Terapia zamiast spowiedzi. Jak pop-psychologia próbuje zastąpić religię
Tradycyjny rytuał zastąpiliśmy cotygodniową sesją, księdza – terapeutą, a rachunek sumienia – „przepracowywaniem traum”. Gdzie kończy się realna potrzeba pomocy, a zaczyna rynkowa obsesja samorozwoju?
Tekst został pierwotnie opublikowany w obszerniejszej wersji na łamach „Gościa Niedzielnego”. Dziękujemy redakcji za możliwość przedruku!
Czy katolicka ortodoksja i rytuał to najskuteczniejsza terapia?
W numerze „Gościa Niedzielnego” z 10 maja Jan Maciejewski zadał pytanie „Czy można dziś wygłosić większą herezję niż stwierdzenie, że katolicka ortodoksja i rytuał mogłyby się niejednokrotnie okazać najskuteczniejszym środkiem terapeutycznym?”. Reakcje, jakie wywołał ten tekst, częściowo potwierdzają diagnozę stawianą przez autora.
Wiele obietnic składanych przez osaczającą nas kulturę terapii próbują przecież spełniać także Kościół i zwykłe, tradycyjne życie. Problem polega jednak na tym, że naturalne tęsknoty współczesnego człowieka często nie mogą być zaspokajane w tradycyjny sposób, bo ludzie, którzy je odczuwają, bywają wobec Kościoła uprzedzeni albo po prostu niewiele o nim wiedzą.
Nie należy jednak całej odpowiedzialności zrzucać na jednostki. Przez lata kultura masowa i dominujące narracje przedstawiały chrześcijaństwo jako coś opresyjnego lub nieprzystającego do współczesności. Tymczasem oba zjawiska – odejście znacznej części społeczeństw zachodnich od wiary i kryzys zdrowia psychicznego – są ze sobą powiązane.
Pułapki samorozwoju
Takie refleksje towarzyszyły mi podczas lektury książki „Sobą zajęci. O pułapkach samorozwoju i kultury terapeutycznej” autorstwa Kamy Wojtkiewicz. Autorka, psycholożka i twórczyni podcastu „Sznurowadła myśli”, okazuje, jaką drogę przeszła, by dojść do przekonania, jak wielką krzywdę potrafi wyrządzać współczesny biznes poppsychologiczny.
Książka składa się z esejów autorki oraz jedenastu rozmów z terapeutami, filozofami i naukowcami. Nie jest to kolejny poradnik psychologiczny, ale raczej antyporadnik, w którym Wojtkiewicz przestrzega przed wieloma zjawiskami związanymi z kulturą terapii.
W miejsce religii, duchowości czy filozofii weszło wezwanie do terapeutyzowania wszystkiego i wszystkich. Nie ma już smutków i rozpaczy, ale trauma i depresja. Nie ma już rachunku sumienia, ale potrzeba „przepracowania” własnych doświadczeń. Nie ma już szczęścia, ale dobrostan psychiczny i self-care.
Jakie są źródła tego terapeutycznego boomu? Joanna Flis w rozmowie z Wojtkiewicz przekonuje, że istnieje dziś obsesja samorozwoju, „czyli skłonność do tego, żeby gorączkowo zajmować się sobą i swoimi nawykami, licząc na to, że doprowadzi to do poczucia szczęścia i spełnienia”.
Psychiatryzacja życia
Inną patologią jest psychiatryzacja życia codziennego. Igor Rotberg stwierdza: „Zgodnie z obecną klasyfikacją, jeśli po dwóch tygodniach żałoby nadal czujemy się źle, bez problemu możemy udać się do psychiatry i dostać leki antydepresyjne”.
Do jego gabinetu przychodzą pacjenci, którzy w kategoriach problemów wymagających psychologicznej interwencji traktują zwykłe ludzkie uczucia, takie jak smutek, bezradność czy bezsilność.
Opowiada także o siedemnastoletniej pacjentce, dla której był już czwartym terapeutą. Od roku przyjmowała antydepresanty. Problemem okazało się to, że nie uczyła się tak dobrze i nie zachwycała dziełami kultury tak, jak oczekiwali tego jej rodzice.
Problemem nie była depresja, ale fakt, że nastolatka miała po prostu inne zainteresowania niż oni, którzy traktowali wychowanie jak projekt stworzenia idealnego dziecka. To nie działało, więc szukali pomocy u terapeuty i w lekach.
Optymalizacja życia według naszych wyobrażeń o perfekcyjnym życiu, które są bezlitośnie monetyzowane przez rynek, to jeden z głównych wątków przewijających się przez książkę.
Sama Wojtkiewicz przekonuje, że dziś do gabinetów terapeutycznych trafiają ludzie, aby uwolnić się od „dojmującej pustki i bezsensu”. Terapia odpowiada więc w pewnym zakresie na potrzeby tradycyjnie realizowane przez religię. Nadaje osobom terapeutyzowanym ramy, dzięki którym próbują rozumieć całe swoje doświadczenie.
W miejsce mszy mamy cotygodniową sesję, w miejsce księdza terapeutę, zamiast spowiedzi pracę nad sobą, mamy też terapeutyczne pisma objawiona w postaci niezliczonej liczby psychologicznych poradników, które dostarczają nam języka, dzięki któremu rozumiemy samych siebie.
Katolicy też mogą potrzebować terapii
Równolegle jednak do wielkomiejskiej mody na terapię, dla osób mniej majętnych, mieszkających poza dużymi ośrodkami i często samotnych, terapia z prawdziwego zdarzenia pozostaje po prostu trudno dostępna.
Niedawno Maria Libura, ekspertka ds. ochrony zdrowia, przyznała, że w 25 proc. sołectw w Polsce nie ma dostępu do podstawowej opieki zdrowotnej. Dotyczy to również opieki psychologicznej.
Dotykamy tutaj istotnego zagadnienia – w krytyce kultury terapii nie można wylać dziecka z kąpielą. Nie chodzi przecież o to, żeby zniechęcać do psychoterapii, ale uwrażliwiać na pułapki kultury, która każe człowiekowi bez końca skupiać się na sobie. Również katolicy nie zawsze są w stanie sami poradzić sobie z problemami zdrowia psychicznego dzięki sakramentom, modlitwie czy wsparciu rodziny.
