Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Nostalgiczni hipokryci, uśmiechnięci troglodyci. O „Ojczyźnie” Pawła Pawlikowskiego

Nostalgiczni hipokryci, uśmiechnięci troglodyci. O „Ojczyźnie” Pawła Pawlikowskiego screen [z:] https://www.youtube.com/watch?v=Ny7JujsNhNc

W nostalgii Tomasza Manna jest wielka tęsknota Europy. Do własnego znaczenia, do decydowania o samej sobie, do swojego losu i misji. Tęsknota blednąca w oszałamiająco białym uśmiechu amerykańskiego agenta i zagłuszana przez pijacki bełkot sowieckiego troglodyty z trzema wykutymi na pamięć cytatami z „Fausta” w zanadrzu.

Tomasz Mann był kronikarzem końca. I to od samego początku, od Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny, jego powieściowego debiutu. Początek jest zasadą, istotą dzieła. I Mann był tej zasadzie posłuszny. Światy, które się skończyły, choć jeszcze o tym nie wiedzą.

Tancerze, podrygujący w rytm melodii, która dopiero co ucichła. Albo wędrowcy wśród nocy, w ostatniej chwili zatrzymujący się nad przepaścią, tylko po to, by spojrzeć w dół i wydać ostatni krzyk, zanim siły grawitacji ściągną ich w dół.

Mały Hanno Buddenbrook, ostatnia nadzieje starej, patrycjuszowskiej rodziny, dla którego jedyną nicią wiążącą go ze światem jest muzyka Wagnera. Scena, w której ma wygłosić okolicznościowy wiersz dla swojego ojca, ale nie jest w stanie wydobyć z siebie ani słowa.

Umalowany, przerażający w swojej śmieszności, wenecki gondolier. Hans Castorp, którego dopiero wielka wojna wyzwoliła od męki analizowania własnych przeżyć i rozterek. Mann nigdzie nie był większy i poetycko precyzyjny niż w takich postaciach i poruszeniach fabuły.

Jego powołaniem była Kasandra. Jego nastrojem – gęstniejący zmierzch. Jego tematem – ludzie, którzy wbrew rozsądkowi i godności człowieka, udają, że ich świat się jeszcze nie skończył.

Przewidział każdy z końców, poza własnym

Dopiero, kiedy to sobie uświadomimy, dotrze do nas, jak bezwzględnym filmem jest „Ojczyzna” Pawła Pawlikowskiego. Opowieść o Wielkim Pisarzu, Tomaszu Mannie, podróżującym po powojennych Niemczech śladami swego Wielkiego Poprzednika, Goethego.

Opowieść o człowieku, który wciela się w postać z własnych powieści. W kogoś, kto bardzo chce wierzyć, że świat, do którego przywykł, nadal istnieje, że chodzi jego drogami. A nawet więcej (tu Mann – postać, przebija Manna – pisarza), że dzięki sile jego słów tamten świat może zmartwychwstać.

Nostalgiczność tej podróży, z Zachodu na Wschód, z czułych objęć Amerykanów w kierunku otwierających się do gorącego pocałunku ust Sowietów – może wzruszać. Hipokryzja, jaka pozwala pisarzowi twierdzić, że oto odbywa wiekopomną, odmieniająca losy powojennych Niemiec pielgrzymkę, może, a nawet musi, irytować.

Pułapka losu”

Hipokryzja jest tu w ogóle bohaterem zbiorowym. Pawlikowski odnotowuje ją, pozwala przybierać twarze braci Wagner, wnuków kompozytora, proszących Manna, by „szepnął słówka tu i tam”, bo z niewiadomych względów powojenne Niemcy ociągają się z reaktywowaniem festiwalu w Bayreuth.

Albo aktora, byłego zięcia pisarza, zaprzedanego po same uszy niemieckiej propagandzie, wygłaszającego tonem niewinnego urwisa: „a co ja poradzę na to, że Goering tak mnie lubił?”. I jest tu coś więcej – coś, co także jest ścieżką, wyboistą i wąską, przez którą podróżuje po powojennych Niemczech Mann.

Stosunek do własnej przeszłości zamykający się w słowach: „ach, to co się wydarzyło było wielką tragedią”. Tragedią, rozumieją państwo, jak powódź albo uderzenie meteorytu. Lawiną, która nie wiadomo jak zeszła z gór, jednych ubrała w mundury SS, a drugich obozowe pasiaki. Siłą rozpędu, zbiorem okoliczności, ewentualnie – sytuacją bez wyjścia. Grecką tragedią, pułapką losu.

Jak z „Zwierzeniach Clowna” albo „Bilardzie o wpół do dziesiątej” Heinricha Bölla, najwybitniejszego siepacza niemieckiej, powojennej hipokryzji. No tak, stało SIĘ wiele złego. Życie jest teraz dużo trudniejsze niż przedtem, przed wypadkami, których nie ma co nazywać z imienia (a już broń Boże nazwiska).

Przechwałki przy kratkach konfesjonału

Mann przyjeżdża do Niemiec, żeby wygłosić serię przemówień, najpierw w części kraju zajętej przez Amerykanów, następnie w znajdującym się w sowieckiej strefie okupacyjnej Weimarze. I mówi o losie. O konieczności wzięcia na siebie odpowiedzialności za zadania podsuwane Niemcom przez historię.

Mówi w tonie, który znamy z jego powieści. Tonie kobiety, która klęcząc przy kratkach konfesjonału, zagryza wargi z niecierpliwości – tak bardzo chciałaby się już pochwalić przed kimś swoimi grzechami. Tonie pod tytułem: jesteśmy tak wielcy, że nawet nasze grzechy muszą być ogromne. Tytan może być niezgrabny, co nie odbiera mu prawa do wielkości.

W pierwszej części filmu opiekuje się pisarzem agent CIA, w drugiej – pułkownik NKWD. Jeden i drugi siedzą w pierwszych rzędach podczas wykładów Manna. Ich wzrok błądzi i mętnieje, starają się wychwytywać tylko pojedyncze, brzmiąca zachęcająco albo niebezpiecznie frazy.

A na końcu wstają i uderzają z rozpędem w dłonie. Niby klaszczą, a tak naprawdę dają podstarzałemu Mannowi po twarzy. A po wszystkim, na eleganckiej albo zakrapianej wódką i zagryzanej ogórkami kolacji, tłumaczą pisarzowi jak doskonale jego idee wpasowują się w budowaną przez nich rzeczywistość.

Jest też grupa małych komsomolców skandujących „Niech żyje nam Tomasz Mann, hurra, hurra, hurra”. – „To pana przyszli czytelnicy”, zapewnia noblistę politruk, co najwyraźniej jest dla niego trudniejsze do przełknięcia niż sowiecka wódka.

Tenże oficer polityczny, najwyraźniej niespełniony literat (jak oni wszyscy), namawia Manna do objęcia funkcji prezesa nowopowstającej, kulturalnej instytucji. Gdy ten wymawia się brakiem czasu, pada odpowiedź będąca sednem całej tej historii: Ależ nic nie będzie pan musiał robić. To funkcja czysto honorowa.

Daj nam swoje imię, nie słowa

Zrozum, Tomaszku, nikt z nas nie potrzebuje twoich przemówień ani książek. Ale masz imię, doskonale nadające się do wypisana na afiszu albo zamieszczenia w artykule. Chcemy twojego imienia. Wszystkie nagrody i wystąpienia, rozmowy i konferencje, prasowy – ach, kochany, naprawdę w to uwierzyłeś?

Nikogo tu nie interesuje, co masz do powiedzienia. Równie dobrze mógłbyś przez dwa tygodnie odczytywać kolejne strony książki telefonicznej. Klaskalibyśmy równie głośno. Ba! Jeszcze głośniej, bo przynajmniej rozumielibyśmy o co ci chodzi.

Chcesz oddać cześć Goethemu w miejscu jego śmierci? Doskonale? Tylko posuń się trochę w bok, tak żeby w kadrze zmieścił się pułkownik Tulpanow. Tak, ten sam, który zorganizował obóz dla wrogów socjalizmu w miejscowości o znajomo brzmiącej nazwie „Buchenwald”. Szerzej uśmiech, proszę. Idealnie.

Ojczyzną pisarza są jego książki. Ich znaczenie, ich misja i los. Nostalgia jest zawsze tęsknotą za utraconą Ojczyzną. Mann tęskni za tym, by jego słowa miały znaczenia. Żeby były dłutem, które wykuje z bezforemnej materii powojennych gruzów nowe Niemcy.

Tak sobie musiał myśleć: widziałem już tyle zakończeń, przewidywałem je i tłumaczyłem lepiej niż ktokolwiek. A teraz, pod mój własny koniec, pokażę wam, że potrafię też zaczynać. Jak bokser, który po przejściu na emeryturę wymyślił sobie, że zostanie łyżwiarzem figurowym.

Romans bez miłości

Ale w nostalgii Manna jest też wielka tęsknota Europy. Do własnego znaczenia, do decydowania o samej sobie, do swojego losu i misji. Tęsknota blednąca w oszałamiająco białym uśmiechu amerykańskiego agenta i zagłuszana przez pijacki bełkot sowieckiego troglodyty z trzema wykutymi na pamięć cytatami z „Fausta” w zanadrzu.

Kiedy wracaliśmy z żoną do domu z kina, rozmawialiśmy o tym, że, cholera, czegoś tu zabrakło. Że „Ojczyzna” to jak romans z kochankami, tyle, że bez miłości. Kryminał ze zbrodnią, ale bez śledztwa. Jakby w tej gitarze zabrakło kilku strun.

Nie tyle, że fałszuje, co pomija jakiś fragment melodii. I nie dawało mi to spokoju aż do chwili, w której zrozumiałem, że to jest właśnie temat. Brakujący element. Brak, pauza, tęsknota tak mocna, że aż nie można o niej mówić. Tęsknota za losem, który wciąż będzie w moich rękach. Za słowem, które się w tym losie odciśnie. Za decyzją, jaka za nim nadąży.

Stracić swój los, to jak zostać wygnanym z Ojczyzny.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.