydarzeniu, które ją wywołało, kształtując zachowania i warunkując reakcje. Ta psychopatologiczna metafora nie ma się oczywiście odnosić do reakcji psychicznych poszczególnych wiernych, lecz obrazuje obiektywną reakcję Kościoła jako pewnego całościowego organizmu na radykalną zmianę jednego z jego konstytutywnych systemowych komponentów”.

Gwałtownie zmiany zaszły nie tylko w liturgii, ale również i przede wszystkim w podejściu do nowoczesnej kultury, do możliwości implikacji nauk społecznych do teologii czy podejściu do innych wyznań i religii. To mógł być wstrząs, to rzeczywiście mogła być trauma dla człowieka, który rdzeniem swej tożsamości uczynił pewną wersję katolicyzmu.

Jak mówił w jednym z kazań – nagle jest karany za obronę tego, co od młodzieńczych lat było wtłaczane mu do głowy jak fundament ortodoksji, zaś nadużycia piętnowane niegdyś jako wpływ liberalnego, zepsutego świata są traktowane ulgowo. Lefebvre mógł mieć wręcz poczucie odrealnienia niczym Józef K. w Procesie Kafki, który został aresztowany we własnym mieszkaniu.

Nie rozstrzygając więc, kto w tej sytuacji miał rację jeżeli chodzi o kwestie obiektywne, uważam, że Rzym wykazał się zbyt małą delikatnością w podejściu do sprawy Lefebvre’a jak i ruchu tradycjonalistycznego w ogóle. Wobec kontekstu tak gwałtownych cywilizacyjnych zmian należałoby zaproponować coś więcej, aniżeli stawiać na – w duchu Soboru Watykańskiego I – egzekwowanie twardego posłuszeństwa najwyższym władzom Kościoła.

Jednak uważam,  że Kościół nie znalazł się w kryzysie po Soborze Watykańskim II, lecz znacznie wcześniej. W tej kwestii to akurat tradycjonalistom zabrakło wrażliwości. To „czy” i „jak” dialogować ze światem było problemem, który trapił papieży już w XIX wieku. I – jak pokazałem – poszczególni biskupi Rzymu przyjmowali bardzo różne, często sprzeczne ze sobą postawy. Nie ma co się dziwić – utrata własnego państwa, jawna wrogość polityki wobec religii – to też było wydarzenie traumatyczne w znaczeniu opisanym przez dr. Tomasza Dekerta.

Mam więc nieodparte wrażenie, że konflikt tradycjonalistów z resztą Kościoła jest szukaniem kozła ofiarnego sekularyzacji dawnego Christianitas. Winnym tego zjawiska ma być Sobór Watykański II i pójście na kompromis ze światem – twierdzą „tradsi”. Winne sekularyzacji jest splątanie Kościoła z władzą, faryzeizm i odejście od autentycznego życia nauką Chrystusa – powiedzą zwolennicy SW II.

Obydwie tezy brane jako całościowe wyjaśnienie rzeczywistości są fałszywe. Winne nie jest – przynajmniej nie do końca – ani jedno, ani drugie. Świat zlaicyzował się, odrzucił Kościół i chrześcijaństwo, nie tylko „z winy” Kościoła. Z pewnością jest to dla katolicyzmu doświadczenie traumatyczne. Szukanie winnego nie ma specjalnie sensu. Zaś kierowanie agresji do wewnątrz  jako odpowiedź na „przemoc świata” jest błędem.

Zamiast oskarżać członków własnego „plemienia”, wykażmy się względem siebie większym zrozumieniem. Nie mamy monopolu na wizję tego, jak Kościół ma funkcjonować w świecie i dialogować np. z laickimi państwami. Wzajemne oskarżanie się różnych stronnictw i odsądzanie od czci i wiary z  pewnością nie pomoże w znalezieniu odpowiedzi.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.