Angielscy hydraulicy przenoszą się do Polski? Oto skutki migracji do Wielkiej Brytanii
Keir Starmer rezygnuje z urzędu. Dla obserwatorów brytyjskiej polityki nie jest to zaskoczenie, jako że saga wokół odejścia premiera Zjednoczonego Królestwa ciągnęła się już od kilku miesięcy. Oprócz przyczyn bezpośrednich takich jak skandal wokół nominacji ambasadorskiej Petera Mandelsona, do decyzji przyczyniło się poczucie braku sprawczości lidera Partii Pracy, jak również powoli gotujące się niezadowolenie społeczne wokół imigracji na Wyspy. Ironią tej ostatniej kwestii jest fakt, że choć rząd Starmera zrobił dużo, aby naprawić błędy poprzedników w tym zakresie, to jednak między innymi na niego spadła polityczna odpowiedzialność za niedawne przypadki brutalnej przemocy z udziałem migrantów.
Choć śmierć Henry’ego Nowaka czy niedoszłe morderstwo białego mężczyzny w Belfaście z rąk azylanta z Sudanu i następujące wskutek tego wydarzenia zamieszki obiły się szerokim echem w mediach poza Zjednoczonym Królestwem, to nie były to wyjątki, jeśli chodzi o historie związane z przestępczością wśród migrantów. Na przestrzeni ostatniego roku było ich znaczenie więcej.
Wśród innych można wymienić raport baronessy Casey z 2025 roku w sprawie systemowego rozmywania pakistańskiego pochodzenia członków zorganizowanych grup przestępczych oskarżanych o molestowanie dziewczynek. BBC tworzyło reportaże o siatkach przemytniczych organizujących przerzuty nielegalnych imigrantów przez Kanał Angielski.
Dzięki dziennikarskim śledztwom wyszła też na jaw skala procederu sprzedaży kontrabandy i prania brudnych pieniędzy, dziejącego się za ladami niepozornych imigranckich sklepików i salonów fryzjerskich, które jak grzyby po deszczu wyrastają na głównych ulicach prowincjonalnych brytyjskich miasteczek.
Poczucie marazmu i bezradności państwa wobec problemów rodzi frustrację i wzrost radykalnych nastrojów politycznych. Hasło „Britain is broken” przewijało się manifeście, który w styczniu 2026 opublikował Robert Jenrick, prawa ręka liderki Partii Konserwatywnej.
Manifeście, w którym Jenrick ogłaszał przejście do Partii Reform Nigela Farage’a, cieszącej się – według sondaży z pierwszej połowy czerwca 2026 – najwyższym poparciem społecznym, od 5 do 10 punktów procentowych wyższym od rządzącej Partii Pracy.
Migracja jest niewątpliwie w centrum debaty politycznej i to pomimo faktu, że zgodnie z oficjalnymi statystykami rząd ograniczył ją aż o ponad 50% między grudniem 2024 a grudniem 2025 i aż o 82% względem szczytu w 2023 roku.
Choć Keir Starmer miał na sumieniu wiele różnych przewinień i niedociągnięć, a kreowany na jego następcę burmistrz Manchesteru Andy Burnham zwraca uwagę przede wszystkim na brak sprawczości ustępującego premiera, to jednak nie sposob jest zrozumieć kulisy dzisiejszej rezygnacji premiera bez wglądu w szerszy krajobraz migracyjny Zjednoczonego Królestwa Anno Domini 2026.
Należy zadać sobie pytanie, skąd bierze się przekonanie, że „Wielkiej Brytanii już nie ma”, które winduje słupki poparcia dla Nigela Farage’a i przyczynia się do zatopienia rządu dysponującego ogromną większością w parlamencie.
Boris wave
Cofnijmy się na chwilę do 23 czerwca 2016 roku – dnia, w którym nieznaczna większość Brytyjczyków przechyliła szalę na rzecz opuszczenia Unii Europejskiej. Oprócz popularnych haseł o redukcji brukselskiej biurokracji, wielu wyborcom towarzyszyło pragnienie ograniczenia liczby migrantów z Europy Środkowo-Wschodniej, którzy trafili na Wyspy po rozszerzeniu Wspólnoty w 2004 roku.
Pod wpływem pojawiających się tu i ówdzie antyimigranckich nastrojów rzeczywiście wielu mieszkańców UE zdecydowało się na powrót do swoich krajów. Ilustracją tego procesu może być sytuacja Polaków, których liczba na Wyspach zmniejszyła się od czasu referendum brexitowego o około 200-250 tys.
W połowie 2021 roku po raz pierwszy od wielu lat z Wielkiej Brytanii wyjechało więcej obywateli Unii Europejskiej, niż się w niej osiedliło, co pokazuje poniższy wykres.

Wykres: Saldo migracji do Zjednoczonego Królestwa według narodowości; źródło: www.gov.uk.
Ujemne saldo migracji unijnych nie oznaczało jednak bynajmniej spadku imigracji do Zjednoczonego Królestwa. Wprost przeciwnie – kraj opierający się na pracy zagranicznych przybyszów musiał zrekompensować utratę Europejczyków przyjęciem imigrantów z innych części świata.
Polityka otwartych po cichu drzwi nominalnie konserwatywnego premiera Borisa Johnsona sprawiła, że pod radarem opinii publicznej imigracja sięgnęła niemal miliona osób rocznie w 2023 roku.
Ten bezprecedensowy wzrost liczby imigrantów, przypominający na wykresach krzywą zachorowań na COVID-19, przeciwnicy ówczesnego konserwatywnego rządu zaczęli pejoratywnie określać mianem Boris wave – falą Borysa. To z niej wyłania się z niej pierwszy komponent dzisiejszej debaty o imigracji do Wielkiej Brytanii.
Statystyki przekładają się na rzeczywistość, a osoby mieszkające na Wyspach od lat zwracają uwagę – także w prywatnych rozmowach ze mną – na znacznie większe poczucie obecności imigrantów w życiu codziennym niż jeszcze 5 lat temu. Z pewnością do tego poczucia dokłada się kierunek, z którego przyjeżdżają obcokrajowcy – dużo łatwiej jest na ulicy rozpoznać osobę pochodzącą z Chartumu aniżeli z Krosna.
Gospodarka buksuje
Zwiększoną imigrację można pewnie byłoby łatwiej przełknąć, gdyby towarzyszył jej wymierny wzrost gospodarczy – tak jak ma to miejsce w Polsce. Brytyjczycy nie mogą się jednak pocieszać w ten sposób. Wzrost gospodarczy w latach 2023-2025, po stabilizacji sytuacji po pandemii, wyniósł średnio zaledwie 0,9%, wobec około 2% w dekadzie przed pandemią koronawirusa.
W rządowym podejściu do gospodarki dominuje polityka austerity – Sekretarz Skarbu w rządzie Starmera Rachel Reeves zapowiedziała w 2024 roku, że projekty kolejnych budżetów nie będą zawierały zaciągania nowego długu na potrzeby zwyczajnych wydatków państwowych. Spowodowało to konieczność szukania pieniędzy w formie cięć oraz wyższy podatków i składek nakładanych w dużej mierze na firmy.
Wzrost kosztów zatrudniania pracowników nie sprzyja rozwojowi lokalnych przedsiębiorstw, a duże firmy skłaniają do offshoringu produkcji i usług, co utrudnia znalezienie ofert pracy zwłaszcza ludziom młodym, bez doświadczenia. W efekcie w pierwszym kwartale 2026 aż milion (lub około 1 na 7) osób w wieku 16-24 kwalifikowało się do tzw. grupy NEET (Nie podejmujących edukacji, zatrudnienia lub stażów).
Brak perspektyw na przyszłość i rosnące nierówności społeczne w połączeniu z wrażeniem, że w kraju nie żyje się tak jak dawniej, sprawiają, że zarówno młodsi jak i starsi wyborcy odpływają do partii radykalnych.
Różnią się jedynie wektorem tego odpływu – wśród młodych największą popularnością cieszy się Partia Zielonych Zacka Polanskiego, zaś Nigel Farage zagospodarowuje przede wszystkim elektorat starszy.
Bez migrantów ani rusz
Istota węzła gordyjskiego brytyjskiej polityki polega jednak na tym, że nie da się go przeciąć za jednym zamachem. O ile migranci są łatwym celem frustracji, tak nie ulega wątpliwości, że bez ich wkładu wiele sektorów gospodarki zupełnie sobie nie poradzi.
Boris Johnson nie ściągał rekordowych liczb migrantów z powodów ideologicznych, lecz pod presją własnych ministrów oraz brytyjskiego biznesu.
Przykładowo przed paroma tygodniami w mediach pojawiła się informacja o planie rządowych dopłat do wiz pracowniczych dla wysoko wykwalifikowanych pracowników w dynamicznie rozwijających się sektorach.
Na imigrantach opiera się w dużej mierze angielski system opieki zdrowotnej, nie mówiąc już o sektorach pracy fizycznej czy sektorze usług, gdzie trudno jest znaleźć pracowników wśród rodzimej populacji.
Problem ten w nieco przerysowany sposób zdiagnozował już w 2012 roku późniejszy wicepremier Dominic Raab w książce Britannia Unchained, napisanej wespół m.in. z późniejszą premier Lizz Truss. Na łamach tej publikacji stwierdził, że „podczas gdy indyjskie dzieci aspirują do bycia lekarzami czy biznesmenami, te brytyjskie bardziej zapatrują się w piłkarzy czy muzyków pop”.
Nie można też zapominać, że brytyjski krajobraz etniczny był kształtowany przez mniejszości o wiele dłużej niż chociażby w Polsce. Potomkowie imigrantów zajmują czołowe pozycje w społeczeństwie, by wspomnieć tylko byłego premiera Rishiego Sunaka czy obecną przewodniczącą Partii Konserwatywnej Kemi Badenoch.
Pojęcie brytyjskości ulega przekształceniom i choć od 2025 roku można zaobserwować nasilenie ruchów patriotyczno-nacjonalistycznych (takich jak ten nawołujący do dumnego prezentowania flag brytyjskich i angielskich, połączonego nierzadko z hasłami antyimigranckimi), to jednak nie sposób jest wyobrazić sobie, aby większość uczestników tych ruchów oczekiwała powrotu do społeczeństwa z połowy XX wieku..
Imigranci od dekad stanowią ważną część społeczeństwa, a procesy asymilacyjne dzieją się na dużą skalę. Przykładem może być chociażby przywoływana już historia Henry’ego Nowaka, który choć legitymował się zarówno polskim, jak i brytyjskim paszportem, wśród opinii publicznej nie był traktowany przez pryzmat swojego imigranckiego pochodzenia.
Manifestacje w ramach operacji Raise the Colours, takie jak majowy marsz Unite the Kingdom w Londynie, czy nawet zamieszki w Belfaście z początku czerwca nie powinny być rozpatrywane w kategoriach czysto rasistowskich czy ksenofobicznych.
Wydają się one bowiem być w dużo większym stopniu próbą wyrażenia frustracji wypływającej z ogólnego stanu państwa i stanu rozchwiania tkanki społecznej wskutek masowej migracji z ostatnich kilku lat.
Polska lepsza niż Wyspy?
Przed kilkunastoma dniami wysłuchałem koncertu w wykonaniu dzieci ze szkoły podstawowej z Coventry, zlokalizowanej w jednym z najuboższych obszarów kraju, z wysokim odsetkiem rodzin pochodzenia imigranckiego.
Pomimo niełatwego dzieciństwa, szkolny chór zaprezentował się naprawdę dobrze, a rozmowa z pełnymi powołania nauczycielkami napełniała nadzieją na to, że być może w kolejnych latach ich podopieczni odnajdą się dobrze w brytyjskim społeczeństwie.
Mimo to, napięcia na tle narodowościowym i etnicznym z pewnością nie znikną z brytyjskiego społeczeństwa. Zakładając jednak utrzymanie kierunku polityki migracyjnej przez obecny i kolejne rządy, przy pewnej dozie optymizmu można dostrzegać światełko na końcu tunelu.
Pytanie jednak, czy owym optymizmem i cierpliwością wykażą się sami Brytyjczycy. Tydzień temu dwóch z nich – emeryt śpiewający ze mną w chórze oraz kolega ze studiów – w osobnych rozmowach wspomnieli o tym, że rozważają przeprowadzkę do Polski w najbliższych latach.
Ten anegdotyczny dowód wpisuje się w szerszy trend obecny w mediach brytyjskich, które pokazują Polskę jako kraj o bezpiecznych ulicach, relatywnie dostępnych cenowo mieszkaniach, niskich kosztach życia i tanim piwie.
W tej optyce nasze państwo jest tak atrakcyjne, że przeprowadzają się do niego nie tylko mieszkający za granicą polscy, ale i angielscy hydraulicy – tacy jak Jack the Plumber, jeden z bohaterów niedawnego reportażu „The Times” o Brytyjczykach mieszkających w Polsce.
Pomimo obecnych napięć, wydaje się, że Zjednoczone Królestwo wkroczyło na ścieżkę powrotu do kontroli nad imigracją. Dane z grudnia 2025 wskazują, że spadła ona do poziomu poniżej 200 tys., i ten trend się utrzymuje.
Pytanie, czy sami Brytyjczycy poczekają – mówiąc słowami patriotycznego wiersza autorstwa Williama Blake’a – „aż zbudujemy Jeruzalem / na Anglii zielonej i miłej ziemi”.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
