Czy Dawid Kacprzyk odpowiada za śmierć ludzi? Tej prawdy szybko nie poznamy
Afera w Szpitalu Południowym okazała się znacznie poważniejsza, niż mogło się wydawać. Gdy niedawno pisałem o patologii partyjnych młodzieżówek, myślałem raczej o cwaniactwie i karierowiczostwie. Dziś pojawiają się jednak informacje o zaniedbaniach, których konsekwencją mogła być śmierć pacjentów. Jeśli zarzuty się potwierdzą, sprawa może stać się dla rządu kryzysem, z którego trudno będzie się podnieść.
Wywiad, którego dr Emil Jędrzejewski udzielił wczoraj Krzysztofowi Stanowskiemu, zupełnie zmienia dynamikę i – przede wszystkim – ciężar tej sprawy. Zamiast dyskusji o wyłudzeniu i politycznych koneksjach, rozmawiamy o niekompetencji tak poważnej, że prowadzącej do śmierci pacjentów.
Oczywiście dziś nie sposób jednoznacznie stwierdzić, czy to, co mówił były ordynator oddziału chirurgii w stołecznej placówce, jest prawdą. Niewątpliwie jednak dr Jędrzejewski musiał zdawać sobie sprawę, że sformułowanie tak poważnych oskarżeń na antenie popularnej stacji, pod nazwiskiem, to droga z dwoma scenariuszami finału. Albo skazany zostanie Dawid Kacprzyk, albo on. Pytania mnoży też fakt, że pan doktor nie powiadomił prokuratury o informacjach, jakie posiadał.
Z drugiej strony – krew w żyłach mrożą słowa Łukasza Jankowskiego, prezesa Naczelnej Izby Lekarskiego, który w Kanale Zero powiedział: „Z informacji, które posiadam, wynika, że przynajmniej część zarzutów, które stawia pan doktor, jest potwierdzona przez innych lekarzy, a do tego dochodzą jeszcze te zarzuty, które pojawiły się w tej chwili”.
To o tyle istotne, że trudno w takiej sytuacji zdezawuować zarzuty Jędrzejewskiego, mówiąc, że to opinia jednego lekarza, w dodatku – według doniesień medialnych – skonfliktowanego ze szpitalem. Skoro szef samorządu lekarskiego kładzie w ten sposób na szali swój autorytet, to ufam, że nie rzuca słów na wiatr.
Patrząc na historię polityczną III RP, można z dużym prawdopodobieństwem przewidzieć, co wydarzy się dalej. Miną długie miesiące, a być może nawet lata, zanim poznamy pełną prawdę. Afera reprywatyzacyjna wybuchła w 2016 roku. Do dziś nie wyjaśniono wszystkich jej okoliczności, a pierwszą osobą prawomocnie skazaną w związku z tą sprawą był Jan Śpiewak – człowiek, który ją nagłośnił.
W oczekiwaniu nierychłe potwierdzenie, jak dokładnie wygląda w tej sprawie prawda, nie da się nie spojrzeć na nią z politycznego punktu widzenia. Politycy Koalicji Obywatelskiej de facto od początku tej sprawy nie bardzo wiedzą, co powiedzieć.
Kibole w rodzaju Romana Giertycha czy Bartosza Arłukowicza oczywiście grały starą i nudnawą melodię w duchu: „Stanowski-PiS-owiec”, ale jednocześnie zarząd szpitala został odwołany, Kacprzyk stracił pracę oraz partyjną legitymację i chciał oddać część z zarobionych pieniędzy.
Choć przelew zwrócono z powodu niemożności zaksięgowania, to ewidentnie w KO uznano, że jest to afera, którą bez ostentacji należy przynajmniej częściowo rozliczyć, jednocześnie mówiąc radykałom to samo, co zawsze, czyli „Stanowski-Słowik-PiS-owcy”.
No ale słowa dr. Jędrzejewskiego zmieniają postać rzeczy. Europoseł Arłukowicz, który jeszcze niedawno insynuował byłemu ordynatorowi chirurgii różne historie w iście Lepperowskiej formule „ja tylko pytam”, dziś w „Rzeczpospolitej” uderzał w szeryfowe tony.
„Jeśli jest prawdą to, co mówi Jędrzejewski – że wskutek działań Kacprzyka ktoś poniósł śmierć – to rozmawiamy o bardzo poważnych sprawach i tu już nie ma miejsca na żadną politykę” – oznajmił w rozmowie z Jackiem Nizinkiewiczem. Eurodeputowany KO przygotował tym samym grunt pod ostrą reakcję Donalda Tuska, do której – sądzę – musi w najbliższym czasie dojść.
Gdy do gry wszedł temat ludzkiego życia, nie sposób liczyć na to, że zaczną się wakacje, opinia publiczna zapomni o temacie i będzie po staremu. Ta sprawa tak czy siak będzie żyć swoim życiem, więc należy się spodziewać, że premier uzna ją za „przykrą”, nagra srogą rolkę, innymi słowy – jak to ma w zwyczaju – „wścieknie się”. To, jaką gniew kierownika przybierze formę, niebawem się okaże.
Nawiasem mówiąc, symptomatyczne jest to, że tak gigantyczną aferę (nie pierwszy raz) ujawnił Patryk Słowik – dziennikarz-symetrysta, który przez lata pracował w mediach (dawnego) mainstreamu. Nie uczynili tego zaś najbardziej nagrzani przeciwnicy rządu Koalicji 15 Października z Telewizji Republika czy mediów braci Karnowskich.
Sakiewicz i Karnowscy dużo mówią o złu Tuska, ale jedyne, co potrafią zrobić, to przygotować wrzeszczącą (i niejednokrotnie obrzydliwą) okładkę albo napisać 15 raz ten sam tekst o niczym. Gorzej z ujawnianiem prawdziwych skandali – niezależnie od finału sprawy Dawida Kacprzyka.
To, co wiemy dziś na pewno, to że zarzuty o tym kalibrze, sformułowane wobec człowieka o jasnych politycznych afiliacjach, rozniecą naszą i tak rozgrzaną do czerwoności debatę publiczną. Kwestią czasu jest, kiedy pojawią się spoty opowiadające o Dawidzie Kacprzyku jako „doktorze śmierci z KO” i osobistej odpowiedzialności Donalda Tuska za śmierć pacjentów z warszawskiego SOR-u.
Przewodniczący KO zapewne nie pozostanie dłużny i również podostrzy, strasząc „PiS-owsko-braunowskim faszyzmem” i końcem demokracji. W ten sposób wejdziemy w kampanię wyborczą 2027 roku.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
