Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Czy powinniśmy wierzyć nauce? O tych patologiach środowiska naukowego się nie mówi

przeczytanie zajmie 10 min
Czy powinniśmy wierzyć nauce? O tych patologiach środowiska naukowego się nie mówi Autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Jaką postawę winniśmy przyjąć wobec oficjalnych narracji naukowych? Czemu i komu ufać? Czy w ogóle ufać?  Którym z doniesień o zimnej syntezie jądrowej, nowych „alternatywnych” metodach leczenia, uzyskiwania energii, czy której z teorii podważających obowiązującą teorię Wielkiego Wybuchu mamy ufać? Odpowiedź jest prosta: nie należy ufać żadnej z nich. Gdy idzie o konkretne raporty o tym, że „nauka potwierdziła” to czy tamto – warto się zainteresować, kto te konkretne badania opłaca. Z nauką jest podobnie.

Nauka udowodniła skuteczność modlitwy?

Zacznę od przykładu: w 2001 r., we wpływowym i recenzowanym czasopiśmie medycznym „Journal of Reproductive Medicine” ukazała się publikacja pt. Long-distance prayer for infertile women leads to a dramatic increase in successful pregnancies following in vitro fertilization (Modlitwa w intencji niepłodnych kobiet przynosi znaczący wzrost liczby zakończonych sukcesem zapłodnień in vitro). Jednym z autorów był prof. A. Lobo, w tym czasie Dyrektor Wydziału Położnictwa i Ginekologii w Wyższej Szkole Medycznej Columbia (Nowy Jork).

Publikacja opierała się na badaniach przeprowadzonych w Południowej Korei. O co w tych badaniach chodziło – łatwo dociec z tytułu. Nie był to żart. Doktor Lobo, główny autor tej publikacji, w wywiadzie dla agencji Reutera oświadczył, że modlitwy nieznanych ludzi o sukces zapłodnienia zwiększają szanse niemal dwukrotnie. Uniwersytet Columbia wydał komunikat prasowy, w którym chwalił się jakością badań przeprowadzonych przez dra Lobo.

Wkrótce wiadomość o tej naukowej sensacji obiegła media: „The New York Times”, „Time”, „Wired”, „Good Houskeeping”, telewizję „ABC”, przy poparciu i poklasku gwiazd i znakomitości. Wielu ludzi na całym świecie zostało przekonanych, że oto nauka uczyniła milowy krok – potwierdziła coś, co dotąd było jedynie nadzieją. Wkrótce pojawiły się jednak publikacje podające w wątpliwość zastosowaną metodologię. Oczekiwano na odpowiedź autorów publikacji.

Pierwszy z autorów, dr Kwang Cha, wkrótce po ukazaniu się publikacji krytycznych opuścił Uniwersytet Columbia i uparcie odmawiał komentarzy. Drugi z autorów, Daniel Wirth, miał, jak się okazało, tytuł naukowy „magistra parapsychologii” oraz był notowany w związku z popełnionymi oszustwami bankowymi i wyłudzaniem.

Główny zaś autor, dr Lobo, okazał się członkiem redakcji czasopisma, w którym ukazała się jego publikacja. Początkowo wyraził zgodę na kilka wywiadów w związku z krytyką, by następnie wyprzeć się swego udziału w powstaniu publikacji i sprowadzić swą rolę do „pomocy wydawniczej”, a nawet wręcz usunąć swe nazwisko, gdy artykuł pojawił się w internecie. Czy jest to odosobniony przypadek naruszania etyki lekarskiej i naukowej?

Colin M. Ross, psychiatra, autor ponad 100 prac w czasopismach naukowych, były dyrektor Międzynarodowego Towarzystwa Badań nad Dysocjacją, obszernie dokumentuje masowe naruszenia etyki i praw człowieka przez psychiatrów w Ameryce Północnej, gdzie tysiące więźniów i pacjentów zakładów leczniczych zostało poddanych nieetycznym doświadczeniom mającym na celu zebranie danych i wypróbowanie metod kontroli umysłu na zapotrzebowanie wojska i agencji wywiadowczych.

Doświadczenia przeprowadzali wybitni psychiatrzy z głównych ośrodków naukowych. O nadużyciach w psychiatrii można by pisać wiele. I tak wybitny filozof, socjolog i antropolog Ernest Geller poddał bezlitosnej krytyce metody psychiatryczne oparte na szkole Zygmunta Freuda, zaliczając je do ideologii niefalsyfikowalnej naukowo.

Znana czytelnikowi polskiemu raczej pełna wyrozumiałości krytyka psychoanalizy przez Ericha Fromma porusza jedynie niektóre aspekty tego problemu. Reakcją na brak naukowych podstaw
psychoanalizy był rozkwit metod opartych o farmaceutyki. Skandale związane z nieuczciwymi badaczami finansowanymi przez koncerny farmaceutyczne są dobrze znane.

Wszystkie patologie współczesnego środowiska naukowego

Od medycyny przejdźmy do nauk ścisłych. Być może tu jest lepiej? W naukach ścisłych sytuacja jest nieco inna, ale czy lepsza? Mamy tam do czynienia z nagminnymi plagiatami, dopisywaniem autorstwa, zorganizowanymi klanami i ostracyzmem, by wymienić tylko niektóre z chorób. W 2008 roku  znany tygodnik naukowy „Nature” donosił, że ponad tuzin fizyków teoretyków z czterech uniwersytetów w Turcji jest, jak się wydaje, zamieszanych w aferę plagiatów na wielką skalę.

W zeszłym roku znalazło oficjalne potwierdzenie zjawisko skądinąd dobrze znane w kręgach akademickich: że naukowcy często powielają swoje własne prace, publikując ich niemal dosłowne kopie w różnych czasopismach naukowych. W maju 2010 roku  to samo czasopismo, o znanej renomie, zamieściło alarmujący artykuł wstępny poświęcony coraz bardziej rozpowszechnionemu zjawisku plagiatu w nauce.

Obok plagi plagiatów mamy też plagę nierzetelnego recenzowania. Czasopisma naukowe, zawiadywane przez klany, odrzucają prace „niewygodnych” autorów na podstawie anonimowych recenzji. Astronom Halton Arp opisuje szczegółowo swoje własne przygody z renomowanymi czasopismami takimi jak „Nature” czy „Astrophysical Journal”. Matematyk i nauczyciel akademicki, znany też z aktywnej walki o wolność słowa, Michael Rossman, opisywał jak czasopismo „Nature”, w zmowie z nieuczciwymi recenzentami, propagowało fałsz.

Fizyk, laureat Nagrody Nobla Brian Josephson, pisze obszernie o skrytej cenzurze i o tym, jak sam znalazł się na „czarnej liście” archiwum prac naukowych arXiv.org. David Ruelle, fizyk matematyczny, pisał o recenzowaniu:

„Prace wyglądające rozsądnie są akceptowane, prace w oczywisty sposób kiepskie są odrzucane.  Prace dobre, które choć trochę odbiegają od normy, są zwykle również odrzucane. Jest to znany problem i tak naprawdę nikt wie, co z tym fantem zrobić. Szczęśliwie jest wiele czasopism naukowych i naprawdę dobra praca w końcu zostanie gdzieś opublikowana”.

Latem 1988 r. dr James Hansen z „Goddard Institute for Space studies” wygłosił mowę przed ciałem doradczym Kongresu USA, obwieszczając tzw. efekt cieplarniany prowadzący do „globalnego ocieplenia”. Sprawa stopniowo nabierała rozpędu. Została przechwycona i rozdmuchana przez polityków i przez media.

Jednocześnie wzmożono cenzurę w czasopismach naukowych. Prace naukowe podające w wątpliwość lub wręcz kwestionujące to zjawisko były najczęściej odrzucane. Aż wreszcie wybuchła bomba, gdy zmowa naukowców wyszła na jaw – dzięki internetowi.

Upadek etosu naukowca

Dokumentacja upadku etyki jakości oraz kryzysu w nauce jest dobrze znana zainteresowanym. Pisze się wręcz o „końcu nauki”. Koniec nauki zaczął się jednak znacznie wcześniej, być może w środę 22 czerwca 1633 r., kiedy to Galileusz, w obawie przed karą Świętej Inkwizycji, wyrzekł się systemu kopernikańskiego i podpisał się pod słowami: Io, Galileo Galilei ho abiurato come di sopra, mano propria.

Richard Milton analizuje niektóre z powodów dzisiejszego stanu nauk.  Naukowcy są ludźmi i w ich pracy znajdują odbicie wszelkie ludzkie słabości. W szczególności ci należący do „elitarnego kręgu” wykazują tendencję do derogowania i dewaluowania tych spoza grupy, zwłaszcza kwestionujących cele i metody grupy.

W tych okolicznościach, pisze Milton, winniśmy być może zadać sobie pytanie, jak instytucje naukowe mogą w ogóle przyczyniać się do postępu w nauce? I odpowiada: wiele z tych instytucji w samej rzeczy nie przyczynia się do postępu w żaden sposób. Ich działanie odbywa się wewnątrz i na obrzeżach zastanego paradygmatu, którego granic broni. Granice te są dla nich granicami rozumnego, a wszystko poza tymi granicami jest irracjonalne.

Czy powinniśmy wierzyć nauce?

Jeżeli tak się rzeczy mają wewnątrz nauki, jaką postawę winniśmy przyjąć my, obserwatorzy pragnący uczestniczyć, z konieczności biernie, w ludzkim dążeniu do pogłębiania wiedzy o świecie i o nas samych? Czemu i komu ufać? Czy w ogóle ufać?

Odpowiedź na to pytanie jest taka sama, jak w przypadku gdy zasięgamy opinii lekarza. Wiemy, że w trudnych sytuacjach należy wysłuchać opinii drugiego, trzeciego, czasem czwartego lekarza. Diagnozy bardzo często będą się różnić, różne będą też zalecane metody leczenia.

Z nauką jest podobnie. Mamy w niej główny nurt, zwykle silnie propagowany przez media serwujące nam co rusz wiadomości o nowym przełomowym odkryciu dokonanym przez uczonych z ośrodka X czy Y. Za rok czy dwa te same media serwują nam następną sensację i mało kto pamięta, że to nowe odkrycie jest sprzeczne z sensacyjną nową teorią z roku poprzedniego.

Chcąc mieć prawdziwszy obraz stanu wiedzy o świecie, dobrze jest zatem śledzić także tzw. naukę alternatywną. W nauce alternatywnej, a więc w badaniach dezawuowanych przez naukę oficjalną, panuje jednak wielki zamęt. Którym z doniesień o zimnej syntezie jądrowej, nowych „alternatywnych” metodach leczenia, uzyskiwania energii, czy której z teorii podważających obowiązującą teorię Wielkiego Wybuchu mamy ufać?

Odpowiedź jest prosta: nie należy ufać żadnej z nich. Gdy idzie o konkretne raporty o tym, że „nauka potwierdziła” to czy tamto – warto się zainteresować, kto te konkretne badania opłaca. W wielu przypadkach będą to wielkie koncerny lub wojsko. Należy też, w miarę możliwości, powiększać naszą wiedzę w interesujących nas dziedzinach.

Sheldon Rampton i John Stauber tak kończą swój „poradnik”, przewrotnie zatytułowany Ufaj nam, jesteśmy ekspertami:

Aby zrozumieć metody używane przez ekspertów, które pozwalają im trzymać nas w kleszczach, musimy zacząć od rozważenia naszej roli jako konsumentów informacji. Większa część propagandy nacelowana jest na ludzi, którzy nie są ani zbyt aktywni, ani też poinformowani w danej sprawie. Strategia ta ma swoje przyczyny. […] Najłatwiej manipulować ludźmi, którzy nie znają się na danym przedmiocie i są w ten sposób podatni na każdy argument wyglądający wiarygodnie.

Oczywiście nie każdy może być aktywny i poinformowany o każdej sprawie pod słońcem. Świat jest na to zbyt złożony. Jednak każdy z nas może wybrać te sprawy, które nas szczególnie poruszają, i poświęcić im trochę czasu. Aktywność taka wzbogaca nasze życia, i to na wiele sposobów. Prowadzi do kontaktów osobistych z innymi poinformowanymi ludźmi, z pasjonatami i altruistami zaangażowanymi w działania na rzecz lepszego świata.

Dobrze jest mieć takich przyjaciół, którzy często są lepszymi źródłami informacji niż eksperci, których nazwiska pojawiają się w gazetach lub w telewizji. Aktywizm, naszym zdaniem, jest nie tylko naszym obywatelskim obowiązkiem, lecz także drogą do oświecenia

Tekst został pierwotnie opublikowany na łamach 19. teki czasopisma idei „Pressje” zatytułowanej „Contra naturam. Cały numer za darmo w wersji elektronicznej można pobrać tutaj.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.