Dlaczego ideologia woke wyszła z mody, a w Polsce już o niej zapomnieliśmy?
Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że jesteśmy świadkami kolejnej fazy lewicowej rewolucji. Europejska prawica ustawiła woke w pozycji swojego głównego wroga. Zanim jednak ideologia woke na dobre zagościła w Polsce, na Zachodzie już zdążyła się wypalić. Jak to się stało?
Czym jest woke?
Na prawicy woke najczęściej kojarzymy z niebieskowłosymi nastolatkami, trzecimi ubikacjami, dewastowaniem pomników czy poprawnością polityczną. Często umyka nam istota tego zjawiska. O ile z perspektywy konserwatywnej woke jest oznaką degeneracji zachodnich wartości, to jego zwolennicy ustawiają się na pozycjach wprost przeciwnych – widzą w sobie moralnych odnowicieli ludzkości.
Woke zaczął kształtować się w drugiej dekadzie XXI wieku w środowiskach liberalnej lewicy. Był ruchem reformatorskim, mającym stanowić reakcję na rzekomo niesprawiedliwy i opresyjny porządek, jaki panował w zachodnich społeczeństwach. W pewnym sensie był to lewicowy odpowiednik populizmu, który jednak – w przeciwieństwie do prawicowego – szybko zyskał akceptację elit, zwłaszcza intelektualnych i korporacyjnych.
Woke postulował wizję przebudowy świata w oparciu o dość specyficzny sposób myślenia. Zdaniem Jonathana Haidta główny postulat zwolenników wokizmu można sprowadzić do jednego zdania – „zawsze ufaj swoim uczuciom”. Socjolog w książce Rozpieszczony umysł zaliczył to twierdzenie do jednej z trzech wielkich nieprawd organizujących życie części amerykańskiego społeczeństwa.
Moralność woke
Dla wokistów, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, subiektywne odczucia miały stać się obiektywną podstawą nowej moralności. W jej ramach dyskomfort uznano za przejaw zła, natomiast empatię za źródła dobra.
Woke nie poprzestał jednak na przyjęciu tej sentymentalnej etyki na poziomie indywidualnym – miał ambicję wdrożyć ją w życie i uczynić źródłem nowych norm. Na poziomie prawnym domagał się usunięcia wszelkich elementów sprawiających, że ludzie czuli się źle. Od „mikroagresji” i używania „nieinkluzywnego” słownictwa po pomijanie osób z mniejszości przy obsadzaniu nowych stanowisk w firmach.
W tropieniu w nim przejawów zła wykorzystywano nurty lewicowej socjologii, takie jak krytyczna teoria rasy czy gender studies, które miały obnażać ukryte w kulturze mechanizmy dyskryminacji.
Od tej pory biali mężczyźni mieli zacząć zauważać swoje ukryte przywileje, a kobiety czy osoby czarnoskóre uświadomić sobie, że mimo posiadanych praw i kolejnych fal emancypacji nadal są ofiarami systemowej przemocy.
Zyskanie tej świadomości stanowiło element wokistowskiej inicjacji, swoiste „przebudzenie z Matrixa”, na wzór doświadczenia filmowego Neo. Za konstrukt społeczny uznano zarówno tożsamość płciową, jak i „białość”, rozumianą – według tej interpretacji – jako forma tożsamości białych Amerykanów, nierozerwalnie powiązana z rasizmem.
Dlaczego woke stał się tak popularny?
Woke był wyjątkowo atrakcyjnym zestawem poglądów dla zachodniej młodzieży. Oferował to, czego brakowało kulturze ponowoczesnej: jasne zasady postępowania, poczucie moralnej wyższości oraz przekonanie o staniu po właściwej stronie historii.
Nie wymagał przy tym poświęcenia ani wewnętrznej przemiany, a za to pozwalał domagać się od innych akceptacji własnych uczuć, odmienności i ochrony emocjonalnego komfortu.
Dla progresywistów woke mógł jawić się wręcz jako konieczność dziejowa – jedyna droga rozwoju moralności, kolejny etap procesu emancypacji. Tym razem już nie konkretnej mniejszości. Nie chodziło przecież tyle o transgenderystów, czarnoskórych, kobiety, ale o coś zupełnie innego.
Wydaje się, że ambicją woke była emancypacja niedojrzałości – walka o prawo do uznania histerycznie przeżywanego okresu adolescencji jako pewnej normy kulturowej dla wszystkich.
Mimo swojej pseudonaukowej otoczki, jest to jednak nurt głęboko zideologizowany, roszczący sobie prawo do wyjaśnienia całego, skomplikowanego świata społecznego dzięki kilku dogmatycznym twierdzeniom. W pewnym więc sensie woke odpowiadał na potrzeby duchowe pogubionych zachodnich społeczeństw.
Na ten problem wskazywał choćby Wojciech Engelking w artykule Woke, czyli liberalna reformacja. „Woke’owcy, traktując swe postulaty tak uniwersalistycznie, że bardziej się nie da, zdają się wierzyć, że żyją w ostatecznej epoce w dziejach globu, ich ideałów zaś nigdy nie spotka przeformułowanie” – pisał autor Kultury Liberalnej.
Na bazie tego przekonania atakowane były postacie historyczne jak Kolumb czy Churchill, nowa moralność bowiem miała nie tylko wytyczać ścieżki właściwego postępowania, ale także służyć lepszemu rozumieniu historii.
Społeczne konsekwencje ruchu woke
Bycie woke zaczęto utożsamiać z byciem normalnym, dobrym człowiekiem, podczas gdy reszta świata jawiła się jako szalona i zdeprawowana.
Prostą drogą prowadziło to do stosowania kultury wykluczania. Skoro prawda została już ustalona, dyskusja z oponentami traciła sens – należało po prostu usuwać ich z dyskusji, a całą energię skupić na misji przebudzania reszty społeczeństwa.
Kiedy nie dało się kogoś pokojowo wykluczyć z życia społecznego, to posuwano się do bardziej bezpośrednich form buntu – jak siłowe blokowanie wykładów uniwersyteckich. Skrajnie zbrutalizowanym, krańcowym przejawem wymazywania ludzi był zamach na Charliego Kirka, którego sprawca twierdził, że chciał powstrzymać nienawiść rzekomo szerzoną przez tego konserwatywnego influencera.
W wokistowskiej wizji świata ludzie zaczęli być dzieleni na dwie kategorie: oprawców i ofiary. Należało więc stanąć po stronie ciemiężonych i walczyć w ich imieniu.
Ponieważ sam system społeczny był zły, bo pozwalał na cierpienie, to wszyscy jego beneficjenci i obrońcy stawali się współwinnymi – od konserwatywnego profesora po lokalnego policjanta. Po stronie ofiar znajdowali się natomiast ci, którzy mieli cierpieć z powodu swojej odmienności – głównie mniejszości seksualne, rasowe, imigranci, ale także osoby niepełnosprawne czy neuroróżnorodne.
W świecie podzielonym na prześladowanych i prześladowców wybór był prosty – każdy chce być ofiarą lub występować w ich imieniu. Stąd w ramach woke pojawiały się niekiedy karykaturalne próby identyfikowania się z dyskryminowanymi mniejszościami rasowymi lub seksualnymi.
Dlaczego nadszedł kres ideologii woke?
W pewnym momencie wydawało się, że woke jest wszędzie i wkrótce stanie się czymś powszechnym na Zachodzie. Tymczasem nic takiego się wydarzyło. Co więcej, wiele wskazuje na to, że ideologia ta stopniowa traci moc swojego oddziaływania.
Już w 2024 roku w „The Economist” ukazał się artykuł, w którym starano się oszacować popularność szeroko pojmowanego wokizmu.
Autorzy tej analizy wskazali, że największy wzrost zasięgu ruchu nastąpił w latach 2017-2020 na fali akcji #MeToo oraz protestów BlackLivesMatter. Szczyt popularności przypadł na lata 2021-2022. Od tego czasu jednak oddziaływanie ideologii woke zaczęło słabnąć, zarówno w mediach, na uczelniach, jak i w świecie polityki.
Pewnym potwierdzeniem tej analizy jest też zmniejszająca się liczba osób identyfikujących się jako niebinarne, o czym pisała Paulina Szlencka na łamach Klubu Jagiellońskiego.
Swoistym plebiscytem w sprawie woke były też ostatnie wybory prezydenckie w USA. Kamala Harris dość otwarcie popierała tę ideologię („we have to stay woke”), w czasie gdy jej konkurent budował swoją kampanię na krytyce wzmożeńców.
Załamanie popularności wokizmu wynikało z narastającego rozczarowania ruchem i wypalenia się jego ideałów. Po ponad dekadzie wokistowskiej rewolucji trudno uznać, by Ameryka stała się krajem sprawiedliwszym, szczęśliwszym czy ogólnie lepszym. Zamiast zapowiadanej fali miłości i zrozumienia, Stany doświadczyły raczej nawały zamieszek, bójek i protestów.
Przyczyny porażki ruchu były wpisane w same jego założenia, potrzeba było jednak czasu aż wewnętrzne sprzeczności dadzą o sobie znać. Dowartościowywanie mniejszości generowało poczucie niesprawiedliwości u reszty społeczeństwa, a dbanie o komfort emocjonalny jednych odbywało się kosztem dyskomfortu całej reszty. Prawdziwą cnotę zastępowano jej sygnalizowaniem, a rzekomo racjonalny ruch pełen był fanatyzmu, hipokryzji i parareligijnej dewocji.
Żeby pokazać na jednym obrazku, co stało się z wokizmem, wystarczy spojrzeć na ruch Black Lives Matter. Organizacja zyskała olbrzymią popularność na fali protestów po śmierci Georga Floyda. Obecnie właściwie w ogóle nie mówi się o jej postulatach, a częściej o możliwości zdefraudowania środków z publicznych zbiórek przez jej liderów.
Woke nie tylko nie naprawił społeczeństwa, ale nie oferował też zbawienia na poziomie jednostkowym. Trudno uzasadnić tę tezę jednymi konkretnymi badaniami, ale niech za przykład posłuży artykuł opublikowany w 2024 r. w „Scandinavian Journal of Psychology”.
Tekst Construction and validation of a scale for assessing critical social justice attitudes opisuje badania przeprowadzone w Finlandii, według których osoby postrzegające społeczeństwo przez pryzmat opresji grup tożsamościowych (rasa, płeć), które jednocześnie domagają się zmian na poziomie języka i zmian zachowania, by ograniczyć tę domniemaną opresję, częściej doświadczały lęku, depresji i niezadowolenia z życia.
Dlaczego woke w Polsce jest tak słaby?
Współczucie, empatia, pomoc słabym i cierpiącym, choć budzą pozytywne skojarzenia, to pozbawione racjonalności, urastają do chrześcijańskiej herezji, jak stwierdził w jednym z odcinków Kultury Poświęcej Piotr Kaszczyszyn.
Siła woke brała się z trafiania do ludzi doświadczających cierpienia, odrzucenia czy samotności – sfer tradycyjnie zagospodarowanych przez religię. O ile jednak chrześcijaństwo mogło prowadzić do ich przekroczenia, woke poprzestawał na czerpaniu masochistycznej przyjemności z bycia ofiarą lub poszukiwaniu zemsty, niemającej końca.
To, że w Polsce woke nie rozwinął się na większą skalę, może wynikać z wciąż utrzymującej się u nas religii katolickiej, która odpowiada na podobne potrzeby. Zresztą sam katolicyzm wydaje się być bardziej odporny na woke dzięki przywiązaniu do racjonalności, instytucji, tradycji i prawa – w przeciwieństwie do niektórych nurtów protestanckich, zwłaszcza z USA, akcentujących indywidualne poszukiwanie Boga i dowartościowanie sfery emocjonalnej.
W efekcie wydaje się, że woke zaczął wygasać w swojej ojczyźnie, zanim w Polsce zdążył się na dobre rozwinąć.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
