Adoracja. Słowo stało się mięsem i rozbiło namiot pośród nas
Witaj, prawdziwe Ciało! Jak na złość moim zbożnym zamiarom zaraz po mnie wchodzi jakaś dziewczyna, chyba ładna, nie zdążyłem dostrzec – i staje na linii mojego spojrzenia. I nie klęka, stoi. Po chwili żegna się zamaszyście lewą ręką i stoi tak nadal. Co to ma być, jakiś sukub?
Opowiadanie pochodzi z 32-33 teki Pressji pt. „Boże Ciało”. Cały numer pobierzesz tutaj.
Skramencki mróz na zewnątrz i nie chcę nawet myśleć, czy wszedłem z tego powodu, z jakiego powinno się tu przychodzić, czy tylko po to, żeby się ogrzać, bo do umówionego spotkania zostało jeszcze sporo czasu, a w empiku przejrzałem już wszystko, co mnie ciekawiło. Klękam w ławeczce skonstruowanej tak, że prawdziwe klęczenie musi się skończyć urazem kręgosłupa, więc możliwy jest tylko fałszywy klękoprzysiad: poza nie pokorna, a upokarzająca, ale przynajmniej mniej męcząca od klęczenia.
Mniej męcząca? Wstyd. I wstyd po raz drugi, bo przypominam sobie, że zawsze będąc tutaj, myślałem o wspaniałościach ołtarza Wita Stwosza, o słodkim ciemnozłotym drewnie, które koniec końców skończy przecież w piecu. Zresztą, rozwiązane to jest beznadziejnie: kaskada postaci spiętrzonych przez snycerza wzlatuje tam, w najważniejszym miejscu, a On jest tutaj, ułożony pokątnie, garstka ludzi klęczy przed Nim w poprzek trasy wchodzących wiernych i niewiernych.
Sakramentalne w imię Ojca i zapominam, co dalej, przecież wszedłem prosto ze środka głośnych i nieważnych spraw, więc na zawołanie się nie uspokoję, choćbym chciał. Wgapiam się tylko w blady krążek, nie potrafię się nawet pomodlić. Przypomina mi się – bo oczywiście, nie chcąc tego, zaczyna mi się myśleć bezładnie o wszystkim i o niczym – że Reymont porównał zimowe słońce do hostii: blade, w promieniach monstrancji. Nie czuć, że daje ciepło – to tylko wiemy, albo wierzymy, że wiemy.
Nieodzowna modalność widzialnego: wielkie „być może”. Witaj, prawdziwe Ciało! Jak na złość moim zbożnym zamiarom zaraz po mnie wchodzi jakaś dziewczyna, chyba ładna, nie zdążyłem dostrzec – i staje na linii mojego spojrzenia. I nie klęka, stoi. Po chwili żegna się zamaszyście lewą ręką i stoi tak nadal. Co to ma być, jakiś sukub?
Zamykam oczy, próbuję coś z siebie wykrzesać, ale po chwili czuję, że ktoś siada obok mnie, a właściwie prawie na mnie. Staruszka. Brak miejsca, ciasno – zdaje się mówić jej przepraszające spojrzenie. Zresztą, patrzy na mnie chyba trochę zbyt długo uśmiechniętymi oczami. Może cieszy się, że młodzież taka pobożna i rozmodlona – a ja przecież wiem, jak jest naprawdę i mógłbym jej to wszystko opowiedzieć, ale to nie jest jej do niczego potrzebne. Dobrze, niech się chociaż zbuduje moim przykładem.
Wyciągam różaniec, żeby mieć się na czym skupić. Odklepuję kilka modlitw, zacinam się. Gdybym tak mógł odciąć się od własnej nieuwagi. Najchętniej założyłbym słuchawki, z których pyszniłby się swoją pokorą chór, za mnie, dla Boga: Ave verum corpus natum de Maria Virgine. Nie do muzyki Byrda czy Mozarta, ale Liszta. Solennej, jednocześnie żałobnej i pochwalnej, mistycznej, suwerennej wobec przymiotników. Vere passum, immolatum in cruce pro homine.
Groza: nie rozumieć tego, co się wychwala. Spokój: wychwalać Tego, który jest bezbronny. Cuius latus perforatum unda fluxit et sanguine. Tak, odciąć się: zapętlić to w odtwarzaczu, słuchać do omdlenia. Ale jak tu klęczeć ze słuchawkami, nie przyciągając zgorszonych spojrzeń?
Choć, z drugiej strony, dlaczego miałoby mnie obchodzić, co inni sobie pomyślą – czy ja tu jestem na pokaz? Tak, jestem: inni widzą, jak przykładnie klęczę i Ty też to widzisz, i to jest koniec – nie modlę się przecież, wgapiam się, klęczę i nic z tego klęczenia nie wynika, więc przyjmij chociaż to klęczenie.
Jakiś żebrak podchodzi do stojącej dziewczyny i zagaduje do niej cicho, ale ciężko nie usłyszeć, że prosi ją o kupienie czegoś do jedzenia. Dziewczyna odwraca się do niego zniesmaczona, teraz widzę dopiero, jaka jest brzydka. Tłumaczy, że ona tu się modli i co on sobie wyobraża.
Żebrak nie ustępuje, po chwili dziewczyna kręcąc z niedowierzaniem głową, daje za wygraną; wychodzi z nim, przeżegnawszy się uprzednio. Lewą ręką. Ile tych zdrowasiek było, czy na pewno już dziesięć? Pomieszałem paciorki, chyba nie, cofam się, nie chcę liczyć, to nie ma sensu.
Zdrowaś Mario, łaskiś pełna. Wchodzi wycieczka. Niezrozumiałe słowa, chyba niemiecki. Oni też nie rozumieją, patrzą na nas klęczących: dlaczego tak zaraz przy wejściu, bokiem? Na moment nasze spojrzenia – moje i jakiegoś farbowanego blond lowelasa, wybacz mi tę złośliwość – spotykają się: totalna pustka, Ich verstehe nicht.
Nawet zero zdziwienia czy zaciekawienia. Jestem dla niego nieledwie jakimś nudnym dodatkiem do wystroju tego zabytku, zabobonnym tubylcem, przesuwa po mnie obojętnym wzrokiem i idzie dalej ten mój bliźni. Przechodzą, żując gumy, trzymając ręce w kieszeniach, rozglądając się tępo, starsi, młodsi, mężczyźni, kobiety, przechodzą między nami a Bogiem. Poczucie słabości, nic nie można zrobić.
Ale Ty znosisz to ze spokojem, więc weź ten gniew. Weź wszystko: myśli, cytaty, Stwosza, Liszta, obserwacje. To, co trzeba odrzucić, a co nie chce mnie samo opuścić. Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje: nawet to jest cytatem z Boga, którym Bóg kazał nam się do Boga modlić.
Na początku było Słowo, a później słowa, słowa, słowa. Ty, tutaj: a Słowo stało się mięsem i rozbiło namiot pośród nas. Wychodzę, nie wiedząc, czy jestem już spóźniony, czy nie, ale chyba nie, tak naprawdę pewnie byłem tutaj tylko kilka, kilkanaście minut, a czas, do czego nie chcę się przed sobą przyznać, po prostu mi się dłużył. Myślę o brzydkiej dziewczynie, która spełniła swój dobry uczynek – może niechętnie jak Cyrenejczyk, a może dobrze myśląc o własnej wielkoduszności?
Ale wtedy wszystko na marne. Myślę o żebraku, który teraz, szczęśliwy niskim szczęściem upodlonych, że dziś udało się nie być głodnym, zajada jakiegoś kebaba. Ale wiem, że pamiętasz i o mnie: ja też jestem głodny. Dzisiaj może bardziej niż kiedykolwiek. Esto nobis praegustatum in mortis examine, śpiewa chór. Bądź nam przedsmakiem w próbie śmierci.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.
Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.
