Konstytucja to nie tylko spór o władzę. Czego brakuje w debacie o nowej ustawie zasadniczej?
Konstytucja to system operacyjny państwa. Podobnie jak oprogramowanie, wymaga regularnych aktualizacji, a z czasem nawet „postawienia systemu na nowo”. Tak jak na Windowsie 98 nie uruchomimy potrzebnych nam aplikacji, tak i nasza konstytucja z 1997 roku nie daje nam solidnych podstaw, by mierzyć się z dzisiejszymi wyzwaniami.

Ten fakt jest coraz powszechniej dostrzegalny, czemu przysłużył się przede wszystkim prezydent Karol Nawrocki, który powołał Radę Nowej Konstytucji. Można jednak śmiało założyć, że nawet jeśli wyjdzie z tego gremium jakakolwiek propozycja legislacyjna, to będzie ona dotyczyła przede wszystkim podziału władz.
Kwestie te są oczywiście istotne – w Polsce mamy chociażby fatalną konstrukcję władzy wykonawczej, więc nowa konstytucja musi znaleźć formułę, która pozwoli na sprawne funkcjonowanie państwa.
Ustawy zasadnicze nie ograniczają się jednak do regulowania kompetencji organów państwa. Wyznaczają także jego porządek społeczny i gospodarczy oraz wskazują wartości, na których ów porządek ma się opierać.
I właśnie te obszary – mniej spektakularne, za to fundamentalne dla codziennego życia obywateli – są dziś w debacie konstytucyjnej niemal nieobecne. Tę lukę próbuje wypełnić współredagowane przeze mnie opracowanie zatytułowane „Republika marzeń”. Jakie są nasze najważniejsze postulaty?
Od „społecznej” do „solidarnej” gospodarki rynkowej
Artykuł 20. obecnej konstytucji deklaruje, że podstawą ustroju gospodarczego Polski jest „społeczna gospodarka rynkowa”. Termin ten choć ma solidne osadzenie w niemieckiej powojennej tradycji, w polskich warunkach pozostał jednak pojęciem-wydmuszką, którą każdy mógł wypełnić własną treścią.
Orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego odwoływało się do niego ogólnikowo, bez wyraźnej konkretyzacji. Co znamienne, konkurencja, która w klasycznym ordoliberalizmie zajmuje miejsce centralne, w polskim porządku konstytucyjnym pozostała niemal niezauważona.
W naszym opracowaniu proponujemy zastąpienie tego terminu pojęciem „solidarnej” gospodarki rynkowej. Dlaczego? Po pierwsze, taka zmiana nazewnictwa nawiązuje do dziedzictwa „Solidarności” – ruchu, który w latach 80. stał się symbolem przekraczania podziałów społecznych i klasowych, a dziś pozostaje jednym z najmocniejszych elementów polskiego soft power.
Po drugie, istnieje powód czysto funkcjonalny. Konstytucja XXI wieku powinna zwiększać odporność wspólnoty na piętrzące się zagrożenia – od presji migracyjnej, przez szok technologiczny związany z AI, po kryzysy energetyczne i wyzwania obronne.
Pojęcie solidarnej gospodarki rynkowej przypomina o obowiązku troski o społeczeństwo, mobilizując zarazem przedsiębiorców, administrację i samych obywateli do działania w tym duchu.
Z tym zapisem powinna iść jeszcze jedna zmiana – wyrażona wprost konstytucyjna ochrona konkurencji. Obecna ustawa zasadnicza chroni konsumenta przed nadużyciami, lecz nie traktuje konkurencji jako filaru ustroju gospodarczego. To poważny błąd.
Po pierwsze, dlatego, że gospodarka cyfrowa fundamentalnie zmieniła reguły gry. Silne efekty sieciowe prowadzą do błyskawicznej koncentracji rynków i powstawania globalnych „strażników dostępu” (gatekeeperów) – kilkunastu firm, które kontrolują, na jakich warunkach miliardy ludzi komunikują się, robią zakupy i pracują.
Algorytmy umożliwiają nie tylko personalizację ofert, lecz także niejawną koordynację cen oraz profilowanie użytkowników w sposób wymykający się klasycznym definicjom porozumień antykonkurencyjnych. Tradycyjne narzędzia prawa antymonopolowego okazują się tu spóźnione i nieskuteczne.
Konstytucyjne zakotwiczenie ochrony konkurencji – wraz z zasadami równego dostępu do rynków cyfrowych i przejrzystości algorytmów – pozwoliłoby państwu reagować na te zjawiska bardziej kompleksowo, a nie wyłącznie post factum.
Po drugie, ochrona konkurencji ma wymiar znacznie szerszy niż tylko konsumencki. To jedna z najskuteczniejszych instytucjonalnych zapór przed koncentracją władzy ekonomicznej i jej zrastaniem się z władzą polityczną.
Gdy gospodarka jest zdominowana przez kilku „czempionów”, państwo łatwo wpada w pułapkę zależności od nich, a logika nepotyzmu i korupcji zaczyna przesłaniać kryteria efektywności. Konstytucyjne podniesienie konkurencji do rangi wartości ustrojowej uwrażliwiłoby ustawodawcę i sądy na to ryzyko.
Co istotne, ten argument powinien przemawiać zarówno do liberałów, jak i do zwolenników silnego państwa – pierwsi zyskują gwarancję ochrony mechanizmów rynkowych, drudzy – obrony instytucji publicznych przed zawłaszczeniem przez wielkie interesy.
Rozproszona własność jako warunek wolności
Kolejnym obszarem wymagającym konstytucyjnego dopracowania jest własność. Związek między własnością a wolnością nie jest bowiem abstrakcyjną konstrukcją filozoficzną, lecz konkretnym mechanizmem zabezpieczającym autonomię jednostki.
Tam, gdzie państwo kontroluje mieszkania, miejsca pracy i środki produkcji, obywatel staje się petentem uzależnionym od dobrej woli urzędników. Rozproszona własność prywatna jest natomiast najskuteczniejszą barierą przed koncentracją władzy – zarówno politycznej, jak i ekonomicznej.
To również źródło realnej, a nie tylko deklarowanej, postawy obywatelskiej. Ludzie, którzy mają coś własnego, są bardziej gotowi do obrony państwa i nie czują się jego klientami. W tym sensie ochrona drobnej własności to nie przywilej zamożnych, ale warunek emancypacji wszystkich.
Konstytucja powinna chociażby chronić obywateli przed sytuacjami, w których system podatkowy staje się formą ukrytej konfiskaty. Nie chodzi przy tym o całkowite blokowanie progresji ani podatków majątkowych.
Rzecz w tym, aby na przykład, nie dopuścić do wprowadzenia stawki podatku dochodowego na poziomie 75 proc. – jak postulowały niekiedy radykalne środowiska – ponieważ w istocie miałoby to charakter wywłaszczenia.
Podobnie hipotetyczny podatek katastralny nie powinien zmuszać wdowy do sprzedaży domu tylko dlatego, że po śmierci męża i wyprowadzce dzieci dysponuje ona metrażem przekraczającym limit forsowany przez entuzjastów podatków majątkowych.
Pojawiają się też nowe wymiary własności, których twórcy konstytucji z 1997 roku nie mogli przewidzieć. Ekonomia subskrypcji sprawia, że coraz mniej rzeczy faktycznie posiadamy – coraz częściej jesteśmy jedynie ich użytkownikami.
Nasze dane osobowe, ten cyfrowy ślad codziennej aktywności, są niemal jednostronnie zawłaszczane przez wielkie korporacje technologiczne. W tym kontekście konstytucja powinna więc uznać prawo każdego obywatela do kontroli nad własnymi danymi oraz wprowadzić zasadę przejrzystości algorytmów wpływających na nasze decyzje.
Między własnością prywatną a państwową rozciąga się całe spektrum form pośrednich, które w polskiej debacie publicznej pozostają prawie niedostrzegane. Chodzi o dobra wspólne -zasoby zarządzane wspólnotowo przez tych, którzy z nich korzystają – bez wyłącznego właściciela prywatnego i bez pieczy państwa.
Przykłady? Spółdzielnia energetyczna, w której kilka gospodarstw współdzieli instalację fotowoltaiczną, Wikipedia, tworzona i utrzymywana przez ochotników z całego świata, czy otwarte oprogramowanie, na którym działa dziś zasadnicza część infrastruktury cyfrowej.
Tam, gdzie koszty wykluczenia są wysokie, a korzyści ze współpracy przewyższają ryzyko nadużyć, taki model okazuje się po prostu efektywniejszy od pozostałych.
Warto o tym pamiętać z dwóch powodów. Po pierwsze, wciąż pokutuje u nas przekonanie, że poważne formy własności to wyłącznie te dwie – prywatna albo państwowa – co odcina wspólnoty lokalne od narzędzi, które gdzie indziej działają znakomicie.
Po drugie, dobra wspólne stanowią naturalną przeciwwagę dla koncentracji władzy ekonomicznej w rękach globalnych korporacji, nie wymagając przy tym budowy państwowych molochów.
Konstytucja, która chciałaby uczciwie opisać dzisiejszą rzeczywistość gospodarczą, powinna takie formy uznawać i wspierać – nie kosztem własności prywatnej, lecz jako jej naturalne uzupełnienie.
Aksjologia nie jest ozdobą
Można się oczywiście upierać, że ustawa zasadnicza powinna być wąskim dokumentem ustrojowym – zostawiającym rządzącym swobodę w jakich celach używać opisane w niej mechanizmy.
Takie myślenie ma swoich rzeczników także w Polsce: konstytucja jako instrukcja obsługi, niezbędne minimum proceduralne, a wartości, cele państwa i kształt życia gospodarczego niech będą przedmiotem normalnego bieżącego sporu politycznego.
Problem w tym, że minimalizm ustrojowy jest tu raczej pobożnym życzeniem niż realistycznym opisem. Sama technika państwa nie jest bowiem aksjologicznie neutralna.
Każdy zapis o tym, jak parlament uchwala budżet, jak działa bank centralny czy jak chronione są prawa własności, niesie określone wybory wartości – tylko ukryte głębiej, pod warstwą rozwiązań proceduralnych. Można ich nie dostrzegać, ale to nie znaczy, że ich nie ma.
Co więcej, polskie doświadczenie pokazuje coś dokładnie odwrotnego od mitu minimalizmu. Zapisy obecnie obowiązującej konstytucji, mimo całej swojej ogólnikowości, skutecznie powstrzymywały realizację niektórych pomysłów (abstrahując od ich słuszności).
Mam tu na myśli chociażby wprowadzenie wyłącznie płatnych studiów czy łatwą eksmisję „na bruk”. Konstytucyjne wartości społeczno-gospodarcze w tych przypadkach nie były tu ozdobą, którą można pominąć.
Aktualizacja systemu operacyjnego państwa wymaga zatem czegoś więcej niż przesuwania kilku ikon. Wymaga decyzji o tym, jakie aplikacje – czyli wartości i cele – chcemy w nim uruchomić. A także o tym, kto nie powinien mieć do nich dostępu, nawet jeśli akurat wygrał wybory.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.