Liberalizm w Polsce nie umarł. Prawica przedwcześnie pisze nekrolog
Konstanty Pilawa przedwcześnie wieszczy śmierć liberalizmu w rodzimym wydaniu. Obóz liberalno-centrowy nie wygląda dziś jak formacja martwa. Nadal posiada realną władzę polityczną, silne zaplecze medialne, wpływy w samorządach, biznesie, środowiskach eksperckich, akademickich i prawniczych, a także wsparcie instytucji europejskich. To nie są zasoby trupa, tylko formacji, która utraciła dawną pewność siebie, ale wciąż potrafi blokować, delegitymizować i opóźniać prawicową alternatywę.
Pilawa zaczyna swój esej od trafnej intuicji, że epoki nie zawsze kończą się hukiem. Czasem kończą się ciszej – przez utratę wiary. To bardzo dobre rozpoznanie.
Rzeczywiście, w polskiej polityce wyczerpuje się język, który przez dekady ustawiał ramy debaty publicznej. Liberalizm transformacyjny nie rozstrzyga już bez oporu co jest normalne, rozsądne, europejskie, nowoczesne, odpowiedzialne i moralnie dopuszczalne. Dawny mechanizm dyscyplinowania społeczeństwa za pomocą medialnych, akademickich i moralnych autorytetów coraz częściej budzi już nie respekt, lecz wzruszenie ramion.
Kolejny etap tej diagnozy budzi jednak moje wątpliwości. Pilawa mówi o śmierci liberalizmu. Moim zdaniem liberalizm nie umarł – on się przepoczwarza. Jest to różnica zasadnicza. Śmierć sugeruje koniec sprawczości, wyczerpanie instytucji, rozpad zaplecza społecznego i definitywną zmianę epoki.
W tej metaforze wyczuwam klimat dziejowej szansy dla prawicy: oto stary porządek kona, wystarczy więc przygotować się do przejęcia miejsca po nim.
Byłby to jednak błąd samozadowolenia. Obóz liberalno-centrowy nie wygląda dziś jak formacja martwa. Nadal posiada realną władzę polityczną, silne zaplecze medialne, wpływy w samorządach, biznesie, środowiskach eksperckich, akademickich i prawniczych, a także wsparcie instytucji europejskich.
To nie są zasoby trupa, lecz formacji, która utraciła dawną pewność siebie, ale wciąż potrafi blokować, delegitymizować i opóźniać alternatywę.
Liberalizm po polsku
Najpierw trzeba doprecyzować, o jakim liberalizmie mówimy. Nie chodzi tu o liberalizm jako całą tradycję filozoficzną, prawną czy ekonomiczną. Chodzi o polski liberalizm transformacyjny, czyli lokalną hybrydę wolnego rynku, europeizacji, konstytucjonalizmu, pedagogiki elit, mediów opiniotwórczych i instytucjonalnej przewagi obozu III RP. Friedrich Hayek był jednym z patronów tej opowieści, ale nie stanowił jej pełnego opisu.
Do najtrwalszych rdzeni liberalizmu tradycyjnie należała nieufność wobec arbitralnej władzy. W języku prawa publicznego można tę intuicję opisać przez Jellinkowski status negativus, a więc sferę ochrony jednostki przed państwem. W języku filozofii politycznej Isaiah Berlin nazwałby ją wolnością negatywną – wolnością od przymusu i zewnętrznej ingerencji.
Hayek dopowiedziałby do tego wymiar instytucjonalny: nieufność wobec centralnego planisty, rządy ogólnych reguł oraz przekonanie, że wiedza społeczna jest rozproszona, a porządek nie musi być produktem jednego centrum.
Pilawa rekonstruuje liberalizm III RP przez kilka zasad: wolność negatywną, prawo niezależne od bieżącej polityki, spontaniczny porządek, nieufność wobec odgórnej sprawiedliwości społecznej i detronizację polityki. Problem nie polega na tym, że te punkty nie są liberalne – oczywiście są. Należałoby jednak zadać pytanie, czy współczesna Polska rzeczywiście była ich konsekwentnym wcieleniem.
Miała być wolność jednostki od arbitralnej władzy. W praktyce coraz częściej wychodziła wolność aparatu od obywatelskiej kontroli. Instytucje, które miały chronić obywatela przed przemocą polityki, zaczęły same przedstawiać obywatelską wolę jako zagrożenie.
Posługiwano się etykietami takimi jak „niedojrzałe społeczeństwo”, „populizm”, „ciemny lud”, „nieodpowiedzialni wyborcy” czy „plebiscytowe emocje”. Wolność, która miała chronić jednostkę przed władzą, z czasem zaczęła chronić władzę przed wyborcą.
Miały być rządy prawa ograniczające arbitralność. W praktyce zbyt często pojawiała się nietykalność środowisk, które same siebie utożsamiły z praworządnością. W Hayekowskiej idea rządów prawa nie chodzi o to, by korporacja prawników mówiła społeczeństwu: „my rozumiemy, a wy nie rozumiecie, więc macie milczeć”.
Prawo ma być ogólne, stabilne i przewidywalne. Polskie prawo bywało natomiast zmienne, skomplikowane, asymetryczne wobec zwykłego obywatela i zrozumiałe głównie dla tych, którzy żyli z jego obsługi i umieli się w nim poruszać.
Miał być spontaniczny porządek społeczny. W praktyce jednak polski liberalizm transformacyjny najchętniej uznawał spontaniczność rynku. Przedsiębiorczość była dobra, konkurencja była dobra, cena była mądra, a konsument wiedział, czego chce. Prywatna inicjatywa miała być skuteczniejsza niż urzędniczy plan.
Jednak gdy podobną logikę próbowało się zastosować do społeczeństwa jako wspólnoty, zaufanie szybko się kończyło. Rodzina, religia, naród, prowincja, lokalny obyczaj i ludowa forma polskości stawały się materiałem do modernizacyjnej korekty. W tym miejscu rozproszona wiedza społeczeństwa przestawała być cnotą, a zaczynała być problemem.
Miała być nieufność wobec odgórnie projektowanej sprawiedliwości społecznej. W praktyce często wychodziło samozadowolenie zwycięzców transformacji. Hayekowska krytyka centralnie projektowanej sprawiedliwości bynajmniej nie musi oznaczać ślepoty na realne koszty społeczne, upokorzenie i nierówny start.
Miała być detronizacja polityki. W praktyce władza nie zniknęła, tylko rozrosła się, umiędzynarodowiła i zmieniła kanały. Przeniosła się do środowisk eksperckich, prawniczych, mediów, instytucji europejskich, języka standardów i klasy symbolicznej.
Dlatego nie przekonuje mnie teza, że w Polsce skończył się liberalizm Hayeka. On nigdy nie został tu konsekwentnie zbudowany. Powstała raczej osobliwa hybryda: trochę wolnego rynku, niemało inteligenckiej pedagogiki, sporo konstytucyjnego moralizmu, dużo europejskiego imitacjonizmu i niemal niezachwiana klasowa pewność, że społeczeństwo trzeba prowadzić za rękę ku nowoczesności.
Zamiana szyldu
To nie obala diagnozy Pilawy. Przeciwnie – czyni ją ciekawszą. Zresztą Pilawa, w odpowiedzi na mój komentarz, sam trafnie nazwał ten paradoks „Hayekiem bez zaufania do społeczeństwa” i liberalizmem wdrażanym nieliberalnymi narzędziami pedagogicznymi.
Pokazuje to, że polski liberalizm transformacyjny był od początku czymś innym niż czystym hayekizmem: wolnym rynkiem bez republikańskich cnót, europeizacją bez pogłębionej rozmowy o politycznej podmiotowości i nowoczesnością bez cierpliwości do ludzi, którzy nie chcieli być jedynie materiałem do modernizacji.
Skoro tak, to polski liberalizm transformacyjny nie był wyłącznie zbiorem przekonań. Był kodem przynależności do nowego porządku. Pod tym samym szyldem mogli spotkać się dawni ludzie systemu szukający nowej legitymizacji, część opozycji szukająca języka modernizacji, nowy biznes poszukujący moralnego uzasadnienia szybkiego awansu, media, prawnicy i eksperci budujący nową pozycję społeczną.
Taki liberalizm transformacyjny był dla tych grup techniką konwersji statusu. Dawny kapitał instytucjonalny, towarzyski, ekspercki, medialny czy administracyjny można było przepisać na nowy język rynku, Europy i końca historii. Wczoraj ktoś mógł mówić o planie, postępie, konieczności dziejowej i racjonalności gospodarki socjalistycznej. Jutro mógł opowiadać o rynku, integracji europejskiej, modernizacji i racjonalności reform.
Nie zawsze wymagało to zmiany odruchu wobec władzy. Czasem wystarczyła zmiana słownika, którym tę władzę uzasadniano.
Człowiek dawnego aparatu mógł stać się człowiekiem europejskiej modernizacji. Beneficjent ciągłości mógł wystąpić jako strażnik reguł. Karierowicz mógł zostać ekspertem. Zwykła przewaga społeczna mogła zostać nazwana kompetencją. Właśnie dlatego pytanie, kto naprawdę był liberałem, szybko robi się kłopotliwe.
Nominalni liberałowie potrafili zwiększać fiskalny apetyt państwa, a postkomunistyczna lewica potrafiła wprowadzać rozwiązania bardziej wolnorynkowe niż partie noszące liberalizm na sztandarach. To pokazuje, że „liberalizm” w III RP często działał mniej jako konsekwentna doktryna, a bardziej jako szyld cywilizacyjnej przynależności.
Walka o byt
Jeśli liberalizm był w Polsce nie tylko wiarą, lecz także szyldem wejścia do nowego porządku, jego dzisiejsze porzucanie nie musi być zdradą. Może być kontynuacją metody. Szyld, który służył do wejścia w system, można wymienić, gdy zaczyna przeszkadzać.
Formacja, która traci dawną metafizykę, niekoniecznie słabnie. Czasem staje się mniej skrępowana. Nie musi już dowodzić, że jej projekt jest wewnętrznie spójny. Wystarczy, że będzie skuteczna. Z prawicy może brać bezpieczeństwo, z lewicy redystrybucję, z centrum normalność, z Unii język standardów, z biznesu pieniądze, z technologii narzędzia, a z wyborców lęk przed alternatywą.
Tu jednak chodzi o coś więcej niż zwykłą elastyczność polityczną. Utrata dawnej hegemonii oznacza nie tylko zmianę nastroju społecznego, lecz realne zagrożenie pozycji.
Jeśli społeczeństwo przestaje wierzyć w język, który przez lata legitymizował tę formację, zagrożone stają się jej miejsca w instytucjach, mediach, sądach, uczelniach, samorządach, organizacjach eksperckich i sieciach wpływu. To nie jest abstrakcyjny spór o idee. To jest spór o byt.
Właśnie dlatego nie należy oczekiwać spokojnego zejścia ze sceny. Formacja, która traci monopol na normalność, będzie broniła nie tylko własnych haseł, lecz także pozycji, prestiżu, kanałów wpływu i prawa do rozstrzygania, kto mieści się w granicach demokracji, Europy i rozsądku.
Przepoczwarzenie
Dla prawicy to rozróżnienie ma zasadnicze znaczenie. Nie wystarczy czekać, aż stary porządek sam się rozpadnie. Trzeba zrozumieć, że może on porzucić dawny język, zmienić szyld i nadal zachować zdolność blokowania alternatywy.
Dlatego wstrzymałbym się jeszcze z pisaniem nekrologu liberalizmu. Umarła raczej jego niewinność oraz przekonanie, że liberalne centrum jest naturalnym właścicielem i dysponentem nowoczesności, a społeczeństwo ma tylko dojrzeć do jego języka.
Sam obóz liberalno-transformacyjny nie musi umrzeć razem z tą opowieścią. Może przestać być wiarą, a zostać aparatem. Może nie przekonywać już, że ma rację. Wystarczy, że będzie przekonywał wystarczająco wielu ludzi, że alternatywa jest niedopuszczalna.
To nie jest śmierć liberalizmu. To raczej jego przepoczwarzenie z doktryny wolności w mechanizm obrony własnego porządku.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
