Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Geopolityka polskiej strategii przemysłowej (w długim trwaniu)

Geopolityka polskiej strategii przemysłowej (w długim trwaniu) Autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Przyszłość jest niepewna. Będzie wymagać od nas elastyczności. Może wymusić na nas korekty kursu. Także korekty kursu geopolitycznego. Np. w wypadku zbliżenia największych państw zachodnioeuropejskich do Chin po linii wyznaczonej przez premiera Hiszpanii, Pedro Sancheza lub w wypadku dojścia do skutku „arktycznego dealu” między USA a Rosją. Pewne jest, że w obecnym układzie geoekonomicznym musimy w trybie przyspieszonym uczyć się jasnego i samodzielnego definiowania własnego interesu narodowego. Tak, byśmy za kilka dekad – zamiast znów zwalać winę za utratę sterowności lub niepodległości państwa na czynniki zewnętrzne – mogli przekazać dalej Polskę rządną, zamożną i zdolną się obronić.

Z tych, co jeszcze się chwieją na istnienia kładce

Mało kto, zamiast gniewać się na to, co było,

Zęby ściśnie i powie – długi ojców spłacę,

A co ich ułomnością – naszą będzie siłą.

Jacek Kaczmarski, „Nad spuścizną po przodkach deliberacje”

Czas ucieka. Biorąc pod uwagę wyzwania, przed którymi stoimy jako wspólnota polityczna chcąca zachować własne państwo, debata o polskiej strategii przemysłowej powinna już wchodzić na wysoki poziom szczegółowości.

Powinniśmy już pytać chociażby: jak zaprojektować optymalnie polityki publiczne dotyczące tzw. komponentu krajowego (local content), by stworzyć polskim firmom realne warunki do wzrostu, także dzięki wykorzystaniu zamówień publicznych?

Jak sprawić, by przedsiębiorstwa, które rosnąć będą dzięki przywilejom udzielanym im przez polskiego podatnika z tytułu ich polskości, musiały wykazywać się np. innowacyjnością, która pozwoli im przetrwać na rynkach poza Polską i dokonywać eksportowej ekspansji?

Lub: jak uczyć się od naszych zagranicznych partnerów sprytnego wykorzystania istniejących w ramach jednolitego wspólnego rynku furtek do promowania polskich firm tak, by nie narazić się ze strony państw zachodnioeuropejskich na retorsje, które mogłyby nas gospodarczo zbyt drogo kosztować?

Takie dyskusje próbujemy animować wraz z parlamentarzystami, przedstawicielami środowisk eksperckich, administracji i biznesu na forum parlamentarnego zespołu ds. polityki przemysłowej, powołanego z inicjatywy posłanki Pauliny Matysiak.

W tym tekście chcę jednak wziąć głębszy oddech i zrobić kilka kroków wstecz – w przeszłość polskiej polityki przemysłowej. Po to, by wyraźniej zobaczyć, jak wygląda strukturalne pole napięć, w którym polska strategia przemysłowa musi się poruszać. Wymaga to (z konieczności szkicowego) ujęcia geopolitycznych uwarunkowań polskiej strategii przemysłowej w długim trwaniu.

Polityce przemysłowej potrzeba rynków zbytu. Przed polską strategią przemysłową stały historycznie trzy drogi wytworzenia lub zdobycia takich rynków. Pierwsza, do środka, na rynek wewnętrzny. Druga, na Wschód, w powiązaniu z Rosją. I trzecia, na Zachód.

COP: ograniczenia rynku wewnętrznego

Pierwszą drogę zarysował przed wojną Eugeniusz Kwiatkowski. Zrobił to najwyraźniej w swoim planie 15-letnim, ogłoszonym krótko przed wybuchem II wojny światowej. Rozpęd tej strategii przemysłowej miały dać inwestycje, przede wszystkim zbrojeniowe, tworzące Centralny Okręg Przemysłowy.

Historycy gospodarczy, tacy jak Zbigniew Landau i Jerzy Tomaszewski, wykazali efekty ożywienia gospodarczego, które wygenerowała strategia Kwiatkowskiego. Jednocześnie, jak wskazuje Stefan Kawalec, były wiceminister gospodarki i prezes Capital Strategy, ta metoda pobudzania rozwoju gospodarczego najprawdopodobniej napotkała, jeszcze przed wojną, swoje granice wzrostu.

Jako przyczynę podać można relatywną płytkość rynku wewnętrznego. W roku 1938 50% mieszkańców Polski stanowili chłopi (biorąc pod uwagę szerszą definicję ludności wiejskiej, odsetek ten był jeszcze wyższy i sięgał około 60-65% ogółu mieszkańców kraju). 64% z nich funkcjonowało w dużym stopniu w ramach gospodarki naturalnej, mogąc pozwolić sobie na zakup jedynie najniezbędniejszych produktów, nie generując więc popytu na artykuły przemysłowe.

Silna pozycja gospodarcza i polityczna tzw. sfer ziemiańskich (niecałe 0,6% gospodarstw miało do dyspozycji 44% gruntów) blokowała możliwość przeprowadzenia reformy rolnej z prawdziwego zdarzenia, która wzmocniłaby popyt wewnętrzny na wsi i jednocześnie uwolniła ręce do pracy w przemyśle.

Drugą, nie mniej z dzisiejszej perspektywy istotną granicą dla strategii przemysłowej Kwiatkowskiego w II RP, był brak dostępu do rynków zagranicznych. Nie tylko na wschodzie, w ZSRR, ale także na Zachodzie, w krajach, które, jak Niemcy, stosowały w stosunku do Polski wysokie bariery celne. Jak wskazuje Stefan Kawalec:

„W latach 1925-1928 polski eksport do Rosji i krajów bałtyckich stanowił średnio zaledwie 8 proc. wartości sprzedaży z polskich terytoriów pod zaborem rosyjskim do Rosji w 1910 r. W tych samych latach 1925-1928 średnia wartość rocznego eksportu Polski do Niemiec stanowiła 45 proc. średniej rocznej wartości sprzedaży produkcji w zaborze pruskim do pozostałych prowincji Niemiec w latach 1911-1913”.

Industrializacja Lubeckiego: związanie Polski z Rosją

Drugą ścieżkę polskiej strategii przemysłowej wyznaczył książę Drucki-Lubecki, twórca polityki gospodarczej Królestwa Kongresowego. Podobnie jak Kwiatkowski sto lat po nim, Drucki-Lubecki mierzył się z niskim nasyceniem gospodarki skłonnym do inwestycji prywatnym kapitałem. Mierzył się również z  niską skłonnością do produktywnych i innowacyjnych inwestycji ze strony rentierskich, oligarchicznych elit, które wolały wygodny i nieryzykowny „dochód pasywny” z ziemi i pracy chłopów.

Dlatego książę-minister uznał za konieczne nadanie impetu industrializacji, wzorem pruskim, przez państwo. Już za czasów napoleońskich część elit Księstwa Warszawskiego, nauczona przegraną w konfrontacji z Prusami, zaczęła uczyć się od pruskiego merkantylizmu.

Dziś podobną przyspieszoną ewolucję przechodzą elity amerykańskie i europejskie, które po dekadach wiary w neoliberalną globalizację zaczynają rozpoznawać geoekonomiczne konsekwencje wzrostu Chin, napędzanego długofalową polityką przemysłową.

Polityka fiskalna oraz forsowna, sterowana przez państwo industrializacja, stanowiąca program Lubeckiego była więc kontynuacją strategii części polskich elit.

Z jedną zasadniczą różnicą. Lubecki widział przed swoją strategią horyzont ekspansji żywiołu polskiego – za pośrednictwem silnego polskiego przemysłu – do Rosji.

Tym, czego obawiali się przeciwnicy Lubeckiego związani z pismem „Nowa Polska” (późniejsi konspiratorzy, którzy wywołali powstanie listopadowe), był właśnie możliwy sukces tej polityki. Sukces, który na trwale związałby Polskę z Rosją i poddał ją korodującemu działaniu rosyjskich „standardów cywilizacyjnych”,  tak opisanych przez Maurycego Mochnackiego w Powstaniu narodu polskiego w latach 1830 i 1831:

„Za zasadę w tej mierze położyć trzeba, że wszyscy urzędnicy w państwie cara kradną, zacząwszy od kolleskowo registratora czetyrnacatowo kłassa, aż po pierwszego ministra. Co większa, kraść muszą. Bez tego bowiem wszystko by się natychmiast rozprzęgło w Moskwie.

Zarobek uboczny jest ich pensją; ta bowiem, którą rzeczywiście pobierają, zaledwie na tydzień jeden wystarczyć by mogła. Nikt nie jest w stanie wykalkulować, ile mieszkańcy płacą rządowi. Co muszą wnosić do skarbu podług ukazów, niemałą jest rzeczą, ale przynajmniej udeterminowaną; zaś dwa, trzy, cztery razy płacą agentom władzy.

«Gdzie wszyscy kradną, nikt nie jest złodziejem» – mówią Moskale. Car moskiewski może, jeźli zechce, przestać być człowiekiem, może nawet, jeźli mu się spodoba ogłosić się w katechizmie czwartą osobą Trójcy i być szatanem swych poddanych; nikt mu we Wszechrosji za złe nie weźmie. Ale biada mu, po trzykroć biada, jeśliby spróbował nie chcieć był głową, patronem uprzywilejowanym złodziejów swojego państwa”.

Raz jeszcze doświadczyć mogliśmy wpływu rosyjskiej kultury organizacyjnej na efektywność gospodarczą po roku 1945. Dlatego poświęcona polityce Lubeckiego książka Jerzego Jedlickiego Nieudana próba kapitalistycznej industrializacji. Analiza państwowego gospodarstwa przemysłowego w Królestwie Polskim XIX wieku daje się czytać także jako opowieść z kluczem o próbie modernizacji podjętej w PRL.

Próbie modernizacji realizowanej znów, jak w czasach księcia Lubeckiego, w orbicie rosyjskiej kultury organizacyjnej z jej niewiążącym stosunkiem do prawa własności. Jest to, jak pokazuje Mochnacki, kultura organizacyjna, która nie zaczęła  się w Rosji dopiero z bolszewikami. Nie skończyła się też, dodajmy, wraz z tak zwanym „upadkiem komunizmu”. O czym miał okazję przekonać się każdy, kto na ziemiach poddanych jej długotrwałemu promieniowaniu spotkał się z ludźmi władzy, nieważne, czy wielkiej, czy małej: od kierowcy zatłoczonego busika, decydującego czy zabrać kolejnego pasażera po konduktorkę pociągu.

Od nas zależy odpowiedź na pytanie, czy chcemy ponownie poddać się oddziaływaniu tego „systematu”, w którym nawet własność nie chroni obywateli przed arbitralnością oligarchów, a majątki oligarchów – przed arbitralnością władzy centralnej.

Przestrzeń ekspansji: jednolity wspólny rynek

Po roku 2005 jednym z podstawowych warunków rozwoju gospodarczego i ekspansji polskich firm był jednolity wspólny rynek w UE, dający naszym przedsiębiorstwom dostęp do 500 milionów zamożnych konsumentów.

Utrzymanie dostępu do tego rynku definiuje interes gospodarczy Polski. W końcu, jak się zdaje, udało się Polsce osiągnąć szczęśliwą koniunkcję: mamy dostęp do szerokiego rynku zbytu bez konieczności poddania się niskoefektywnym gospodarczo rosyjskim wzorcom zarządzania.

Jednak postawa, wedle której wystarczy nic nie robić, by Polska wciąż rozwijała się tak szybko, jak po 2005 roku, ryzykuje zbytkiem dziejowego optymizmu. Wypunktujmy tu krótko trzy podstawowe czynniki – opisane w sposób pogłębiony w tekście Krzysztofa Mroczkowskiego Polski sukces w euroamerykańskim stuleciu? w nr 34 Polityki Narodowej – które nakazywałyby traktować z dystansem optymizm analityków twierdzących, że zasadniczo wystarczy dać sprawom toczyć się swoim biegiem.

Pierwszym czynnikiem jest relatywna stagnacja europejskich rynków, z którymi silnie powiązana jest Polska. Drugim: możliwa bardziej asertywna polityka przemysłowa naszych europejskich partnerów gospodarczych prowadzona pod znakiem nacjonalizmu gospodarczego.

Polityka, która – biorąc pod uwagę wciąż znacząco większą siłę ich gospodarek oraz nieostrożnie lekceważoną dziś przez polską opinię publiczną sprawność ich aparatów administracyjnych – dać im może znaczące przewagi w wypadku osłabienia jednolitego wspólnego rynku kosztem premiującej silniejszych logiki „Europy ojczyzn”.

Wystarczy sobie wyobrazić konsekwencje, jakie przyniosłoby polskiej gospodarce powtórzenie katastrofalnej przedwojennej wojny celnej z Niemcami. Czego wykluczyć nie można (przynajmniej w jakimś stopniu) po dojściu do władzy najwyżej notowanej w sondażach Alternative fur Deutschland. Podobnie, jeśli zamiast budowania europejskiej koalicji na rzecz rewizji systemu ETS wybierzemy jednostronne wycofanie się z niego, co może poskutkować samowykluczeniem się przez Polskę z dostępu do rynków europejskich.

Chińska presja: gospodarczego końca historii nie będzie

Trzecim czynnikiem jest presja chińskiej polityki przemysłowej na polskie przedsiębiorstwa. Polscy przedsiębiorcy nie rywalizują bowiem z chińskimi „Januszami biznesu”. Rywalizują z długofalową strategią przemysłową Partii Komunistycznej Chin, jak to ujęli Jakub Jakóbowski i Janka Oertel w raporcie Electric shock: The Chinese threat to Europe’s industrial heartland [Elektryczny szok: chińskie zagrożenie dla przemysłowego rdzenia Europy].

Strategię tę dobrze ilustruje anegdota opowiedziana mi przez jednego z polskich analityków ds. Chin, dotycząca pewnego polskiego przetargu. Potencjalny chiński kontrahent na pytanie o cenę, jaką oferują w wymienionym przetargu odpowiedział po prostu: „najniższą”.

„Ale jaką konkretnie kwotę ma pan na myśli?” – dopytywał jego potencjalny polski partner. „Najniższą. Niech pan wymieni najniższą kwotę, którą zaoferowała konkurencja, a my zejdziemy jeszcze niżej. W tym roku zarząd nie wyznaczył nam wskaźników finansowych, które musimy osiągnąć. Jedynie wolumenowe” – odpowiedział Chińczyk.

I choć konkurencja między przedsiębiorstwami czy całymi prowincjami jest obecna, nawet bardzo silnie, na pewnych poziomach chińskiego systemu, to trudno ukryć, że jego logika – wiążąca bezpośrednio efektywność ekonomiczną z polityczną – jest bardzo odległa od wizji wolnego rynku, jaką wyznaje istotna część polskich komentatorów i polityków.

Przykładem może być tu Grzegorz Braun, który złożył niedawno wizytę ambasadorowi Chińskiej Republiki Ludowej, roztaczając wizję „perspektyw współpracy (zwłaszcza gospodarczej) naszych niepodległych państw”.

Nie dotyczy to zresztą tylko polityków „antysystemowych” wprost wzywających do odwrócenia sojuszy i konwergencji z prawnymi standardami państw BRICS (Brazylii, Rosji, Indii, Chin i Afryki Południowej), ale także przedstawicieli partii jak najbardziej establishmentowych, w tym Koalicji Obywatelskiej (wystarczy sprawdzić skład polsko-chińskiej grupy parlamentarnej).

Zapewne odrzucanie wszelkich form gospodarczej kooperacji europejskich i chińskich podmiotów grzeszyłoby dogmatyzmem, Zwłaszcza w formule „odwróconych Chin” zarysowanej w Industrial Accelerator Act, za pomocą którego Unia próbuje dziś – jak to ujął Krzysztof Mroczkowski –„zrobić Chinom to, co Chiny przez wiele lat robiły Europie”.

Wedle tego aktu Unia, w zamian za dostęp do europejskiego rynku, wymagałaby od Chin np. transferu technologii, a także europeizacji kluczowych ogniw nowoczesnego przemysłu, związanych m.in. z elektromobilnością i innymi zielonymi technologiami rozwijanymi błyskawicznie przez Chiny.

Jednak wizja współpracy polsko-chińskiej proponowana przez polityków i komentatorów wciąż wierzących w automatycznie samoregulujący się wolny rynek, wizja korzystna dla obu kontrahentów, wolnorynkowej współpracy z gospodarką-państwem, które przez wiele lat potrafiło wykorzystywać podobną krótkowzroczność znacznie większych partnerów (zaczynając od Angeli Merkel i niemieckich firm motoryzacyjnych), by wygryźć ich z rynku, pokazuje, jak mocno w umysłach dużej części polskich elit zakorzeniła się wiara w gospodarczy koniec historii.

Fukuyama zapuścił wąsy

Rytuałem inicjacyjnym każdego domorosłego geopolityka jest dziś śmieszkowanie z Fukuyamy, wierzącego w trwałość liberalnej globalizacji. Jednak często ci sami politycy i komentatorzy nie zadają sobie trudu, by zakwestionować wiarę w gospodarczą infrastrukturę ideologii, którą rzekomo porzucili.

Wciąż wyznają wiarę w swobodny przepływ kapitału i ludzi regulowany jedynie przez „wolny rynek”. Dotyczy to nie tylko Chin, ale także Indii. Tu również trudno uświadczyć debaty np. o wzmocnieniu polskiej dyplomacji gospodarczej, która umożliwiłaby polskim przedsiębiorstwom ekspansję na subkontynencie.

Byłaby to strategia nie tylko bardziej efektywna, ale też bardziej odpowiedzialna i sprawiedliwa niż masowa migracja, która prowadzi do drenażu mózgów w krajach rozwijających się. Wysysa ona z krajów Globalnego Południa często najbardziej przedsiębiorczych obywateli, podejmujących w krajach takich jak Polska prace zazwyczaj znacznie poniżej swoich kompetencji.

Niestety, oczekiwać można raczej kontynuacji kursu zapowiedzianego przez polityka Konfederacji Korony Polskiej Romana Fritza, zachwalającego Polskę jako miejsce „coraz bardziej atrakcyjne dla Hindusów”. Nie jest zapewne przypadkiem, że ten sam Roman Fritz, wywodzący się z Kongresu Liberalno-Demokratycznego, wzywa do likwidacji pensji minimalnej.

Nie jest to postawa marginalna, biorąc pod uwagę stosunek do „legalnej migracji” polityków prominentnych (jak Przemysław Czarnek) czy przynajmniej popularnych (jak Ewa Zajączkowska-Hernik) broniących jej w imię ochrony polskich przedsiębiorców, którzy potrzebują rzekomo jeszcze tańszych „rąk do pracy”. Francis Fukuyama ma się dobrze. Po prostu dla niepoznaki zapuścił staropolski wąs Janusza biznesu.

Dwie drogi

Rysując rzecz w najogólniejszych liniach – przed polską gospodarką stoją dwie drogi. Jeśli niekorzystnie złożą się dla nas warunki geopolityczne, a dodatkowo zwycięży siła ciążenia mniej ambitnej części polskiego biznesu, stanowiącego zaplecze gospodarcze zarówno dużej części establishmentu, jak i sił, które chcą uchodzić za „antysystemowe”,  nie możemy wykluczyć dalszego zalewania naszego rynku tanimi pracownikami z Kolumbii czy Indii i tanimi towarami z Chin.

Nie możemy także wykluczyć rosnącej obecności kapitału chińskiego, skorego do obniżania standardów prawnych z pracowniczymi, środowiskowymi i społecznymi skutkami takiego procesu. Takimi jak chociażby – by sięgnąć po drastyczny przykład – skutkujące ofiarami śmiertelnymi zawalenie się stropu dworca w serbskim Nowym Sadzie po renowacji budynku przez chińską firmę, która otrzymała kontrakt od miejscowych prochińskich władz.

Odwołania do Chin będą coraz częściej stosowaną przez rodzime oligarchie strategią retoryczną – narzędziem zwiększania presji na pracowników. Choć przecież gdyby to jedynie niskie koszty pracy decydowały o sukcesie gospodarczym, to Chiny zostałyby już dawno prześcigniętej przez Bangladesz. Tak mniej więcej wygląda pierwsza droga do „konwergencji z Chinami”.

Druga, alternatywna droga wymaga ściślejszej i lepiej skoordynowanej kooperacji podmiotów publicznych i prywatnych w ramach strategii przemysłowej, która ucząc się od Chin – utrzymuje i poszerza udział polskich firm w europejskich rynkach.

Równocześnie taka polityka przemysłowa powinna być skorelowana ze zwiększaniem chłonności polskiego rynku wewnętrznego i skłonności do produktywnych i przedsiębiorczych inwestycji.

Wymagałoby to, po pierwsze, naruszenia zastanych interesów opartych o czerpany z ziemi „dochód pasywny”. Dziś już nie w postaci renty feudalnej, a rat kredytów i czynszów spłacanych układowi bankowo-deweloperskiemu co miesiąc przez polską klasę średnią i osoby mniej zamożne.

Wymagałoby to też, po drugie, wyrobienia w sobie umiejętności używania do realizacji własnych, narodowych interesów tego co na przykładzie Unii Europejskiej Jadwiga Staniszkis nazywała „władzą sieci”.

Jakiego realizmu Polacy potrzebują (a jakiego niekoniecznie)

Stanisław Brzozowski napisał kiedyś, że wielu rzekomych realistów to tylko zgorzkniali romantycy, którzy ukrywają za realistyczną retoryką („zimny interes”, „akomodacja z Rosją”) fakt, że nie wyzwolili się z romantycznej struktury myślenia. Czują się zdradzeni przez świat.

To zaś prowadzi ich często nie tylko do prewencyjnego wycofywania się z gry o osiągalne stawki (jak wykorzystanie wiarygodności niemieckiej gospodarki na rynkach finansowych do sfinansowania rozbudowy polskiej armii i polskiego przemysłu w ramach mechanizmu SAFE), ale także do projektowania fantasmagorycznych alternatyw prezentowanych jako owoc gorzkiej wiedzy.

Taką fantazją ucieczkową jest dziś możliwość rzekomego „odwrócenia sojuszy” i zyskownego włączenia Polski do antyzachodniego systemu BRICS, w którym zarząd powierniczy „Kraju Prywislanskiego” chiński  hegemon wyznaczyłby nie komu innemu, niż najbliższemu rosyjskiemu sąsiadowi. Być może w formie kondominium rosyjsko-niemieckiego po przejęciu władzy lub narzuceniu nowego konsensusu w Niemczech przez siły „antysystemowe”.

Obecne geopolityczne ustawienie Polski odczytać można jako spełnienie w rzeczywistości historii alternatywnej, w której arcywrogowie – konspirator Mochnacki i finansista Lubecki – podczas nocnej rozmowy w zrewolucjonizowanej Warszawie podaliby sobie ręce, uznając, że celów jednego nie da się zrealizować bez drugiego.

Nie da się skutecznie odstraszyć Rosji bez własnej bazy przemysłowej i własnych fabryk broni, których powstanie projektował Lubecki. I nie da się utrwalić przedsiębiorczego etosu pracy oraz szacunku dla własności i wolności zwykłych obywateli bez trwałego wyrwania się z rosyjskiej strefy wpływów, o co walczył Mochnacki.

Przyszłość jest niepewna. Będzie wymagać od nas elastyczności. Może wymusić na nas korekty kursu. Także korekty kursu geopolitycznego. Np. w wypadku zbliżenia największych państw zachodnioeuropejskich do Chin po linii wyznaczonej przez premiera Hiszpanii, Pedro Sancheza. Lub w wypadku dojścia do skutku „arktycznego dealu” między USA a Rosją.

Pewne jest, że w obecnym układzie geoekonomicznym musimy w trybie przyspieszonym uczyć się jasnego i samodzielnego definiowania własnego interesu narodowego. Tak, byśmy za kilka dekad – zamiast znów zwalać winę za utratę sterowności lub niepodległości państwa na czynniki zewnętrzne – mogli przekazać dalej Polskę rządną, zamożną i zdolną się obronić. 

 

Raporty i analizy wykorzystane w tekście

  1. Stefan Kawalec, Niezweryfikowany mit COP. Co by było, gdyby nie wybuchła II wojna światowa?

https://gospodarka.dziennik.pl/news/artykuly/584471,cop-porazka-gospodarka-ii-rp-polexit-unia-wladza.html

  1. Jakub Jakóbowski, Janka Oertal, Electric shock: The Chinese threat to Europes industrial heartland

https://ecfr.eu/publication/electric-shock-the-chinese-threat-to-europes-industrial-heartland/

  1. Krzysztof Mroczkowski, Polski sukces w euroamerykańskim stuleciu? Polityka Narodowa nr 34

https://polityka-narodowa.pl/numery-pn/polityka-narodowa-nr-34/

  1. Krzysztof Mroczkowski, Europa powinna pomóc USA w wojnie systemowej z Chinami, Tygodnik Solidarność,

https://tysol.pl/tygodnik-solidarnosc/europa-powinna-pomoc-usa,160600

  1. Marceli Sommer, Odwrócone Chiny, czyli nowa polityka przemysłowa UE. Czym jest europejski „akcelerator”?

https://edgp.gazetaprawna.pl/gospodarka/technologie/artykuly/10789700,odwrocone-chiny-czyli-nowa-polityka-przemyslowa-ue-czym-jest-europej.html

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.