Psychiatryzacja życia w Polsce. Jesteśmy na drodze do narodowej lekomanii?
Z danych Narodowego Funduszu Zdrowia wynika, że antydepresanty przyjmuje dziś około 10 proc. naszego społeczeństwa. W ciągu ostatnich 11 lat stosowanie leków przeciwdepresyjnych wśród dzieci wzrosło o 455 proc. Obecnie tego typu środki przyjmuje 124 tys. nieletnich. W ostatniej dekadzie obserwujemy korzystny społecznie proces destygmatyzacji problemów psychicznych. Jednak wraz z potrzebnym upowszechnieniem opieki psychiatrycznej rośnie także ryzyko patologii.
Jednym z przejawów psychiatryzacji życia codziennego jest coraz częstsze traktowanie naturalnych doświadczeń i emocji jako problemów wymagających specjalistycznej interwencji. Współczesne klasyfikacje diagnostyczne sprawiają, że nawet dojmujący smutek po stracie bliskiej osoby może zostać zakwalifikowany jako stan wymagający konsultacji psychiatrycznej i farmakoterapii.
Trwająca powyżej dwóch tygodni żałoba – według amerykańskiego podręcznika zaburzeń psychicznych DSM – już jest powodem zapisywania leków antydepresyjnych.
Do terapeutów coraz częściej trafiają osoby przekonane, że zwyczajne ludzkie doświadczenia – takie jak smutek, bezradność, rozczarowanie czy poczucie niespełnienia – stanowią objaw zaburzenia psychicznego wymagającego leczenia. W efekcie zaciera się granica między cierpieniem będącym częścią ludzkiego życia a stanami rzeczywiście wymagającymi pomocy klinicznej.
Podobny mechanizm można dostrzec w przypadku młodych ludzi kierowanych na leczenie psychiatryczne z powodu trudności, które nie wynikają z zaburzeń psychicznych, lecz z napięć rodzinnych lub niespełnionych oczekiwań otoczenia. W takich sytuacjach farmakologia staje się narzędziem rozwiązywania problemów wychowawczych lub społecznych, a nie odpowiedzią na rzeczywistą chorobę.
To dobrze, że skończyły się czasy, w których pójście do psychiatry czy psychoterapeuty wiązało się ze wstydem. Można się jednak zastanawiać, czy nie mamy do czynienia z niepokojącym skutkiem ubocznym tego procesu.
Chodzi m.in o problem nadmiernej medykalizacji dzieci i młodzieży – zwłaszcza że statystyki korzystania przez nich z psychoterapii czy innych form pomocy psychologicznej nie rosną w równie szybkim tempie.
Tabu antypsychiatrii to w Polsce problem?
Na marginesie warto wspomnieć, że przeprowadzony przeze mnie wywiad z dr. Radosławem Stupakiem, opublikowany na łamach „Gazety Wyborczej” w styczniu, dotyczący właśnie tych kwestii, wywołał w środowisku polskich lekarzy falę oburzenia, ponieważ o lekach psychiatrycznych publicznie wypowiadał się psycholog.
„Prasa nie powinna bezkrytycznie publikować obszernych wypowiedzi na temat leków formułowanych przez osobę nieposiadającą uprawnień zawodowych lekarza, która tych leków nigdy nie stosowała u pacjentów” – mogliśmy przeczytać w oświadczeniu Naczelnej Rady Lekarskiej. Również Polskie Towarzystwo Psychiatryczne stwierdziło wysoką szkodliwość społeczną tego wywiadu.
To naturalne, że psychiatrzy źle znoszą głosy krytyki wobec własnego środowiska. Czy rzeczywiście jednak można tak łatwo zbyć argumentację Radosława Stupaka?
Wyciszanie debaty i pacjentów?
– Sęk w tym, że taka sytuacja bynajmniej nie jest marginesem – komentuje amerykański psychiatra, dr Jacek Dębiec. – Przyjrzyjmy się temu, co właściwie się dzieje. Psychologowi i wykładowcy akademickiemu, który naukowo zajmuje się problemem medykalizacji w psychiatrii, odmawia się prawa do publicznych wypowiedzi. Wygląda to na tzw. framing, czyli narzucanie takiej formuły debaty, która z góry określa jej wynik.
Dr Dębiec uważa takie podejście za błędne. To raczej wyciszanie ważnych krytycznych głosów oraz brak refleksji i merytorycznej dyskusji charakteryzuje się społeczną szkodliwością. Jakość debaty zależy od tego, jakich argumentów używamy i jak je prezentujemy, a nie od tego, czy ktoś ma wykształcenie psychologiczne czy lekarskie.
Dlaczego niektórzy lekarze nie potrafią przyjąć tych głosów krytyki? Według psychiatry to może być trudne i budzić wiele negatywnych emocji, gdyż godzi w wyidealizowany obraz tego zawodu, który duża część psychiatrów nosi w sercu. W końcu wielu lekarzy wybrało psychiatrię, by uczestniczyć w czymś z gruntu dobrym.
A tu nagle jakiś psycholog zwraca uwagę, że wyniki badań nad lekami psychiatrycznymi bywają celowo wypaczane przez badających, a psychiatrzy akademiccy pobierają wynagrodzenia od firm farmaceutycznych, jednocześnie pomijając milczeniem fakt, że konflikt interesu może mieć wpływ na prowadzone przez nich badania leków produkowanych przez ich sponsorów.
Jeśli jednak psychiatrzy będą kierować się wyłącznie syndromem „oblężonej twierdzy” i kreować się na jedynych obrońców pacjentów, wówczas nie ma mowy o konstruktywnym dialogu. Dziś polscy pacjenci skarżą się na to, że ich negatywne głosy pojawiające się na internetowej stronie Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, są niemal natychmiast usuwane.
– Nie wiem, dlaczego usuwa się te krytyczne głosy – komentuje dr Dębiec. – Czy wynika to z nieprzygotowania na krytykę, czy z korporacyjnej strategii ochrony marki (brand protection) zalecanej przez specjalistów od marketingu?
Zachęcałbym do odwrotnej strategii – udostępniania stron internetowych, gdzie pacjenci mogliby bezpiecznie podzielić się swoimi niekorzystnymi doświadczeniami z zażywaniem leków psychotropowych, a lekarze mogliby nawiązać z tymi osobami dialog, uczyć się od tych pacjentów i tam, gdzie jest to możliwe, próbować pomóc.
Następny etap wojny kulturowej? Polaryzacja na temat psychiatrii
Jak dyskutować o antydepresantach, żeby temat nie ugrzązł w logice polaryzacji? – pytam dr. Stupaka. – Niestety, reakcje establishmentu psychiatrycznego, części środowisk politycznych i dużych mediów, które blokują rzetelną i uczciwą dyskusję, ostracyzują ludzi mówiących o problemach, atakują ich i próbują dyskredytować, same prowokują taką polaryzację prowadzącą do zajmowania skrajnych stanowisk.
Jeśli cierpiący ludzie czują, że władza nie dość, że nie pomaga, to jeszcze szydzi z ich realnego cierpienia, to zwracają się w stronę środowisk, które oferują im choćby symboliczne uznanie.
Psycholog tłumaczy, że w USA istotnym aspektem tego, że taka dyskusja w ogóle została podjęta, jest fakt, że do głosu – także w ramach psychiatrii – zaczyna dochodzić pokolenie osób urodzonych w latach 80., które często na własnej skórze doświadczyły nieskuteczności, a czasem także szkodliwości dominującego w psychiatrii podejścia do problemów psychicznych, albo przynajmniej obserwowały to z bliska.
– Być może w Polsce z podobnymi procesami będziemy mieć do czynienia dopiero za 10–20 lat, gdy odpowiednią pozycję, pozwalającą realnie domagać się zmian i je wprowadzać, zdobędzie dzisiejsze młode pokolenie – twierdzi specjalista.
Potrzebujemy wyważonej perspektywy
Obecnie, z powodu wzmożonej aktywności różnych antynaukowych i antymedycznych ruchów, należałoby szczególnie wzmacniać wyważoną perspektywę, odpowiadając na krytyczne argumenty. Bo jeżeli psychiatrzy nie będą potrafili słuchać swoich pacjentów, to skrzywdzeni odnajdą się wyłącznie w parareligijnych ruchach sceptycznych. A z drugiej strony będziemy mieli parareligijne ruchy gloryfikujące, wycinające wszystkie krytyczne głosy.
– Psychiatrom nie spadłaby korona z głowy, gdyby przyznali: „Tak, konflikt interesów to ważna sprawa”. Osoba, która krytycznie wypowiada się wobec krytykujących – których głos jest często uzasadniony – powinna umieć zdobyć się na refleksję autokrytyczną. Zdolność do takiej refleksji – jak niedawno pisał profesor Tadeusz Gadacz – to niezbędna cecha myślenia krytycznego.
Gdy ktoś potrafi być samokrytyczny, w oczach odbiorców zyskuje uznanie. Bo pokazuje, że jego krytycyzm nie jest wąskotorowy – rzeczywiście stara się patrzeć szerzej. Uważam, że etos lekarski, a przede wszystkim etos naukowca, tego właśnie wymaga. Oczywiście jest to pewien ideał, ale nad tym ideałem trzeba pracować – podsumowuje dr Dębiec.
Uciszanie dyskusji grup radykalnych, które wskazują na realny problem, w dłuższej perspektywie wzmacnia kontestatorów, osłabia autorytet nauki i zaufanie do psychiatrii. W interesie zarówno lekarzy jak i pacjentów jest więc otwarta dyskusja. W przeciwnym razie w Polsce psychiatra stanie jest kolejnym polem wojny kulturowej, z czym już mamy do czynienia w Stanach.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
