Konflikt o „bohaterów UPA” to wina Ukrainy. Ale Kijów i tak jest na nas skazany
Wołodymyr Zełeński zafundował światu lekcję nt. zbrodni wołyńskiej oraz ciemnej strony historii UPA. Media na całym świecie – od Berlina przez Cypr po Afrykę – opisywały kontekst najnowszych napięć. W licznych językach świata powielona została zbitka „odpowiedzialni za śmierć ponad 100 tysięcy Polaków, głównie kobiet i dzieci”. Wizerunkowo to zatem nie my, a Ukraina spektakularnie strzela sobie w kolano.
Sprawa nadania Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Zbrojnych Ukrainy miana „Bohaterów UPA” oraz idące za nią kolejne kroki eskalacyjne wywołały po obu stronach granicy wzburzenie.
W Polsce wiele osób, w tym aktywnie zaangażowanych w pomoc naszym wschodnim sąsiadom, poczuło się osobiście urażonych ruchem Ukraińców. W ten ogólnopolski szok próbuje się wpisać wielu narratorów.
Z ostatnich szuflad i dziur w podłodze wychodzą, ledwie przepasani „egoizmem narodowym”, Ukrainożercy. Głośne jeremiady wygłaszają również, co ciekawe, tzw. „realiści”. Witold Jurasz ogłasza śmierć polityki wschodniej, a Marek Budzisz koniec idei Międzymorza.
Ich śladem idą więksi radykałowie, głoszący upadek i wiszące nad nami widmo katastrofy. Chciałoby się powiedzieć za memem „patrz Bożenko, jeszcze tylko przegrana wojna, ucieczka rządu, okupacja i kolejne dekady upokorzeń”.
Jak już pisałem w jednym ze swoich tekstów, historyczne doświadczenie niebytu wywołuje u nas lękliwą potrzebę niezdrowego perfekcjonizmu. Zabawnie się ogląda, jak osoby uchodzące za narodowych nauczycieli realizmu w polityce międzynarodowej, nagle zaczynają głosić coś dokładnie przeciwnego.
Jakby uwierzyli, że to nie obiektywne czynniki, a wola polityczna i zdolności retoryczne kierują polityką. Wiadomo przecież, że „w tym kraju” to się nie da, zaś w „każdym normalnym państwie” to jest inaczej. I w ogóle to znowu pokazujemy emocjonalność i jesteśmy „Irokezami Europy”, „polnische wirtschaft” pełną gębą.
Nic nadzwyczajnego się nie stało
Weźmy jednak kilka oddechów i zastanówmy się, co właśnie obserwujemy. Otóż jest to najnormalniejsze na świecie zjawisko, kryzys w relacjach dwóch państw. Świat nie jest doskonały, ludzie nie są pozbawieni emocji, a polityka międzynarodowa nie dzieje się jedynie poprzez zimne i technokratyczne ustalenia dyplomatów.
Na tym etapie warto jednak obalić kilka mitów. W przestrzeni pojawia się oskarżenie o emocjonalną reakcję strony polskiej, eskalację oraz niedojrzałość w obliczu wyzwań na wschodzie. Jednak patrząc na chłodno, ten obraz wygląda ciut inaczej.
Na atak w sferze dyplomatyczno-historycznej odpowiedzieliśmy podobnym gestem. Wbrew wielu krzykaczom ani nie „rozpoczęliśmy remontu Jasionki”, ani nie wstrzymaliśmy pomocy wojskowej dla Ukrainy.
Z punktu widzenia Zachodu przedstawiamy się jako przewidywalny i wiarygodny partner, który realizuje twarde zobowiązania, ale nie pozwala na ataki na poziomie symbolicznym. To Ukraina w sposób niezrozumiały uderza nagle w swojego najwierniejszego sojusznika.
Po drugie, próba storpedowania konferencji odbudowy Ukrainy w Gdańsku nie jest wynikiem wyłącznie obecnej afery. Eskalacja, którą widzimy, jest raczej częścią obserwowanego już od jakiegoś czasu dystansowania się strony ukraińskiej od nas.
Tutaj dochodzimy do trzeciego mitu. Orientacja rządu ukraińskiego na zachodnich partnerów takich jak Niemcy, Francja, Holandia czy Wielka Brytania nie jest wynikiem naszych błędów dyplomatycznych.
Oczywiście, że należało i należy budować relacje, think-tanki i fundacje, ale nawet najlepsza dyplomacja nie zastąpi obiektywnych czynników. Jak już też pisałem, nie jesteśmy w stanie rywalizować z Berlinem czy Paryżem na ich zachodniość ani głębokość kieszeni.
Grupa WB, gdyńska APS oraz wiele polskich mniej znanych firm pracuje na Ukrainie, zbiera doświadczenia i współpracuje, ale naprawdę duże fabryki dronów powstają w Niemczech, Holandii czy Wielkiej Brytanii.
To tam zakumulowany jest kapitał i know-how. Firma Fire Point rozmawia z Niemcami o kooperacji, bo na wczoraj potrzebuje gotowych rozwiązań związanych z naprowadzaniem, żeby ulepszyć pociski Flamingo.
Strategicznie nic się nie zmieniło
Mimo tego, na poziomie strategicznym stoimy dokładnie tam, gdzie miesiąc temu. Armia Federacji Rosyjskiej jest daleko za Dnieprem, ugrzęzła w wojnie. Nie jest przez to w stanie całkowicie podporządkować sobie Białorusi, a Ukraińcy systematycznie i coraz skuteczniej eliminują dostępne Kremlowi siłę żywą, sprzęt oraz zdolności gospodarcze.
Najważniejszy cel polityki wschodniej możemy zatem uznać za pomyślnie zrealizowany. Ukraina się obroniła, a my niemal siłą wepchnęliśmy Europę Zachodnią w rywalizację z Moskwą. Szerokim strumieniem płyną do Kijowa już nie Javeliny i hełmy, a nowoczesny sprzęt wojskowy, narzędzia AI i ogromne pieniądze.
Za niemieckę kasę ukraińscy żołnierze strzelają do Rosjan. Czy mogło nam się przytrafić coś lepszego? Jako Polska dalej się rozwijamy, a zyskany czas wykorzystujemy do wzmocnienia się militarnego oraz gospodarczego.
Na tę chwilę może się wydawać, że „przegraliśmy Ukrainę” i „znowu nas ograli”. Sęk w tym, że dalej leżymy tam, gdzie leżymy. Bez Polski dalsze wsparcie Ukrainy – nie wspominając o jej odbudowie – jest po prostu niemożliwe.
Podobnie rzecz ma się z postawą państw zachodnich. Na dzisiaj wspierają Ukrainę, ale nie wiemy, co się stanie po serii wyborów w Europie. Mamy stałe i strukturalne interesy, które łączą nas z Kijowem – graczem słabszym od nas choćby gospodarczo.
Nawet Petro Poroszenko zwraca uwagę na to, że to Polska jest w Unii i NATO. Warszawa będzie zatem musiała wyrazić (lub nie) zgodę na włączenie Ukrainy do struktur świata zachodniego. Rząd ukraiński, ten czy inny, będzie zmuszony wreszcie do nas przyjść, i wtedy przyjdzie czas na wystawienie rachunku.
Narracyjne zwycięstwo
Mimo tego, że dotychczas pokazaliśmy się jako wiarygodny partner, to okazało się, że Wołodymir Zełeński zafundował światu lekcję nt. zbrodni Wołyńskiej oraz ciemnej strony historii UPA. Media na całym świecie – od Berlina przez Cypr po Afrykę – opisywały najnowsze napięcia.
Gazety i portale, nie stając po żadnej ze stron, pokazywały kontekst, czyli polskie wsparcie dla Ukrainy w początku wojny, oraz fakt nazwania jednostki wojskowej imieniem UPA. W licznych językach świata powielona została zbitka „odpowiedzialni za śmierć ponad 100 tysięcy Polaków, głównie kobiet i dzieci”.
Żeby było ciekawiej naszym nieoczekiwanym sojusznikiem stała się społeczność żydowska przypominająca o współpracy UPA z Niemcami i ich udziale w Shoah. Wizerunkowo to zatem nie my, a Ukraina spektakularnie strzela sobie w kolano.
Chłodna głowa
Oczywiście cała sprawa ma mnóstwo kosztów i strat towarzyszących. Największym zagrożeniem jest nasza potencjalna małość. Najgłupszym, co teraz jako społeczeństwo możemy zrobić, to zacząć wyżywać się za głupotę polityczną Zełeńskiego na Bogu ducha winnych Ukraińcach mieszkających w Polsce.
To byłaby prawdziwa tragedia, jeżeli zrazilibyśmy do siebie najlepszą możliwą do wyobrażenia mniejszość w naszym kraju.
Setki tysięcy Ukraińców z nami pozostaną, dlatego nie możemy sobie pozwolić na wpychanie ich w getto oraz zabawę w samospełniającą się przepowiednię o problematycznych cudzoziemcach.
Z obecnej sytuacji należy wyciągnąć wnioski. Gdy emocje opadną, to będzie trzeba usiąść i przeprowadzić wiele ciężkich rozmów. Pokazaliśmy partnerom znad Dniepru, że nad tematem Wołynia nie da się przeskoczyć oraz,że nie damy się traktować per but.
Do budowania Międzymorza czy jakiejkolwiek formy ładu jagiellońskiego nie są potrzebne uczucie silnej miłości, a raczej świadomość wspólnych interesów i szacunek partnerów. Tak jak historia wielu kolejnych unii pomiędzy Koroną a Litwą nie była usłana różami, (żeby tylko wspomnieć grę Witolda o koronę) tak samo Piłsudski nie rozmawiał z Petlurą z naiwną wiarą w przyjaźń między narodami.
Piszę te słowa bez satysfakcji, raczej z głębokim smutkiem opartym na mojej sympatii do Ukraińców i Ukrainy. Kiedy wojna się skończy, to nie Polska, a zachodni partnerzy pokażą Kijowowi, że nie jest żadnym „Antemurale” ani drugą armią NATO, tylko najbiedniejszym państwem Europy, mającym do spłacenia więcej niż kilka kredytów.
Na koniec dnia to nie Francja czy Niemcy, a Polska będzie sąsiadowała z Ukrainą i nieskończenie lepszym scenariuszem jest dla nas wariant, w którym jest ona państwem bezpiecznym i rozwijającym się, a nie nowymi „Dzikimi Polami”.
Podobnie korzystniejsza dla nas jest jej niezależność od Moskwy i obrona swojej niepodległości. W naszych roznieconych emocjach i pokusie do odczuwania schadenfreude musimy o tym pamiętać.
Jednak Ukraina i Ukraińcy muszą być świadomi, że to, co dla nas jest jedynie sprzyjającą okolicznością, dla nich jest żywotnym interesem – i to im powinno bardziej zależeć. Jak płonie ci dom, to nie obrażasz sąsiada który pomaga ci go gasić, bo to najpierw twoja chałupa spłonie, a dopiero potem ewentualnie jego.
Paradoksalnie to dobrze, że wybuchła ta afera. Dzięki skutecznemu jej przezwyciężeniu będziemy mogli zbudować bardziej dojrzałe stosunki między nami a Ukraińcami. Bo trwałe relacje nie opierają się na motylach w brzuchu, tylko na rozmowie. A że czasem przed wyłożeniem sobie nawzajem racji ucierpieć musi zastawa stołowa… Życie.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
