Nie ma o co toczyć sporu. Dziś wszyscy od Rafała Ziemkiewicza po Adriana Zandberga są w „partii rozwój”
Chcemy realizować ambitne, wielkie cele, ale każdy uważa, że rachunek za nie powinien zostać pokryty z cudzej kieszeni, nigdy z jego własnej. Pod tym względem staliśmy się na wskroś zachodnioeuropejscy – mówi w rozmowie z Klubem Jagiellońskim Jakub Dymek, autor książki Rewolucja ambicji. Jak zmienia się Polska?
Piszesz, że jesteśmy dziś jako Polska pełnoprawnym państwem Zachodu. Nikogo już nie musimy gonić, nikogo ślepo naśladować. Cieszy cię ten stan rzeczy?
Oczywiście, że cieszy mnie awans, jaki stał się udziałem Polski w ostatniej dekadzie. Wreszcie możemy zadać sobie pytanie: czego sami chcemy, w którą stronę zamierzamy iść i jakie są nasze ambicje.
To chyba w ogóle świetny moment dla nas. Patrząc na wszystkie parametry, lepszego czasu może po prostu nie być. Jesteśmy może, jak mówią niektórzy, w czasach Peak Poland – „Szczytowej Polski” – czyli na górce, z której można się próbować wybić wyżej, ale i zsunąć w dół.
Jest znaną prawidłowością, że wzrost i tempo bogacenia się spada po osiągnięciu pewnego poziomu, łatwiej awansować z niskiego pułapu, a trudniej utrzymać podobne tempo, gdy już się dołączy do grona państw rozwiniętych.
Demografia, rosnące koszty utrzymania systemu zabezpieczeń społecznych i zachłanne przechwytywanie owoców wzrostu przez nieliczne grono i dla nas stworzą wyzwania charakterystyczne dla państw zamożnych. Tu nie jesteśmy inni niż Niemcy, Holandia czy Wielka Brytania.
Z drugiej strony zauważasz, że „suwerenność i niezależność bez żalu przehandlowaliśmy za święty spokój, konsumpcję i wygodę”.
Często wracam do angielskiego przysłowia „Be careful what you wish for”. Uważaj, czego sobie życzysz, bo może się spełnić. I tak chyba było z naszymi marzeniami z 1989 roku. To, o czym wówczas śniły całe generacje Polaków, to konsumpcja, zachodnioeuropejski dobrobyt, kapitalistyczny poziom życia i świat normalności.
Wszystkie te trzy kategorie – Zachód, europejskość i kapitalizm – zlały się wtedy w jeden obraz „normalnego kraju”. I ten sen w pełni zrealizowaliśmy. Intuicja z twojego pytania jest słuszna. W tym wszystkim tkwi pułapka.
Te ponad 3 dekady temu nikt Polakom nie obiecywał, że będziemy gospodarką w pełni niezależną, suwerenną czy innowacyjną, ani że będziemy mogli realnie kształtować nasze otoczenie.
Czasami żartuję, że gdyby jakiś polityk obiecał w 1989 roku Polakom, że zamiast budować społeczeństwo konsumpcyjne mamy szykować się na wojnę z Rosją za 40 lat i rywalizację o autonomię technologiczną wobec Chin i USA, to by go ludzie wywieźli na taczkach albo zastrzelili.
Wszyscy przecież chcieli się bogacić i gonić w poziomie życia Szwedów i Niemców, dołączyć do Zachodu, a nie szukać osobnej drogi. Ci, którzy byli wobec dominujących pomysłów na transformację rynkową sceptyczni, zostali wtedy i tak zepchnięci na margines. Była jedna droga, „konsensus waszyngtoński” i w Polsce prawie nikt innej drogi nie chciał. Taka jest brutalna prawda.
Musiało tak być?
Czytałem ostatnio, jak Japonia po II wojnie światowej – kraj pokonany i okupowany przez USA – asertywnie broniła swoich niektórych sektorów przed Amerykanami, jak utrudniała wejście amerykańskiego kapitału do krytycznych branż, jak stawiała przeszkody firmom z Kaliforni i Teksasu, zeby samemu postawić własny przemysł elektroniczny i budowę półprzewodników.
W Polsce po 1989 roku to było nie do pomyślenia. Nawet dzisiaj pewnie nie jest. Blokować coś Amerykanom, żeby pomóc własnemu przemysłowi? Nigdy. I w tym jak sądzę tkwi odpowiedź na twoje pytanie. Teoretycznie mogliśmy.
Wielu naszych szacownych kolegów, jak Krzysztof Mazur, którego bardzo cenię, dziś podkreśla – podobnie jak przez wiele lat podkreślali lewicowi krytycy transformacji i braku polityki przemysłowej – że popełniliśmy wtedy błąd.
Ja sam jestem z Wrocławia, Dolny Śląsk był naszym centrum przemysłu komputerowego i elektronicznego, znam z widzenia te niszczejące dziś budynki fabryk, które chcemy wpisać do rejestru zabytków i ochronić już tylko pamięć po nich. Ale raz jeszcze powtórzę: kto wtedy protestował, kto chciał innej drogi, kto myślał o ochronie przemysłu innego niż węgiel, ten był uciszany i zamykany w celi śmiechu.
Więc mamy to, czego chcieliśmy – społeczeństwo konsumpcyjne i gospodarkę ustawioną pod obsługę wygód klasy średniej, a nie szukanie technologicznych przełomów. Nasza triada czempionów? Allegro – Blik – Inpost, idealny cykl szybkich zakupów produktów z Chin i dostawa pod drzwi dobrodziejstw globalizacji.
Ceną za ten poziom życia, za pogoń za konsumpcją i za relatywne bezpieczeństwo było to, że po drodze nie szukaliśmy innych rozwiązań. Przyjmowaliśmy bezkrytycznie te, które już już leżały na stole i cieszyliśmy się, że wiatry globalizacji pchają nas do przodu.
Dzisiaj, kiedy sytuacja geopolityczna zmusza nas do zadania sobie pytania, czy dłużej tak można i czy to na pewno jest stabilny model gwarantujący nam bezpieczeństwo, te pytania z przeszłości mocno do nas powracają.
Wydaje się jednocześnie, że w publicystyce mamy pewnego rodzaju konsensus: transformacja ustrojowa się skończyła. Pokrzywdzeni zostali dowartościowani. Ty sam wskazujesz nawet konkretny moment tego domknięcia – dzień, w którym Polacy po raz pierwszy otrzymali świadczenia z programu 500 plus. Nie o sam proces kończenia transformacji chcę cię jednak zapytać, ale o to, co dostaliśmy w zamian. Skoro nie ma już starego podziału, jak pisze choćby dr Jacek Sokołowski, na wygranych i przegranych transformacji, to jakie linie podziału rysują się dzisiaj?
Wyłania się kilka nowych, niezwykle ciekawych osi sporu i czas pokaże, która z nich zakorzeni się najgłębiej. Upieram się przy tezie, że dogoniliśmy Zachód głównie pod względem poziomu życia i konsumpcji, bo pod kątem wielu innych wskaźników już niekoniecznie.
Co masz na myśli?
Jak spojrzysz na jakość instytucji, szacunek i zaufanie do państwa, tolerancję dla postaw antyspołecznych, zagrożenie dla życia na drogach, skorumpowanie samorządu, łamanie prawa pracy i skrajnie sprywatyzowany, kryminalny czasami model polityki migracyjnej, to dojdziesz do wniosku, że w niektórych wymiarach Polska z tego całego Zachodu ma wiele cech południowych Włoch.
Osiągnęliśmy zbliżony poziom dobrobytu – szczególnie jeśli chodzi o siłę nabywczą przeciętnej płący – do wielu państw „starej UE”, ale jeśli chodzi o relację z własnym państwem czy wzajemną nienawiść państwo-obywatel, to od 1989 roku nie zmieniło się wcale aż tak wiele.
Natomiast zmieniło się też to, co ów „Zachód” dla nas znaczy. Paradoks polega na tym, że w momencie, w którym wreszcie ten Zachód dogoniliśmy, on przestał być dla nas i dla reszty świata jedynym punktem odniesienia i wyłącznym wzorem nowoczesności. Jak doskonale zauważa Kaiser Kuo, Zachód stracił monopol na nowoczesność.
W efekcie, rodzi się dziś w Polsce podział ambicjonalny. Część naszych elit i społeczeństwa wciąż twardo patrzy na Zachód, stojąc na stanowisku, że nikt dotąd nie wymyślił niczego lepszego niż północno- i zachodnioeuropejskie państwo dobrobytu.
Model, który sprawnie łączy kapitalizm z silnymi zabezpieczeniami socjalnymi, konstytucją, prawem do wypoczynku i kontraktem społecznym równoważącym interesy pracowników oraz biznesu.
Obok nich funkcjonuje jednak druga część elit. To może zabrzmieć obrazoburczo, ale ta grupa coraz wyraźniej patrzy na Wschód. Ich diagnoza jest krótka: „Zachód się skończył. Ta czaszka już się nie uśmiechnie, tam się już niewiele wydarzy”.
W najlepszym wypadku czeka go, używając określenia Antona Jägera „epoka godnej starości”, choć polska prawa strona nie wierzy nawet w to, że będzie ona godna; raczej spodziewa się starości obrzydliwej.
Według tej nowej optyki, prawdziwych wzorców i aspiracji należy szukać na Wschodzie: w Chinach, Korei Południowej, na Tajwanie, w Singapurze, a w Europie – na Węgrzech.
To tam bije dziś źródło „państwa rozwojowego”, aktywnej polityki przemysłowej i zupełnie innej formuły kontraktu społecznego, powściągania indywidualnych ambicji do wygodnego, spokojnego życia na rzecz kolektywnego wysiłku wspólnoty, który ma przynieść bezpieczeństwo, niezależność i przetrwanie, rozumiane także kulturowo i cywilizacyjnie .
Zauważ, że te społeczeństwa azjatyckie mają kilka bardzo wyrazistych wspólnych cech: silną niechęć do imigracji, patriotyzm rozumiany narodowo lub wręcz etnicznie, wyraźny udział państwa w rozwoju gospodarczym, ale też znaczne wymagania wobec jednostki.
Tam od ludzi oczekuje się, że wezmą na własne barki znacznie więcej. Do tego dochodzi tradycyjne postrzeganie zobowiązań rodzinnych: twardy kontrakt międzypokoleniowy, ogromny szacunek dla starszych, ale i gigantyczna presja nakładana na dzieci.
To jest ten nowy, fascynujący podział. Nie mamy jeszcze w Polsce odwagi nazwać go po imieniu, ale on już tu jest. Strona liberalno-lewicowa, proeuropejska, patrzy w kierunku tradycyjnego Zachodu. Z kolei strona konserwatywna, narodowa i protekcjonistyczna szuka inspiracji na Wschodzie.
Możesz podać konkretny przykład tego wzorowania się na Wschodzie na polskiej prawicy? Nieżyczliwy czytelnik mógłby uznać, że Jakub Dymek posądza stronę konserwatywną o ciągotki do chińskiego lub rosyjskiego autorytaryzmu.
Oczywiście, że mogę. Od obietnicy zbudowania „Budapesztu w Warszawie” Jarosława Kaczyńskiego, przez fascynację Turcją po stronie tego obozu w minionej dekadzie, po następnie stawianie na Koreę i zacieśnianie więzów z tym państwem za czasów premiera Morawieckiego.
Możemy pokazać politykę chińską prezydenta Andrzeja Dudy, ale i powszechne dziś na prawicy przekonywanie, że powinniśmy jeśli chodzi o rozwiązania biznesowo-militarne i tzw. „technologie podwójnego zastosowania” uczyć się i czerpać z doświadczeń Ukrainy.
Ilekroć wraca temat polityki przemysłowej, mówimy w Polsce o powtórzeniu czegoś, co zrobił Tajwan, Chiny, Korea, Japonia. Jak Konfederacja chce pokazać sprawne państwo, to mówi „Singapur”. Kanał Zero zrealizował ostatnio cały cykl na Tajwanie z gen. Andrzejczakiem.
„Obrotowa” polityka Orbana i jego zdolność do balansowania była u części naszych obserwatorów przez lata obiektem zazdrości. A polscy politycy prawicy wspierali Fidesz do ostatniej chwili przed wyborami, w pełni wiedząc przecież co Orban robi i jakie więzy łączą go z Mokswą.
Wszystkie te nasze nowe wzory mają coś wspólnego… punktu odniesienia szukamy na Wschodzie. Był nawet taki czas, kiedy pewna część elit chciała jeszcze mocniej zakorzenić Polskę na Wschodzie dzięki sojuszowi albo wręcz federacją z Ukrainą.
Nie brakuje fantazji o byciu militarno-handlowym buforem między UE, a wszystkim do czego dostęp daje Morze Czarne i połączenia kolejowe i morskie z Chinami. Dziś oczywiście wraz z rosnącymi napięciami z Kijowem, emocje społeczne i polityka odesłała wizje ciaśniejszego sojuszu z Ukrainą na boczny tor.
A zauważ, że w ogóle nie wspomniałem jeszcze o tej głośnej – choć zawsze mniejszościowej – części polskiej prawicy, która po prostu uważa, że Rosja to jest normalne państwo, Putin jest zdroworozsądkowym konserwatystą, a chrześcijaństwo i tradycyjna moralność mają się tam lepiej niż w zgniłej Europie. A ona też ostatnio, jak się wydaje, urosła w siłę po dołku w jaki wepchnęła ich wojna Putina.
Ale kiedy mówię o fascynacji Wschodem, to nie o autorytaryzm mi chodzi. Chodzi o powszechne i przyjmowane jako aksjomat po prawej stronie polskiej polityki przekonanie, że Europa i Zachód są w odwrocie.
Od premiera Mateusza Morawieckiego, który od tej konkluzji rozpoczyna swój raport o gospodarczym NATO, przez Rafała Ziemkiewicza, który w każdym wywiadzie ochoczo przypomni, jak głupia jest Europa – i sklerotyczne USA w sumie też – na Rafale Brzosce, który krytykuje brak etosu pracy Polaków i pokazuje Chiny za niedościgniony wzór, skończywszy. Widzimy w Polsce odwrócenie kierunku aspiracji. Kiedyś to był Zachód, a dziś coraz częściej jest to Wschód.
Pomimo tego, że wraz z rewolucją ambicji pojawiają się nowe linie podziału, mamy jednocześnie do czynienia z nowym zjawiskiem, które wraz z Marcinem Giełzakiem nazwaliście w waszym podcaście „rozwojomanią”. W książce piszesz, że z retoryki „niedasizmu” przeszliśmy w polityce do „wszystkodasizmu”: wszystko się da, na wszystko nas stać. Skoro w sensie politycznym każdy chce być dzisiaj „rozwojowy”, a podział na modernizatorów i antymodernizatorów stracił sens, to czy może powstać taki byt jak hipotetyczna „partia CPK”? Ugrupowanie, które zrzeszałoby rozparcelowane elektoraty i posłów wokół jednej, naczelnej idei rozwoju?
I tak, i nie. W sensie metaforycznym ta „partia CPK” już istnieje i już wygrała. Wygrała spór o język, o horyzont rozwojowy i o nadrzędne cele polskiej polityki.
Ona już rządzi naszą wyobraźnią. Zauważ, że premier Donald Tusk przejął właściwie wszystkie najważniejsze cele rozwojowe sformułowane w poprzedniej dekadzie przez obóz Prawa i Sprawiedliwości, a w niektórych aspektach tę retorykę podkręcił. Tusk rządzi, Kaczyński panuje.
Nic nie będzie bardziej symboliczne niż jego wystąpienie na konferencji poświęconej „doktrynie piastowskiej”. Tusk przekonywał tam, że możemy za kilka lat przegonić gospodarczo Niemcy, o ile tylko starczy nam odwagi, jaką miał Bolesław Chrobry. To chyba wyznacza już absolutny sufit pułapu językowego, do którego dotarliśmy. W tym sensie partia CPK wygrała.
100 lat po tym, jak II RP, nowe, młode państwo mające bardzo wiele do nadgonienia wsadziła nogę w uchylające się drzwi nowoczesności, budując od zera Gdynię, dzisiaj wszyscy chcą tego samego. Gdynia, która właśnie świętuje swoje stulecie, była dla ówczesnej Polski strategiczną, gospodarczą i prestiżową bramą do świata.
Dziś Polacy domagają się nowej Gdyni. Czy przybierze ona kształt wielkiego lotniska, największej armii lądowej w NATO czy polskiego atomu, to jest drugorzędne. Liczy się sama emocja, do której zapisują się niemal wszyscy politycy.
To dlaczego część twojej odpowiedzi brzmiała: „nie”?
Taka partia nie może powstać, ponieważ… nie ma o co toczyć sporu. Poza bardzo wąskimi środowiskami eksperckimi, które realnie znają się na temacie i lubią o tym dyskutować, wielki sen o polskim rozwoju żyje w debacie głównie jako nośny slogan. Pod takim hasłem łatwo podpisać się każdemu, więc nikt nie czuje potrzeby, by je konkretyzować.
Nie ma dwóch konkurencyjnych projektów rozwojowych ani wyartykułowanych dwóch różnych dróg dojścia. Kiedy pada pytanie, czy stać nas jednocześnie na atom, armię i CPK, odpowiedź brzmi: stać nas na wszystko.
Skoro nikt nie chce płynąć pod prąd tego rozwojowego nurtu, nie ma potrzeby tworzenia osobnej partii. Nie ma sporów o kształt modernizacji, takich poważnych, za to jest licytacja: kto z polityków ogłosi większą armię, więcej bloków jądrowych, więcej megaprojektów.
Szalone pytanie: „po co?” nie ma prawa w tej dyskusji paść. Znowu powiem coś kontrowersyjnego, ale „przegonienie Niemców” to nie jest polityka przemysłowa, to jest zbiorowa terapia. Możemy tak przeganiać Niemców kolejne 30 lat i dalej nie odpowiedzieć sobie na pytanie, co my chcemy dzięki temu osiągnąć.
Zauważ, z kim w opozycji konkuruje dziś Mateusz Morawiecki. Przecież nie z Przemysławem Czarnkiem, nie z prezydentem Nawrockim ani nawet z Jarosławem Kaczyńskim. Były premier konkuruje z Donaldem Tuskiem o to, kto będzie twarzą polskiego rozwoju. O to, kto założy mundur kapitana na statku polskiej nowoczesności albo czapkę konduktora w rozpędzonym Pendolino jadącym w kierunku „rozwój”.
Spór toczy się tylko na poziomie wspomnianych wcześniej aspiracji: czy bardziej imponuje nam tradycyjny Zachód, czy dynamiczna Azja? Czy jest jeszcze sens trwać w Unii Europejskiej, czy go nie ma? Czy ufamy Trumpowi, czy nie?
To są jednak spory polityczne i ideologiczne o miejsce na mapie świata, o nasze wyobrażenie o nas samych, a nie dwie alternatywne doktryny gospodarcze. Nie ma dziś tak na serio, dajmy na to, doktryny piastowskiej kontra jagiellońskiej. Nie ma obozu pro- i antyrozwojowego.
Spór, który faktycznie istnieje dotyczy tylko proporcji w ufności wobec Bruseli i Waszyngtonu, dwa obozy rzeczywiście inaczej postrzegają to, gdzie powinniśmy zakotwiczyć naszą potrzebę suwerenności. Ale poza tym? Przecież wszyscy od Rafała Ziemkiewicza po Adriana Zandberga są w „partii rozwój”.
I gdzie jest haczyk?
Ciekawie, a zarazem makabrycznie zrobi się wtedy, gdy to historyczne okno zacznie się zamykać. Może się wówczas okazać, że praktyczną barierą dla polskiego rozwoju wcale nie są Niemcy, Unia Europejska, Trump, Putin czy Zełenski, ale nasze własne, narodowe i klasowe egoizmy.
Bo prawdziwym problemem może nie być to, że Friedrich Merz w Berlinie chce nam czegoś zabronić, ale to, że my, Polacy, wcale nie jesteśmy aż tak chętni, by cokolwiek w naszym dotychczasowym, wygodnym modelu życia realnie zmieniać.
Gdybyś miał to jakoś ująć w jedno naczelne hasło, czy mogłoby to być znane skądinąd „nic, co dane, nie zostanie odebrane”? Przez ponad trzydzieści lat rozwoju III RP zdobyliśmy określone zdobycze i teraz za wszelką cenę chcemy bronić tego stanu posiadania?
Znowu: „be careful what you wish for”. Dorobiliśmy się asertywnej, nastawionej na konsumpcję i bardzo głośnej klasy średniej. Pod tym względem wcale nie różnimy się od Holendrów, Francuzów czy Belgów, czyli społeczeństw, które patrzą na swoje państwo w analogiczny sposób.
Nie chcemy podniesienia wieku emerytalnego ani wyższych składek. Nie zgadzamy się na masową migrację, ale jednocześnie nie mamy pojęcia, kto w takim razie, w obliczu dramatycznego spadku dzietności, miałby pracować na te nasze wyższe emerytury.
Chcemy realizować ambitne, wielkie cele, ale każdy uważa, że rachunek za nie powinien zostać pokryty z cudzej kieszeni, nigdy z jego własnej. Pod tym względem staliśmy się na wskroś zachodnioeuropejscy.
To zupełnie naturalne, że rosnąca zamożność zrodziła w polskiej debacie publicznej potężny postulat ochrony wypracowanego majątku. 30 lat temu straszenie Polaków, że ktoś odbierze im dobrobyt, nie miałoby racji bytu, bo tego dobrobytu po prostu nie było.
Wizja, że Ukraińcy, Hindusi, Niemcy czy ktokolwiek inny czyha na naszą zamożność, brzmiałaby wtedy absurdalnie i zupełnie nie korespondowałaby z ówczesną rzeczywistością. Trzy dekady temu baliśmy się raczej tego, że to inni są bogaci i przez to nas sobie podporządkują, a nie tego, że przyjdą odebrać nam co nasze.
Dzisiaj polska klasa średnia do której wbrew wszelkim logicznym miarom ekonomicznym zalicza się w swoich własnych oczach aż 76% naszych rodaków zachowuje się dokładnie tak, jak w słynnej metaforze „kolejki po dobrobyt” autorstwa socjolożki Arlie Russell Hochschild.
Czujemy, że bardzo długo staliśmy w tej kolejce, byliśmy pokorni, ciężko pracowaliśmy i przestrzegaliśmy wszelkich reguł gry, żeby wreszcie doczekać się pewnego poziomu życia. Uznajemy więc, że największą możliwą niesprawiedliwością byłoby teraz wpuszczenie do tej kolejki kogoś innego przed nami.
I moim zdaniem to jest bardzo mocna w Polsce emocja. I powiem więcej: na pewnym poziomie ona wcale nie jest nieracjonalna. Jest w pełni zrozumiała, a zarazem staje się… największą przeszkodą dla wszystkich wielkich celów rozwojowych, jakie przed sobą stawiamy.
Dlaczego? Bo nikt nie chce płacić podatków na największą armię w NATO albo CPK?
To oczywiste, jasne że nikt nie chce płacić. Ale jest nawet gorzej. Poprzez strukturę systemu podatkowo-składkowego w Polsce samo państwo utrwala model, w którym premiowane jest zakładanie dziesiątek i setek tysięcy mikrofirm, które działają na granicy rentowności, a które mogą zwiększyć ją tylko poprzez wymuszanie na systemie dalszych ulg i obniżek podatków.
Te firmy nie staną się kolejnym Apple’m i Teslą. Przeciwnie, wypracowane nadwyżki ich własciciele zainwestują w nieruchomości w Hiszpanii albo nowe auta, a nie w przełomowe technologie. Ewentualnie zapakują oszczędności w fundacje rodzinne na dobry start dla dzieci.
Dziura w NFZ i ZUS będzie się powiększać, a ten „nowy model rozwoju”, o który wszyscy się niby upominają nigdy się nie zrealizuje, bo państwo będzie inwestować więcej w pokrycie deficytu systemu usług społecznych niż w naukę, badania, politykę przemysłową czy cokolwiek innego.
Do tego dochodzi model migracji, który będzie utrzymywał w Polsce niskie koszty pracy, ale dzięki setkom tysięcy i milionom pracowników przyjezdnych – bo tylko tak to się będzie spinać.
Czyli dalej produkujemy tanio i mamy niskie podatki, ale żeby to mogło się bilansować, polska konkurencyjność będzie opierała się na eksporcie żywności czy mebli złożonych rękami Kolumbijczyków i Hindusów.
Na tym polega największa ironia: wszyscy krzyczą o „nowym modelu rozwoju”, ale w rzeczywistości ten nowy model rozwoju byłby zabójczy dla bardzo wpływowych sektórów – od branży rolno-spożywczej po transport – które mają przewagę na rynku europejskim dzięki niskim kosztom.
I tu znowu wracamy do analogii z Włochami – masz piękne miasteczka Toskanii, w których nikt nie mieszka, utrzymanie infrastruktury jest coraz droższe, w sektorze usług komulanych pracują już wyłącznie migranci, a dobrych miejsc pracy dla młodych i tak nie ma, więc uciekają do miast, a zapaść prowincji się pogłębia, To masz czarny scenariusz dla Polski: Toskania bez słońca.
Twoją książkę ozdabia ilustracja rozwidlającej się w dwie strony drogi. Prosto nie da się już jechać. Między czym a czym wybieramy?
Chcemy być azjatyckim tygrysem na wzór Korei, Tajwanu czy Chin, a zarazem wygodną europejską socjaldemokracją, w której wszyscy przechodzą na emeryturę w wieku 60 lat, kupują nieruchomości na nadmorskim wybrzeżu i wysyłają dzieci do dobrych szkół, samemu wygodnie żyjąc dzięki pracy pracowników migranckich i żyjąc ze zgromadzonego kapitału.
Uważamy, że Polska musi iść do przodu, rozwijać się i przeskakiwać kolejne szczeble drabiny, ale jednocześnie tak naprawdę nie możemy pozwolić sobie na to, żeby ktokolwiek musiał w imię tego rozwoju cokolwiek poświęcić i że nie ma właściwie żadnego nadrzędnego celu, który by uzasadniał jakiekolwiek naruszenie indywidualnego prawa do gromadzenia majątku, wygodnego życia i konsumpcji.
To są dwie sprzeczne, bardzo trudne ze sobą do pogodzenia ambicje. I metafora tych dwóch drogowskazów na okładce mojej książki może zostać w ten sposób odczytana.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
Jakub Dymek
Gabriel Czyżewski
